Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

17 listopada 2015

Niewolnicy Europy

36

Staram się budować od nowa porozumienie między ludźmi. Nie chodzi o to, by dali pieniądze bezdomnym Romom, ale by umieli spojrzeć im w oczy. Bo gdy zostają zerwane więzi między ludźmi, kiedy już nie sposób dojrzeć człowieka w odartym z człowieczeństwa kształcie, dzieją się potworne rzeczy - mówi Fernand Melgar.

Fernand Melgar urodził się w Tangerze, w rodzinie hiszpańskich uchodźców, którzy wyemigrowali do Szwajcarii. Reżyser samouk i producent niezależnych filmów eksperymentalnych i reportaży. Autor ponad dwudziestu cenionych dokumentów,
takich jak „Twierdza”, nagrodzona Złotym Lampartem, czy „Lot specjalny”, który otrzymał Nagrodę WATCH DOCS 2011. W tym roku jego najnowszy film „Schron” będzie pokazywany w różnych miastach Polski w ramach festiwalu WATCH DOCS.

PAULINA PAJĄK: – Szacuje sie?, z?e od roku 2000 do dziś aż 23 tysiące osób zginęło, próbując przekroczyć granice Unii Europejskiej. Żyjemy w „Twierdzy Europa” – tak jak zatytułował Pan jeden ze swych wstrząsających dokumentów.
FERNAND MELGAR:
– W moich dokumentach staram się pokazać prawdziwą twarz migrantów. Chcę być świadkiem, który przekazuje to, co widzi, tak wiernie, jak to możliwe.
Sam jestem synem migrantów. Moi rodzice przyjechali do Szwajcarii w latach sześćdziesiątych, w czasie ogromnie trudnym dla przybyszów. Nie pozwolono im migrować z dziećmi – oczekiwano, że będą pracować, a potem wrócą do swoich krajów. Oczywiście wielu nie miało innego wyjścia, jak tylko nielegalnie przekroczyć granicę wraz dziećmi. Tak było też z moją rodziną. Przybyłem do Szwajcarii jako nielegalny migrant – należę do „pokolenia z szafy”. Całe dzieciństwo spędziliśmy, ukrywając się w rozmaitych kryjówkach…
Często myślę o tym, jak żyło się moim rodzicom w Szwajcarii. Niechęć do hiszpańskich i włoskich migrantów była dawniej niezwykle silna. Na co dzień Szwajcarzy omijali migrantów wzrokiem, nie odzywali się do nich słowem. Oczekiwania społeczne były jasne: migranci mieli ciężko harować. I tak moja matka pracowała siedem dni w tygodniu, a ojciec wciąż dostawał nadgodziny. Prawie ich nie widywałem. I wciąż pamiętam mój dziecięcy paraliżujący lęk, że pewnego dnia policja znajdzie mnie i zabierze rodzicom. Gdy słyszałem kroki na schodach, natychmiast chowałem się w kryjówce…
Potem sytuacja poprawiła się, migranci zyskali więcej praw. Przestałem być „nielegalny” i nareszcie mogłem pójść do szkoły. Rodzice nadal ciężko pracowali, ale poczuliśmy się bezpiecznie. I właśnie wtedy nacjonalistyczna partia zaczęła populistyczną kampanię przeciw migrantom.

Jak to wpłynęło na wasze życie?
– Zorganizowano referendum, w którym pytano Szwajcarów, czy chcą, aby wszyscy imigranci opuścili ten kraj. Nigdy nie zapomnę tego dnia. Gdy wróciliśmy wieczorem do domu, pod drzwiami znaleźliśmy starą, kartonową walizkę. W ten sposób sąsiedzi pokazali nam, że nie jesteśmy mile wdziani w tym kraju… To było porażające: „Żyjemy tu od dziesięciu lat, moi rodzice ciężko pracują – ale i tak jesteśmy dla nich obcy, i tak czeka nas walizka”.
Znaczące jest to, że większość migrantów z pokolenia moich rodziców wróciła do swych ojczys­tych krajów.

Tak jak Pana rodzice.
– Tak, wyjechali ze Szwajcarii na początku lat dziewięćdziesiątych. Mieli złamane serca.

Dlaczego Pan został i zdecydował się naturalizować swoje dzieci?

– Jestem dumny z tego, że jestem obywatelem Szwajcarii, choć nigdy nie zapominam, że jestem także migrantem. Nie czuję, że jestem gdzieś „pomiędzy” tymi tożsamościami. Kocham naszą bogatą tradycję praw człowieka, z której wyrasta i Czerwony Krzyż, i Konwencja Genewska. Kocham moją Szwajcarię, demokratyczny kraj i ziemię migrantów. Wierzę, że nie utraciliśmy tego humanitarnego dziedzictwa i staram się
je ocalić.

Czarne owce, kruki, buty maszerujące po narodowej fladze czy zamaskowane postacie w czadorach – takie portrety migrantów można od lat zobaczyć na szwajcarskich ulicach. Biało-czerwone plakaty populistycznych partii wiszą w każdym zakątku kraju. Pana filmy pokazują, że migranci to ludzie tacy jak my, z codziennymi marzeniami i dramatami.

– Żywo interesują mnie kwestie migrantów, a zwłaszcza możliwość przywracania im twarzy i podmiotowości. Moje kino jest gestem na rzecz demokracji: próbuję wiernie sportretować rzeczywistość, a nie przekonać ludzi do moich poglądów. Chodzi o to, by społeczeństwo mogło zobaczyć inny obraz tych, których przedstawia się na plakatach jako czarne owce czy kruki. W moich filmach konfrontuję ich z istotami ludzkimi, żyjącymi w nędzy i cierpieniu w samym środku jednego z najbogatszych krajów na świecie.
Portretuję ukryty świat i „niewidzialnych ludzi”, których nie spotyka się na co dzień. Kiedy romska rodzina śpi w samochodzie, zaparkowanym przy jednej z bocznych ulic, ludzie mijają ich obojętnie. Większość przechodniów nie zdaje sobie sprawy z tego, że ta rodzina śpi w tym samochodzie niemal każdej mroźnej zimowej nocy. W naszym kraju nadal są dzieci, dla których jedynym domem jest stary samochód…

W przejmujący sposób pokazuje Pan, że romskie dzieci „z samochodu” próbują żyć zwyczajnie. Chłopcy grają na automatach, dziewczynki eksperymentują z makijażem. Wracają wspomnienia z Pana dzieciństwa?

– Wszystkie moje filmy to próby zmierzenia się z własną biografią. Fascynują mnie inni ludzie, ale usiłuję też znaleźć odpowiedzi na ważne dla mnie osobiście pytania. W „Schronie”, moim najnowszym filmie, portretuję Rosę i Cesara, hiszpańską parę. W ostatnim kryzysie oboje stracili pracę i nie byli w stanie spłacać kredytu, więc bank zabrał ich dom. Kiedy kręciliśmy film, zdałem sobie sprawę, że widzę w nich własnych rodziców.

W tym filmie pokazuje Pan ukryte życie, które toczy się w schronisku dla bezdomnych imigrantów w Lozannie.
– Przed wejściem do betonowego bunkra co noc rozgrywa się ten sam dramatyczny rytuał. Tylko kilkadziesiąt osób „wybranych” spośród oczekującego tłumu zostanie wpuszczonych do środka, by za niewielką opłatą otrzymać ciepły posiłek i łóżko do spania. Pracownicy schroniska mają trudne zadanie – to od nich zależy, kto znajdzie schronienie, a kto spędzi zimową noc na bruku, nie mogą przekroczyć wyznaczonych limitów miejsc. Najpierw wpuszczają kobiety i dzieci, dla mężczyzn pozostaje zwykle niewiele łóżek. Rodziny zostają więc rozdzielone. Migranci, dla których nie znalazło się miejsce, próbują przeżyć kolejną noc…

To portret Szwajcarii czy całej Europy?
– Kiedy pracuję nad filmem, staram się opowiadać o wielkiej historii poprzez małe, indywidualne opowieści. A zatem „Schron” pokazuje, jak traktujemy migrantów w Szwajcarii, ale też w całej Europie. Mój film mówi przede wszystkim o tym, w jaki sposób kraje zachodnie zamykają się na przybyszów. „Schron” portretuje bunkier w Lozannie, ale jest też metaforą wyspy Lampedusa, u wybrzeży której toną tysiące afrykańskich migrantów. Widzowie zostają skonfrontowani z pytaniem: co możemy zrobić, by na świecie było mniej takiego cierpienia?

Zamykają się nie tylko kraje zachodnie. Ze względu na wojnę rosyjsko-ukraińską ponad dwa tysiące Ukraińców próbowało w ubiegłym roku uzyskać w Polsce status uchodźcy. Nie otrzymała go ani jedna osoba – mimo obietnic wsparcia dla Ukrainy ze strony polskich polityków. Czy uważa Pan, że europejskie społeczeństwa otworzą się w końcu na uchodźców i azylantów?

– Nie wiem. Ale ludzie są migrantami, odkąd nasi przodkowie wyruszyli w pierwszą wielką wędrówkę. Dziś – w czasach nazywanych wiekiem mobilności – zaledwie jedna trzecia światowej populacji może poruszać się swobodnie po świecie. Inni nie mają wyboru – muszą pozostać tam, gdzie się urodzili. To nie jest fair. Nie chodzi o to, by wszyscy ludzie przyjechali do Europy, ale by mieli prawo wyboru swojego miejsca na ziemi.

Pokazuje Pan w „Schronie” wieloetniczną załogę schroniska dla bezdomnych – ludzi, którzy przyjmują różne postawy wobec okrutnego systemu. Niektórzy milczą w obawie, że są następni w kolejce do wygnania ze „szwajcarskiego raju”. Jednak Jose, mający korzenie hiszpańskie, wciąż negocjuje ze swym szefem zwiększenie limitów noclegów.

– To ciekawe, że przy tak ogromnej świadomości społecznej Jose nie ma wykształcenia w tym kierunku. Wszyscy pracownicy schroniska to słabo opłacani pracownicy tymczasowi. Na przykład Jose w sezonie wiosenno-letnim pracuje na budowie, a zimą zatrudnia się w schronisku, bo tam jest przynajmniej ciepło. Był przerażony „rytuałem” rozgrywającym się przed drzwiami bunkra… Mówił mi: „Nienawidzę tego. Wszyscy
jesteśmy ludźmi, to rozdziera mi serce”. Jose to człowiek, który utknął „pomiędzy” – zarzeka się, że jest Szwajcarem, choć jego szef – notabene jedyny rodowity Szwajcar w załodze – bez ogródek mówi, że mając hiszpańskie korzenie, nie może nim być.
Z perspektywy skrajnej prawicy ludzie tacy jak Jose są następni na czarnej liście zaraz za migrantami – przecież mówią z obcym akcentem, ich skóra jest nieco ciemniejsza… Przypomina to czasy drugiej wojny światowej, gdy gorliwie poszukiwano śladów żydowskiego pochodzenia. Jestem przekonany, że w całej Europie można usłyszeć nienawistny język i takie rozmowy, jak ta między Jose a jego szefem. Takie słowa codziennie padają i w Warszawie, i w Lozannie, i w Londynie. Ogromnie boję się powrotu nacjonalizmu – dziś nie jest on wyzwaniem tylko dla Szwajcarii…

Portretuje Pan ludzi, którzy przybyli do Szwajcarii, bo jawiła im się jako bezpieczna, zamożna „ziemia obiecana”.
– „Schron” opowiada historie migrantów ekonomicznych, którzy przyjeżdżają tu przede wszystkim z krajów europejskich, takich jak Rumunia czy Hiszpania, choć coraz częściej pojawią się także Afrykańczycy. Z pozoru Szwajcaria to bardzo przyjazny kraj: nie ma tu bezrobocia, społeczeństwo jest zamożne i stabilne, rozwinięta jest też sieć organizacji humanitarnych… Dlaczego nie myśleć więc o tym miejscu jako ziemi obiecanej?
Co więcej, nie mamy w Szwajcarii realnego problemu z imigracją. Po pierwsze, niewiele osób szuka tu azylu czy ubiega się o status uchodźcy. Po drugie, nasza gospodarka potrzebuje ekonomicznych migrantów, bo brakuje nam pracowników w różnych sektorach.
Prawdziwym źródłem problemów w naszym kraju są korporacje, które dorabiają się na brudnych interesach w krajach Trzeciego Świata. Wielu migrantów kręci się w błędnym kole: żyją w nędzy i decydują się na emigrację, ponieważ międzynarodowe korporacje, które mają siedziby w Szwajcar...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy