Dołącz do czytelników
Brak wyników

Psychologia i życie

5 maja 2019

NR 5 (Maj 2019)

Nowotwór duszy

90

Przeciwieństwem nienawiści jest spokój, równowaga wewnętrzna. Nie wyklucza to napadów złości. Ale wtedy jest to emocja, która pojawia się i przechodzi, jak chmury na niebie. Natomiast nienawiść wrasta jak nowotwór duszy.

Dorota Krzemionka: Nikt z nas nie jest wolny od pokusy nienawiści?

Bogdan Białek: Nie do końca chcę się z tym zgodzić. Może miałem szczęście, ale spotykałem ludzi, w których nie ma nienawiści. Myślę, że na fali tego, co się teraz dzieje – mowy nienawiści, hejtowania – wrzucamy wszystko do jednego worka i tracimy rozsądek. Pojawia się zamęt wokół tego pojęcia, podobnie jak wokół miłości. Kiedy za Markiem Edelmanem powtarzam, że szkoła powinna uczyć miłości, to używam tego słowa w innym znaczeniu, niż gdy mówię o tym, co łączy mnie i moją żonę. Ważne, żebyśmy mieli świadomość, o czym mówimy, mówiąc o nienawiści, i nauczyli się odróżniać ją od innych uczuć, takich jak złość czy irytacja. Nie dam sobie wyperswadować prawa do złości. Uważam, że mam prawo nie tylko ją czuć, ale i wyrażać. Oczywiście
pytanie, w jaki sposób tego dokonam – czy nie w jakiś raniący, inwazyjny? Na ile złość przejdzie w agresję, a na ile będzie tylko wyrazem mojej bezsilności wobec tego, że jakieś istotne dla mnie wartości zostały naruszone. 

Rozróżniam złość, żal, ale był moment, gdy poczułam coś na kształt nienawiści…

Ja zaś, gdybym miał zrobić taką wiwisekcję, mam siebie za człowieka organicznie niezdolnego do nienawiści. Nie potrafię nienawidzić. Choć spotkało mnie trochę krzywd, nie pamiętam, bym moich krzywdzicieli nienawidził albo zbyt długo trzymał urazę. Może dlatego, że ja też krzywdziłem innych, mam tego świadomość. I to ja byłem zwykle tym, który pierwszy wyciągał rękę do moich krzywdzicieli z propozycją pojednania. 

Dlaczego pierwszy wyciągałeś rękę?

Wydawało mi się nie do pogodzenia, żebym ja, praktykujący katolik – który uczestniczy we mszy świętej, modli się i mówi: „I odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy” – trzymał jednocześnie urazę. W Ewangelii jest wyraźnie powiedziane: „najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim”. Nie mogę zrozumieć, jak politycy to w sobie godzą: mają usta pełne jadu i nienawiści, nie są w stanie podać ręki przeciwnikom politycznym, nawet spojrzeć na nich. A potem z czystym sumieniem przystępują do Komunii św. Ja bym tak nie potrafił… Raz zostałem naprawdę poważnie skrzywdzony przez kilka osób i wiele straciłem. Stojąc w kolejce do konfesjonału, zrozumiałem, że nie mogę podejść, dopóki się z nimi nie pojednam. Zadzwoniłem i powiedziałem: „wybaczam i proszę o wybaczenie”. To podstawowy powód, dla którego dążę do pojednania, ale też z mojego doświadczenia życiowego wynika głębokie przekonanie, że trzymanie do kogoś urazy dotyka przede wszystkim mnie. To ja się z tym noszę, ja trzymam tę „kupę” w kieszeni i ciągle na nią trafiam. Dlatego choćby z czysto egoistycznych powodów nie trzymam urazy.

Żeby już nie obciążała? Przeszłość się wydarzyła, nic jej nie zmieni? 

Tak. Można zmienić to, co będzie dalej. Zwracam się ku przyszłości. Można także zmienić to, w jaki sposób na przeszłość patrzymy. Dlatego bardzo nie lubię słowa „wina”. Wykreślam je. 

A krzywda?

Gdy zostałem skrzywdzony, wiedziałem, że nie mogę dopuścić, bym myślał o sobie w kategoriach ofiary. To równie dołujące jak poczucie winy, i nic z tego nie wynika. 

Wynika. Pozycja ofiary zachęca wręcz prześladowcę, by dalej krzywdzić.

W moim przypadku bycie ofiarą naruszałoby poczucie własnej wartości. Zadawałem sobie wtedy pytanie: co mogę zrobić w tej sytuacji? Wiedziałem, że po pierwsze muszę pozwolić, by wybrzmiały we mnie wszystkie uczucia, jakie się pojawiły. Przede wszystkim ból – przyglądałem mu się. Ale nie pozwalałem sobie na cierpienie, odróżniam odczuwanie bólu od cierpienia. Cierpienie jest opcjonalne. A ból to ból.

Broniłem się, by nie stać się ofiarą swojego bólu, by go zbyt łatwo i zbyt tanio nie zamienić w płytkie cierpienie.

Co takiego jest w cierpieniu ponad ból?

Rozżalenie, skarga, wołanie do świata: użalcie się nade mną, zobaczcie, jaką krzywdę mi zrobiono! Cierpiąc, dopraszam się: „popatrzcie na mój ból”. Ale to ja mam patrzeć na mój ból, nie świat. Gdy spotkała mnie krzywda, poszedłem do przyjaciela i poprosiłem, żeby pozwolił mi się u siebie przespać. Wtuliłem się i spałem, a gdy nie spałem, medytowałem. W medytacji ważne jest przyglądanie się temu, co się w nas pojawia. Przyglądałem się więc: jak mnie boli? Gdzie? Pozwalałem, by ból wybrzmiał, ale żeby nie zamienił się w cierpienie. Nie pojawiało się we mnie żadne oskarżenie. Ludzie zachęcali, by walczyć z krzywdzicielami. Odrzuciłem to. 

Bo to by tylko przedłużało ból?

Nic by mi to nie dało. Nawet gdybym ich pokonał, co by to znaczyło? Zadałbym im ból podobny do mojego. Czy przez tę symetrię bólu coś by w świecie zostało przywrócone? Nic, przybyłoby tylko cierpienia.

Szkoda, którą mi wyrządzono, była nieodwracalna, pewne rzeczy już zaistniały. Najbardziej racjonalne wydawało mi się, by nie kontynuować, nie wydatkować energii. Po dwóch, trzech latach mogłem już zadzwonić do tych ludzi, by powiedzieć: „wybaczam i proszę o wybaczenie”, i nie wracać do tamtego zdarzenia. Co nie znaczy, że zniknęło z mojej pamięci. Pamiętam, ale za tym nie idą żadne emocje ani chęć działania, nie daj Boże odwetu. 

Powiedziano: nadstaw policzek nie raz, nie dwa, ale siedemdziesiąt siedem razy…

A jeśli cię proszą, nie tylko daj, ale jeszcze dołóż. Myślę, że te wezwania ewangeliczne mają głęboki sens nie tylko społeczny, ale i indywidualny. W nich zawarta jest troska o nasze zdrowie psychiczne, o to, byśmy byli w tej rzeczywistoś...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy