Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

NIE TAKI CZŁOWIEK LUDZKI

0 229

Pszczoły poświęcają życie dla własnej społeczności, szympansy prowadzą regularne wojny - jak ludzie. Człowiek zdolny jest do gwałtu czy zabójstwa przybranego potomstwa - jak zwierzę. Nad tym, co w nas zwierzęce, a w zwierzętach ludzkie zastanawia się KRZYSZTOF SZYMBORSKI.

Właściwie niczym nie różnimy się od zwierząt pod względem fizjologicznym i morfologicznym. Mamy podobne organy wewnętrzne, w naszych ciałach zachodzą takie same procesy, nasze rozmnażanie także bardzo niewiele się różni od procesów reprodukcyjnych dziejących się w świecie zwierząt. Jednak przeważająca większość z nas nie ma wątpliwości, że jesteśmy gatunkiem wyjątkowym – bo jako jedyni posiadamy język, bo używamy narzędzi i tworzymy kulturę, bo wreszcie obdarzeni jesteśmy rozumem, świadomością, wrażliwością moralną, duszą. Jako te wyjątkowe „zwierzęta-niezwierzęta” łączą nas z innymi gatunkami stosunki, powiedzieć można, wysoce ambiwalentne. Z jednej strony traktujemy je często jako milczące i pokorne „zwierzęta ofiarne”, którym możemy przypisać wszystkie nasze najgorsze grzechy i przywary. Tak więc upijamy się „jak świnie,” zachowujemy się „jak bydlęta”, a kiedy robimy sobie na złość, „jesteśmy sobie nawzajem wilkami”. Z drugiej strony już od czasów Ezopa niektóre zwierzęta, z przyczyn dziś już niezrozumiałych, stanowią uosobienia cech typowo ludzkich. Np. sowa jest uosobieniem mądrości, a lis przebiegłości. Najczęściej jednak „zezwierzęcenie” czy „bestialstwo” uznawane są za degrengoladę ludzkiej jednostki.

Nie trzeba być aktywistą ruchu wyzwolenia zwierząt, by zgodzić się, że zła prasa, ofiarami której są od tysiącleci inne animalia, podszyta jest poczuciem winy i pewną konsternacją, jaką odczuwamy, rozmyślając nad własną, ludzką naturą. W końcu to ludzie zdolni są do największego „bestialstwa”, do irracjonalnego okrucieństwa, prowadzenia bratobójczych wojen wewnątrzgatunkowych, do całej litanii wykroczeń przeciwko Dekalogowi. Nic więc dziwnego, że w obronie, rzec można, dobrego imienia zwierząt wystąpili uczeni zajmujący się badaniem ich zachowania, czyli etolodzy. Jeden z nich, austriacki laureat Nagrody Nobla – Konrad Lorenz (który, nawiasem mówiąc, przyjmując to najwyższe naukowe wyróżnienie, wyraził skruchę za swe „przejściowe” nazistowskie sympatie), przekonany był, że wewnątrzgatunkowa agresja wśród zwierząt rzadko ma śmiertelne skutki. W swej słynnej książce „O agresji” przedstawił hipotezę, że wszystkie zwierzęta, które natura obdarzyła skuteczną bronią (kły, pazury czy rogi), zostały w toku ewolucji wyposażone również w skomplikowane rytuały zapobiegające śmiertelnym konfliktom pomiędzy osobnikami tego samego gatunku. A ponieważ człowiek nie posiada takiego „naturalnego uzbrojenia,” u ludzi nigdy nie wytworzył się równie silny mechanizm obronny przed fatalnymi skutkami wewnątrzgatunkowej przemocy. Propozycja Lorenza była rewolucyjna. Burzyła bowiem stereotyp dotyczący panującego w naturze „prawa dżungli”, czyli bezwzględnej walki o przetrwanie. Hipoteza austriackiego badacza podważała to rozpowszechnione przekonanie przynajmniej w odniesieniu do stosunków wewnątrzgatunkowych. Co więcej, sugerowała, że przemoc w swych najokrutniejszych przejawach była typowo ludzką charakterystyką.

W czasie, kiedy Lorenz badał etologię zwierząt, uczeni zajmujący się ludzkim zachowaniem stali w większości na stanowisku, że biologia nie przydaje się do jego wyjaśnienia, ponieważ „ludzka natura” nie jest bynajmniej „naturalna”, bowiem kształtują ją wpływy środowiskowe. Ten model „kulturowego determinizmu” był szczególnie atrakcyjny dla badaczy o „postępowych” poglądach, którzy skłonni byli winić za wszelkie zło, tak często dające o sobie znać w międzyludzkich stosunkach, wadliwy system społeczny, wyzwalający w ludziach ich najgorsze cechy. Najskuteczniejszą – czy wręcz jedynie skuteczną – drogą do poprawy ludzkiego zachowania i „charakteru” miała być zmiana układu owych społeczno-ekonomicznych stosunków. Zło tkwiło w systemie, a nie w ludzkiej naturze, jeśli taka w ogóle istniała.

W ciągu ostatnich mniej więcej 30 lat nastąpiła znamienna ewolucja poglądów na to, jak bardzo ludzie są zwierzęcy, a zwierzęta ludzkie. Gdy mowa o zwierzętach, stwierdzić trzeba, że – ku rozczarowaniu niektórych badaczy podzielających poglądy Lorenza na temat ich „naturalnej powściągliwości” w wewnątrzgatunkowych konfliktach – także w wielu zwierzęcych społecznościach występuje systemowa mordercza przemoc, prowadząca do „zabójstw z premedytacją”. Mówiąc „systemowa”, mam na myśli to, że zabójstwa te nie są wynikiem wypadku, lecz zamierzonym skutkiem.

Odkrycia, które miało chyba największy wpływ na rewizję naszych poglądów na temat „pokojowej” natury zwierząt, dokonała w latach 70. Jane Goodall, obserwując szympansy w lasach Gombe. Stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że dwie grupy zamieszkujące sąsiednie terytoria (w tym przypadku grupy Kasakela i Kahama) prowadzić mogą pomiędzy sobą śmiertelne wojny, których skutkiem bywa fizyczna eksterminacja jednej z grup. Kilka lat później Sarah Hardy, badając społeczne zachowania indyjskich langurów, odkryła, że dzieciobójstwo jest wśród tych małp częstą praktyką, podyktowaną dążeniem dominujących samców, świeżo „awansowanych” na wysoką pozycję w stadzie, do zwiększenia własnego reprodukcyjnego sukcesu.

Przedstawiciele nowej szkoły ewolucjonistów, reprezentowanej między innymi przez brytyjskiego biologa Williama Hamiltona, nie byli tymi rewelacjami zaskoczeni. W ich przekonaniu u podłoża poglądów Lorenza tkwił teoretyczny błąd, który polegał na anachronicznym założeniu, że w przyrodzie ma sens pojęcie „dobra gatunku” i że dążenie do jego zachowania odgrywa istotną rolę w procesie ewolucyjnym. Według nowego „paradygmatu” (nazwanego później przez Richarda Dawkinsa „samolubnym genem”), koncepcja zakładająca, że jeden osobnik może zatroszczyć się o dobro innych przedstawicieli tego samego gatunku, nie ma biologicznego sensu, bowiem ewolucja działa nie na poziomie grup czy gatunków, lecz pojedynczych osobników, a nawet indywidualnych genów.

No dobrze, jeśli nawet tak jest, to czym tłumaczyć fakt, że częste są w przyrodzie zachowania w najoczywistszy sposób altruistyczne, kiedy wbrew swym żywotnym interesom jednostka dokonuje poświęceń – często nawet daje się zabić – dla dobra innych osobników? Pamiętajmy, że ciągle mowa o zwierzętach i „jednostkami” tymi mogą być na przykład pszczoły robotnice, które broniąc ula, dokonują samobójczych ataków „terrorystycznych” na intruzów. Wyjaśnienie Hamiltona, nazwane przez niego „teorią doboru krewniaczego”, stało się podstawą, na której zbudowana została socjobiologia. W myśl tej teorii, poświęcenie bądź altruizm muszą być dla poświęcających się osobników „biologicznie opłacalne”, czyli muszą zwiększać szansę przetrwania (i przejścia do następnych pokoleń) ich własnych genów, których nosicielami są również ich krewni. Innymi słowy, dobór krewniaczy jest formą nepotyzmu. Jak powiedział kiedyś brytyjski genetyk J. B. S. Haldane, „mogę poświęcić swe życie dla dwóch braci lub czterech kuzynów”. Z drugiej strony, eliminacja konkurenta w walce o dostęp do haremu samic lub rzeź jego wcześniejszego potomstwa także są czynami biologicznie sensownymi, bowiem zwiększają prawdopodobieństwo, że to właśnie geny zwycięzcy zostaną powielone. Czy podobne, nieświadome może, motywacje są całkowicie obce samcowi naszego gatunku?

Margo Wilson i Martin Daly, kanadyjscy psychologowie ewolucyjni i autorzy wydanej w 1988 roku książki „Zabójstwo” („Homicide”), badali kanadyjskie statystyki dzieciobójstwa i dokonali zaskakującego odkrycia. Jak się okazało, prawdopodobieństwo, że dziecko zostanie zamordowane przez własnych rodziców, wzrasta od 70 do 100 razy, jeśli żyje ono z ojczymem, a nie biologicznym ojcem. Czy w ten brutalny sposób manifestuje się zakodowana w naszej zwierzęcej naturze, archaiczna już dziś, reprodukcyjna strategia?

Dla zwolenników „kulturowego determinizmu” istnienie takich ludzkich cnót, jak altruizm, było koronnym dowodem na to, że ludzie nie są w końcu „bestiami” i że biologia nie może odgrywać istotnej roli w kształtowaniu naszych społecznych zachowań. I oto okazało się, że nie mamy bynajmniej na ów altruizm monopolu. Co więcej, by zachować się altruistycznie wobec swych „współplemieńców”, nawet zwierzęta nie muszą być z nimi – jak zauważył amerykański biolog Robert Trivers – blisko spokrewnione. Często bowiem opłaca się nam pomóc sąsiadowi w kłopotach i oczekiwać (niekoniecznie świadomie), że on odwzajemni się nam, gdy my sami będziemy potrzebować pomocy. Klasycznym przykładem takiego „odwzajemnionego altruizmu” są południowoamerykańskie nietoperze-wampiry, żywiące się krwią zwierząt. Mają one zwyczaj dzielić się swym posiłkiem z innymi nietoperzami, którym nie powiodły się nocne łowy. Tajemnicą skuteczności tej pomocy jest fakt, że w każdym indywidualnym przypadku „wymiany dóbr” strata, jaką ponosi dawca, jest niewspółmiernie mniejsza od zysku biorcy.

Mówiąc krótko, badania zjawiska altruizmu wśród zwierząt stały się wrotami, przez które biologia znów wdarła się do badań nad zachowaniem ludzkim. Dodajmy, że wbrew gwałtownym protestom ze strony wielu politycznie „postępowych” kręgów. Szczególne wzburzenie wywołała opublikowana w 1975 roku książka Edwarda Wilsona zatytułowana „Socjobiologia”. Niektórzy krytycy porównywali wręcz socjobiologów do nazistów, ale głównym zarzutem pod adresem tak zwanego „determinizmu genetycznego” (głosił on, że nasz charakter zapisany jest w genach) było to, że biologiczne wyjaśnienie ludzkiej natury miało być rzekomo „wodą na młyn” wszelkiego rodzaju politycznych reakcjonistów, którzy przeciwstawiali się zmianom społecznym mającym, w przekonaniu lewicy, doprowadzić ludzkość do szczęścia.

Socjobiologia obrażała także przedstawicielki radykalnego ruchu feministycznego. Wspomniany już Trivers zaproponował bowiem także biologiczne wyjaśnienie różnic w seksualnym zachowaniu kobiet i mężczyzn, odwołując się do pojęcia „rodzicielskiej inwestycji”. W myśl jego te...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy