Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Nieznośna nagłość wielkiej forsy

0 187

Co dzieje się z ludźmi, którzy nagle stali się milionerami, np. dzięki spadkowi albo wygranej na loterii? Co robią z tymi pieniędzmi - wydają je, oszczędzają czy inwestują? Wciąż pracują czy pozwalają sobie na luksus niepracowania? Czy nagła fortuna czyni ludzi szczęśliwszymi?

Któż z nas przynajmniej raz nie marzył o szczęśliwym obrocie fortuny, która nieoczekiwanie czyni nas bogaczami. Wyobraża-my sobie, że takie wydarzenie rozwiązałoby mnóstwo naszych problemów życiowych. Co bardziej aktywni nie tylko marzą o takich niespodziewanych pieniądzach, ale wręcz próbują pomóc losowi. Świadczą o tym miliony kuponów wypełnianych każdego tygodnia przez grających w totolotka. Skłonność do kupowania losów loteryjnych nie jest cechą jakiegoś jednego narodu.

W Polsce, według uzyskanych przez nas danych szacunkowych, w zakładach prowadzonych przez Totalizatora Sportowego (Duży Lotek, Multilotek i Szczęśliwy Numerek) uczestniczy każdorazowo od sześciu do ośmiu milionów Pola-ków. Paul Webley z Wielkiej Brytanii twierdzi, że 90 proc. Brytyjczyków przynajmniej raz wzięło udział w krajowej loterii, a 65 proc. czyni to regularnie. Według Johna Eberlee, Kanadyjczycy wydali w 1991 roku prawie 3 miliardy dolarów na różnego rodzaju państwowe loterie, co oznacza średni roczny wydatek ponad 100 dolarów na osobę. Poza wygranymi na loteriach coraz więcej ludzi dziedziczy duże pieniądze. A takich „szczęśliwców” będzie jeszcze więcej. Jak przytacza Dan Calleja, w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat międzypokoleniowy transfer pieniędzy w samych Stanach Zjednoczonych wyniesie 136.000.000.000.000 (136 bilionów) dolarów. Kolejne źródła dużych pieniędzy to zyski giełdowe, zyski z dochodowych inwestycji itd.

W tym momencie nasuwa się proste, ale niezwykle istotne pytanie – co dzieje się z ludźmi, którzy niespodziewanie uzyskali duże pieniądze, powiedzmy dzięki spadkowi albo wygranej na loterii? Co robią z tymi pieniędzmi – wydają je, oszczędzają czy inwestują? Interesujące jest też, czy po nagłym staniu się milionerami porzucają dotychczasową pracę. Wreszcie najbardziej intrygująca kwestia: czy pieniądze, które spadły z nieba, czynią ludzi szczęśliwszymi? Spróbujemy kolejno odpowiedzieć na te trzy pytania.

Pieniądze z nieba

„Rzeczpospolita” z 30 października 2000 roku opublikowała wyniki sondażu Pracowni Badań Społecznych w Sopocie – ankietowani odpowiadali m.in. na pytanie, co zrobiliby z niespodziewaną wysoką wygraną. Najwięcej Polaków odpowiedziało, że umieściłoby je na bankowych lokatach złotówkowych. W następnej kolejności respondenci wydaliby wygraną na zakupy lub na inwestycje, przede wszystkim w nieruchomości. Takie są deklaracje współczesnych Polaków. A co dzieje się naprawdę?

Hunter Davies postanowił zbadać, jak przeciętni śmiertelnicy radzą sobie z nieoczekiwanym bogactwem. Prześledził losy 24 głównych zwycięzców wielkich loterii pieniężnych. Wydał na ten temat książkę noszącą tytuł „Living on the Lottery”. Jak podaje autor, w rok po wygranej większość badanych przez niego „szczęśliwców” wcale nie przeniosła się do wymarzonej luksusowej willi, a jedynie zamieniła dotychczasowe lokum na nieco lepsze w bardziej atrakcyjnej dzielnicy. Podobnie rzecz się miała z samochodami – większość kupiła auta trochę lepsze, większe i nowsze od tych, które mieli dotychczas, ale bynajmniej nie były to jakieś superluksusowe limuzyny.

Davies twierdzi, że nie zauważył znanego w niektórych grupach konsumentów zjawiska kupowania na pokaz. Zachowa-nie to polega na kupowaniu rzeczy o bardzo wysokim standardzie i bardzo drogich po to, aby zrobić wrażenie na innych. Potrzeba kupowania rzeczy na pokaz rzeczywiście rozwija się w niektórych grupach konsumentów, ale na pewno nie wśród przyzwyczajonych do skromnego życia nieoczekiwanych zdobywców fortuny.

Obserwowani przez Daviesa szczęśliwi gracze wyraźnie też ujawniali reakcje altruistyczne, np. kupili domy dla swoich krewnych, także hojnie obdarowywali rodzinę i przyjaciół na inne sposoby. W ten sposób rozdawali od 20 do 30 procent wygranej. Nie przeznaczyli jednak nic na ogólne cele charytatywne dla obcych  osób. Wyjątkiem wśród badanych przez Daviesa był pewien pomocnik kuchenny z Durham, który przekazał 2 tys. funtów na potrzeby lokalnego szpitala. Zazwyczaj niewydane pieniądze spoczywały bezpiecznie na dobrze oprocentowanych rachunkach bankowych. Tylko 5 spośród 24 obserwowanych próbowało jakoś zainwestować niespodziewanie otrzymane pieniądze.

Inni badacze dostarczają danych potwierdzających, że ludzie łatwo wydają pieniądze, których się nie spodziewali. Dan Cal-leja twierdzi, że dwie trzecie osób wygrywających na loterii wydaje całą wygraną kwotę w ciągu pięciu lat – głównie na drogie samochody, luksusowe domy, jachty, podróże itd.
Badacze zaobserwowali także, że gdy w kasynie ktoś wygrywa na początku większą stawkę, to w dalszej grze dużo swobodniej stawia wygrane pieniądze niż te, z którymi przyszedł (zazwyczaj i tak kończy się to tym, że wychodzi z kasyna bez grosza w kieszeni). Mówiąc ogólnie, nie wszystkie pieniądze traktujemy jednakowo. Cechuje nas znacznie większa skłonność do oszczędzania pieniędzy, które są naszym stałym dochodem, niż tych, które znajdą się w naszym budżecie nagle i niespodziewanie.

Obserwacje te pozostają w zgodzie z pewną ogólną hipotezą dotyczącą oszczędzania. Hipoteza tzw. stałego dochodu głoszona przez niektórych ekonomistów zakłada, że człowiek do pewnego stopnia planuje swój życiowy dochód i czyni to w taki sposób, żeby był on w miarę stały przez całe życie. Wiadomo na przykład, że w młodości większość ludzi zarabia niewiele albo wcale, później w miarę rozwoju kariery zawodowej ich dochody stopniowo się zwiększają, ale tylko do czasu przejścia na emeryturę, bowiem po wycofaniu się z pracy zawodowej zarobki na ogół ulegają zmniejszeniu. Kiedy więc człowiek jest młody, wydaje więcej niż zarabia i zapożycza się. Następnie w okresie aktywności zawodowej zwraca pożyczki i oszczędza na starość. Tym sposobem stara się przez możliwie długi czas zapewnić sobie stabilność materialną.

W świetle tej hipotezy nieoczekiwany przypływ pieniędzy w postaci spadku czy wygranej jest czymś, co wykracza poza plan życiowy. W tej sytuacji ludzie po prostu znacznie chętniej zużywają te niespodziewane pieniądze, a przy tym nie naruszają ciężko zapracowanych oszczędności. Jeśli więc nawet wydadzą wygraną czy spadek do ostatniego grosza, to i tak zachowają poczucie finansowego bezpieczeństwa.

Ale badania nie potwierdzają tych przewidywań w stu procentach. Pokazują bowiem, że ludzie rzeczywiś-cie szybko wydają niespodziewane pieniądze, ale przede wszystkim wtedy, gdy nie są one zbyt duże. W przypadku znacznych wygranych czy spadków są jednak skłonni oszczędzać lub inwestować.

Luksus niepracowania

Wyobraźmy sobie, że oto przeprowadzamy małą ankietę i pytamy naszych respondentów, co by zrobili ze swoją pracą, gdyby wygrali duże pieniądze? Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że większość deklarowałaby kontynuację dotychczasowego zajęcia. Potwierdzają to dane z wywiadów przeprowadzonych przez Institute of Personnel and Develop-ment, opublikowane w czasopiśmie „Personnel Management”. Otóż spośród 200 przepytanych pracowników 48 procent deklarowało, że gdyby wygrali na loterii dużą sumę pieniędzy, to i tak kontynuowaliby dotychczasową pracę lub poszukali nowej. Deklaracje takie niewątpliwie oznaczają jedno – w pracy ludzie szukają nie tylko pieniędzy. Istnieje zresztą wiele badań pokazujących, że istotnymi motywami pracy mogą być: samorealizacja, prestiż czy inne czynniki natury społecznej. Pouczający przykład mogą stanowić tu pracownicy naukowi pewnego instytutu Polskiej Akademii Nauk (nie chodzi przy tym o nasz rodzimy instytut), którzy po zmniejszeniu państwowej dotacji zamiast „się zredukować” zdecydowali się na pracę w tym samym składzie za mniejsze pensje.

Intrygująca jest jednak kwestia, czy zachowanie tych, którzy rzeczywiście wygrali znaczną sumę, jest zgodne z owymi deklaracjami – wiadomo przecież, że z tym bywa różnie. Oto, co pokazują obserwacje rzeczywistych przypadków. Przede wszystkim pewna część tych, którzy uzyskali wysokie wygrane, szybko rzuca pracę. Według Roya Kaplana, aż jedna czwarta takich „szczęśliwców” po roku już nie pracowała. Po drugie, im większa jest uzyskana pula pieniędzy, tym większe prawdopodobieństwo, że nieoczekiwany bogacz przestanie pracować zawodowo, a w każdym razie będzie pracował znacznie mniej niż przedtem. Potwierdził to Harvey Rosen, gdy uzyskał dostęp do ogromnego zbioru zeznań podatkowych 2500 Amerykanów, którzy otrzymali wcześniej duży spadek.

Ta ostatnia tendencja prowadzi do interesującej kwestii rozpatrywanej w ekonomii. Chodzi o prawidłowość, według której zwiększenie się dochodów jednostki prowadzi w efekcie do wzrostu konsumpcji dóbr bardziej luksusowych (jachty, wczasy na Hawajach), ale nie dóbr „niższej jakości” (używana odzież, pociągi osobowe, salceson). Z tej perspektywy dla ekonomisty staje się interesujące, jakim rodzajem dobra jest niepracowanie. Kluczowe staje się tu pytanie, czy w miarę zwiększania się dochodów człowiek zwiększa konsumpcję tego dobra czy też nie.

Jeżeli tak, oznaczałoby to, że niepracowanie jest „normalnym” dobrem luksusowym, które podlega temu samemu prawu, co inne dobra luksusowe (chodzi o wyżej wspomniany wzrost konsumpcji dóbr luksusowych wraz ze wzrostem dochodów jednostki). I tak właśnie jest. Glassman przytacza wyniki analiz, z których wynika, że im większa jest pula wygranych pieniędzy, tym bardziej rośnie prawdopodobieństwo zmniejszenia przez nagłego bogacza liczby godzin pracy. Oto sprawdzony przykład: w Stanach Zjednoczonych ten, kto otrzymywał z tytułu wygranej w loterii 80 tys. dolarów rocznie (wypłata jest tu rozkładana na wiele lat), pracował przeciętnie o dziewięć godzin mniej niż ten, kto otrzymywał tylko 15 tys. dolarów. Oczywiście zmniejszanie liczby godzin pracy oznacza zwiększanie liczby godzin niepracowania, a więc oznacza większe konsumowanie tego luksusowego dobra.

Dają szczęście czy nie dają

Rozważania te dają podstawy do pewnej refleksji – np. pozostawianie dużego spadku potomstwu może wcale nie być dla niego dobrodziejstwem. Może mianowicie prowadzić do rozleniwienia spadkobierców, a w konsekwencji do nadmiernej konsumpcji luksusowego dobra – niepracowania.

Wielu filozofów rozważało problem istoty szczęścia, a w szczególności jego związku z posiadaniem dóbr materialnych. Ich stanowiska, jak to zwykle bywa, różniły się. Niektórzy twierdzili, że szczęście jest w większym stopniu wynikiem umysłowej postawy (duchowości człowieka) niż wpływu czynników zewnętrznych – w tym wielkości posiadanych dóbr materialnych. Twierdzi-li tak przede wszystkim przedstawiciele myśli religijnej. Dobrą ilustrację stanowią tu rozważania biskupa Stanisława Witwickiego, których fragment przytaczamy na podstawie traktatu „O szczęściu” Władysława Tatarkiewicza:
„Szczęście człowieka nie znaydzie się w pospolitem mniemaniu abo opiniey światowey; ani w honorach y przełożeństwie; ani w dostatkach światowych; ani w faworach ludzkich y sławie od ludzi pochodzącey; ani w znakomitości to iest szlacheckim urodzeniu; ani napojach y iedzeniu; ani w naukach y kunsztach (...)”.
Od kiedy uczeni i myśliciele zaczęli przykładać większą wagę do empirii niż do spekulacji, także w sprawie związku między szczęściem i posiadaniem dóbr materialnych, coraz większą wagę przywiązują do badań i eksperymentów. Się-gają przy tym po różne chwyty metodologiczne. Na przykład porównują dobrobyt kraju (mierzony wielkością dochodu narodowego) i poziom deklarowanego przez mieszkańców kraju poczucia szczęścia. Wyniki tego rodzaju badań bywały niejednoznaczne. W badaniu Ruut Veenhoven z Holandii stwierdzono wyraźną zależność między poziomem dobrobytu danego kraju a średnią liczbą szczęśliwych lat życia deklarowaną przez jego mieszkańców (obliczano ją mnożąc wyniki badań sondażowych na temat poczucia szczęścia i satysfakcji z życia obywateli danego państwa przez ich oczekiwaną długość życia).

Z kolei porównanie Portugalczyków i dużo bogatszych od nich Holendrów ujawniło, że tylko jeden na dziesięciu Por-tugalczyków uważał się za bardzo szczęśliwego, podczas gdy wśród Holendrów taką deklarację złożyło aż czterech na dziesięciu. Ale z drugiej strony, jak przytacza Mihaly Csikszentmihalyi, mimo że Niemcy i Japończycy mają dochód narodowy ponad dwukrotnie większy od Irlandczyków, to ci ostatni deklarują wyższy poziom zadowolenia z życia.

Także porównania wewnątrz tego samego kraju nie są jednoznaczne. Na przykład poziom zadowolenia z życia 100 najbogatszych Amerykanów nie różnił się zbytnio od średniej krajowej. Również deklaracje dotyczące poczucia szczęścia składane przez „szczęściarzy”, którzy wygrali duże pieniądze, nie są wyraźnie wyższe od średniej – pod warunkiem jednak, że pomiar dokonywany jest w kilka lat po wygranej. Potwierdza to badanie opublikowane w 1978 roku: według niego niespodziewani bogacze w kilka lat po uzyskaniu majątku deklarowali poziom poczucia szczęścia niewiele różniący się od tego, który był udziałem osób mających za sobą jakieś nieszczęśliwe wydarzenie, np. utratę wzroku.

Powody braku wyraźnego związku między posiadaniem dóbr materialnych i szczęściem mogą być różne. Mihaly Csikszent-mihalyi w czasopiśmie „American Psychologist” (październik 2000) wymienia trzy. Przede wszystkim – zgodnie z całą wiedzą o motywacji człowieka – nagrody materialne nie stanowią jedynego warunku szczęścia. Ludzie zabiegają o wiele różnych wartości, takich jak: miłość, przyjaźń czy sława. Po drugie, działa prawo eskalacji oczekiwań – uzyskawszy pewien poziom dobrobytu, ludzie szybko adaptują się do tego poziomu i uważają go za stan normalny. Stwarza to z kolei punkt wyjścia dla pragnienia osiągnięcia jakiegoś wyższego stopnia dobrobytu. I po trzecie, działa (w powiązaniu z poprzednim) prawo porównywania własnego poziomu posiadania z tym, co mają inni. Dlatego poczucie szczęścia bogatych i biednych może być zbliżone, bowiem jedni i drudzy porównują się z bogatszymi od siebie.

Tak więc posiadanie dóbr materialnych nie musi prowadzić do szczęścia. Co gorsze, nagłe wzbogacenie się może wręcz prowadzić do nieszczęścia. Stephen Goldbart i Joan DiFuria, psychologowie z Money, Meaning and Choices Institute w Berkeley, utworzyli ostatnio nową kategorię diagnostyczną, którą nazwali syndromem nagłego bogactwa (Sudden Wealth Syndrome). Ludzie, którzy nieoczekiwanie stają się bardzo bogaci, mają problemy z dostosowaniem się do nowej sytuacji, cierpią na bezsenność i depresję, mają poczucie nieadekwatności społecznej, zaś poczucie zagubienia i winy prowadzi ich do zachowań autodestruktywnych.
Oto opublikowany w magazynie „Psychonomy Journal” opis przypadku (cytujemy za Jerrym Bensonem z magazynu „Omni”), gdy wielka wygrana doprowadziła do zaburzeń w spostrzeganiu rzeczywistości i zakończyła się wręcz tragicznie dla „szczęśliwca”:

„W roku 1985 czterdziestojednoletni Bud, spokojny i skromny technik komputerowy, zarabiający 45 tys. dolarów rocznie, wygrał w stanowej loterii dwa miliony dolarów. W wywiadzie udzielonym lokalnej prasie zapewniał, że jego życie nie zmieni się „nawet o mikron”, po czym kupił piętrowy dom, czerwoną Corvettę i dziesięcioekranowy komputerowy system rozrywkowy. W ciągu dwóch tygodni otrzymał 23 wnioski o wystawienie kart kredytowych z różnych banków i postanowił ubiegać się o wszystkie. Przed Bożym Narodzeniem Bud wpadł w szał zakupów. Ich uwieńczeniem był basen w kształcie wieloryba, który nabył zaciągając maksymalny kredyt na dziewięciu z 23 nowych kart.

Bud nie zdawał sobie sprawy ze swego odmiennego zachowania do czasu, kiedy został z...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy