Dołącz do czytelników
Brak wyników

Psychologia i życie , Otwarty dostęp

8 grudnia 2020

NR 10 (Grudzień 2020)

Na tropie kobiecości. Skąd kobiety czerpią moc?

0 1477

„Na szczęście mamy lament” – napisała Marion Woodman, jungistka. Co jest dla nas tak poważnym zagrożeniem, że lament staje się naszym sprzymierzeńcem? To zdanie, umieszczone w książce Uzależnienie od doskonałości, w całości brzmi tak: „Na szczęście mamy lament, który nie pozwala nam stać się idealnymi robotami”. Żeby zrozumieć siłę i motyw dążenia do tego, żeby stać się idealnym robotem, trzeba zanurzyć się w opisywany przez Woodman kontekst.

Pierwiastek męski i kobiecy w każdym z nas

Woodman pisze o kobiecym i męskim elemencie, trybie, sposobie funkcjonowania, wielokrotnie podkreślając, że element kobiecy posiadają także mężczyźni, a element męski – także kobiety. Co więcej, ich „pożenienie” w sobie samym czy sobie samej jest koniecznym warunkiem dojrzałości i czerpania z życia radości. Te dwie energie opisywane były już przez antyczną filozofię chińską jako jin i jang, przez filozofię hinduską jako Shiva i Shakti, w naszym kręgu kulturowym natrafia się czasami na pokrewne, choć nie identyczne, rozróżnienie między „być” i „mieć”, mówi się też o energii działania i energii bycia. Jakimkolwiek słowem nie opisywalibyśmy tego, warto przyjrzeć się tym dwóm elementom. 

Paradygmat działania

Element „męski” (pozwólcie, że użyję cudzysłowu, żeby podkreślić umowność terminu) to energia działania, osiągu, targetu, zdobywania, element pewnego rodzaju agresji rozumianej jako ingerowanie w to, co jest, i zmianę tego wedle własnego zamysłu; energia celowości, zadania, waleczności. Jest to też energia rozróżniania – tak albo nie, czarne albo białe, jedziesz czy nie jedziesz, wiesz albo nie wiesz, w prawo albo w lewo. Energia w jakimś sensie wertykalna: ruch idzie do przodu albo do góry: chcesz dojść do tego celu, wspiąć się po szczeblach kariery. To energia zatykania flagi na szczycie. To także energia rywalizacji – pytania, kto na ten szczyt dojdzie pierwszy. 
To energia, jak pisze Woodman – i tutaj sprawa robi się trochę bardziej skomplikowana – Ducha, czyli zasady zewnętrznej, która ma organizować nasz świat. Wewnątrz tej energii wierzymy, że istnieje pewna zewnętrzna wykładnia – zbiór zasad, stworzony przez osobę, kulturę, cywilizację, religię, którym mamy się kierować, ideał, do którego mamy dążyć. 

Paradygmat bycia

Element „kobiecy” to tryb inny: paradygmat działania zastępuje tutaj paradygmat bycia. Samo bycie staje się wartością. To, że siedzę i patrzę na chmury, a nie to, że starannie kadruję zdjęcie tych chmur, by potem je zgłosić na konkurs. To, że słucham opinii, nawet całkiem innej niż moja i robię jej przestrzeń, zamiast szukać w głowie ciętej riposty. W energię bycia wpisana jest pewna programowa pasywność, robienie miejsca temu, co jest. Jeśli wyobrazimy sobie plażę, na której stoi wielopiętrowy hotel, którego projektanci chcieli pomieścić jak największą liczbę pokoi, a jego gościom zapewnić jak najlepszy widok, to ten hotel powstał w energii działania. Jeżeli wyobrazimy sobie hotelik wpisany w nadmorską skałę, nienaruszający krajobrazu, taki, który jakby z założenia postanowił uhonorować przestrzeń, powstał w energii bycia (chociaż jednemu i drugiemu przedsięwzięciu musiała towarzyszyć doza działania, bo trzeba było przecież te hotele postawić). 
„Kobieca” energia, w przeciwieństwie do „męskiej”, to też energia łączenia, a nie rozróżniania. Albo-albo zostaje zastąpione poprzez „i jedno, i drugie”. Kierunek do przodu, do góry, dalej, szybciej, więcej, zostaje zastąpiony spiralną energią prowadzącą w głąb. Czarne ma białą podszewkę, białe ma czarną, możliwe jest naraz coś lubić i nie lubić; to, co jest teraz prawdziwe, za chwilę staje się nieprawdziwe; to, co wydawało się przeciwstawne, teraz może się połączyć, wziąć się za ręce. Rzeczywistość tak widziana przypomina patchwork, zszyty z różnych kawałków i tworzący całość. Energia kobieca to też energia więzi i „współ-czucia”, relacji, a nie rywalizacji. Zasada zewnętrzna – zasada Ducha – zostaje tutaj zastąpiona zasadą Materii i Ciała. Co to znaczy? Na przykład, że jeśli ktoś poprosi mnie o opinię czy jakieś rozstrzygnięcie natury moralnej, nie zdejmę z półki regulaminu czy katechizmu, tylko wezmę głęboki wdech, głęboki wydech i niejako „sprawdzę” w swoim wnętrzu – swoim sumieniu, ale też swoim ciele, mieszkającej w nim intuicji; tam poszukam odpowiedzi. Energia kobieca jest energią wcielenia, w-cielenia, inkarnacji, a inkarnacja to in-carne, „w ciele”. 

POLECAMY

Sprawa jest absolutnie praktyczna

Jeśli to wszystko brzmi dla Was abstrakcyjnie, dajcie mi jeszcze parę minut uwagi, a spróbuję Was przekonać, że sprawa jest absolutnie praktyczna. Kluczowe wydaje się świadome korzystanie z jednej i drugiej energii, pilnowanie równowagi i „dobieranie” tego trybu, którego używaliśmy za mało; coś, co można by nazwać polityką decentralizacji: nie wszystko w jednych rękach. 
Uśredniając, kobieta będzie mocniej w energii kobiecej, a mężczyzna w energii męskiej – z całym szacunkiem dla licznych od tego wyjątków. Ponieważ jednak w naszej części świata na wielu płaszczyznach dominuje energia męska, zaryzykuję tezę, że to kobiety dokonują w swojej codzienności dalej idących kompromisów. 
Na przykład: siedzisz na zebraniu zespołu (sięgnij do wspomnień lub wyobrażeń postcovidowej rzeczywistości). Salka konferencyjna jest funkcjonalna. Twoi koledzy i koleżanki pozapinani są w garnitury zgodnie z wymogami tak zwanego profesjonalizmu. Rzutnik działa sprawnie, a na rzutniku wyświetlone są wyniki sprzedaży i targety na następny kwartał. Wszystko jest o tym – ambitnych celach, osiągach i wykonach. Kiedy robi się duszno od ambicji i determinacji, żeby sprzedać jeszcze więcej, nikt nie pamięta, że w salce jest okno, które można uchylić – ktoś podchodzi do panelu i zmniejsza temperaturę na klimie. Po zebraniu kupujesz batonik w automacie i jesz go przy biurku, żeby nie tracić czasu na stołówce, odpisując równocześnie na parę e-maili dotyczących optymalizacji procesów. W końcu zamkniesz komputer, przyłożysz do panelu firmowy identyfikator przy wyjściu, nie wsiądziesz do windy, tylko zejdziesz schodami, żeby wyrobić swój cel na krokomierzu. W samochodzie odpalisz audiobooka z lekcją włoskiego, którego postanowiłaś się nauczyć – nie będziesz przecież marnować czasu w korkach. A kiedy dotrzesz do domu i chwilę odsapniesz, wejdziesz na Librusa, żeby sprawdzić, jakie oceny dostało dzisiaj w szkole Twoje dziecko. 
Jeśli udało Ci się wczuć w taką wersję codzienności, sprawdź, w jaki sposób reaguje na to Twoje ciało. 
Jak się czujesz wewnątrz takiego dnia? To pytanie przynależy oczywiście do energii czucia, więc odpowiedź znajdujemy nie w lewej półkuli, ale w ciele, w obszarze nazywanym przez Woodman „od szyi w dół”. Jak więc się czujesz?
Obstawiam, że na podium znajdą się takie stany, jak: napięcie, wyczerpanie, zmęczenie, ciężar. Być może ciało powie też coś o zacisku, bezdechu, zadyszce, chłodzie. Scenariusz, który zapodałam poniżej, to dzień zbudowany prawie wyłącznie na energii męskiej, a dokładnie rzecz biorąc, jej korpo-karykaturze. Wiele kobiet, mniej lub bardziej świadomie decydując o budowaniu swojego życia wewnątrz paradygmatu wyścigu, skazuje się na, mówiąc wprost, gorsze życie. 
Kobietę, która zaprzęgła się do wyścigów opartych na energii osiągu i wykonu, której serce jest równocześnie w jakimś sensie zupełnie obojętne na wynik tych wyścigów, nazywam Królową Śniegu. Na jakimś poziomie tkanką, z której zrobiona jest Królowa Śniegu, jest strach. Bo to strach podpowiada nam, że w żadnym wypadku nie wolno się nam zatrzymać, że tylko swoim nieustannym zarobieniem możemy zapracować na prawo do życia. Elegancko, choć myląco, nazywamy to perfekcjonizmem. Woodman powiedziałaby, że taka sytuacja to zaprzedanie kobiecej energii nawet nie męskim celom, ale ich karykaturze. Męska energia, w wersji niekarykaturalnej, nie jest przecież wyścigiem opartym na strachu, ale na waleczności, ambicji, determinacji, odwadze – te wszystkie rzeczy są światu potrzebne. Pod warunkiem że są równoważone tym, co – nie zapominając o cudzysłowie – nazywam tu energią kobiecą. 
Tymczasem jednak często patrzymy właśnie na karykaturę, próbując doścignąć nieistniejący ideał (wystarczy popatrzeć na Instagram, żeby zobaczyć, jak wielu próbuje go doścignąć). Robiąc to, na jakimś poziomie mówimy nie swojemu człowieczeństwu – ciału, byciu, odczuwaniu; odsuwamy się od swojego ciała i od tkanki naszej codzienności. Zapamiętani w wyścigu, nie patrzymy na lipę za oknem, nie bierzemy do ręki kasztanów, które właśnie zaczęły spadać, nie patrzymy z niespieszną uwagą na twarz swojego dziecka czy partnera. Biegniemy. Gonimy, ale nie dogonimy – bo w tym biegu nie da się dobiec do mety. 
Czy oznacza to, że namawiam naszą wyobrażoną bohaterkę do rezygnacji z pracy i oddania się pieczeniu ciast śliwkowych oraz kontemplacji opadających z drzew liści? Broń Boże! A raczej tylko wtedy, jeśli to jest pragnienie jej serca i, dodatkowo, jest to dla niej możliwe. Zdecydowana większość kobiet chce jednak pracować, nie tylko z pobudek materialnych. Moja zrodzona także wewnątrz kobiecego paradygmatu teza jest taka, że kluczowe jest nie to, co robimy – czy pracujemy w sklepie, czy zarządzamy zespołem sprzedaży w korporacji, czy pełnimy rolę tak zwanej pani domu – ale jak to robimy i na ile dbamy o karmienie zarówno kobiecego, jak i męskiego kawałka (cały czas w cudzysłowie). Męskie pyta „co” i „jak szybko”. Kobiece pyta „jak” – jak to będzie przebiegało? Jakie będzie doświadczenie codzienności? 
Wiele z korporacji, tworząc systemy oceny pracowników, obok oceny twardych celów, na przykład sprzedażowych, dodaje teraz wymiar „jak”, umieszczając tam tak zwane miękkie umiejętności. W kontekście gospodarczym coraz częściej mówi się już nie rozwoju, ale o zrównoważonym rozwoju. Coraz więcej ludzi chce uczyć się uważności. Coraz więcej liderów i liderek mówi o tym, jak kluczowe jest słuchanie pracowników, a nie tylko skuteczna argumentacja. Te wszystkie nurty pokazują, że świat szuka równowagi, wciąż jeszcze zaburzonej na niekorzyść energii kobiecej. 

Rozgościć się we własnym życiu

Jak wygląda Twoja codzienność? Popatrz nie tylko na to, co robisz, ale też jak to robisz. Można być gospodynią domową i spędzać dni w reżimie nie mniejszym niż wczesnokapitalistyczna fabryka. Można być szefową zespołu sprzedaży i prowadzić go w taki sposób, że targetowe ambicje idą ręka w rękę z energią współpracy, nad biurkami wiszą łapacze snów i dzikie pnącza, a ludzie gromadzą się wokół stołu, żeby zjeść upieczone przez kogoś ciasto. Ta świadomość może być wyzwalająca – jeśli kobieta (lub mężczyzna) poczuje, że jej (jego) życie zostało zdominowane przez element męski, nie musi sprzedawać mieszkania z kredytem i przenosić się do domu po babci, żeby tam wyplatać wiklinowe koszyki. Może zostać w tym samym miejscu, świadomie robiąc przestrzeń dla tego, co w niej (nim) tkliwe, wrażliwe, szanujące to, co jest, a nie gnające za tym, czego nie ma. Robić przestrzeń dla tego, co relacyjne, co inkluzywne, a nie czarno-białe. Dla tego, co z ciała, intuicji, dotyku. Maureen Murdock w książce Podróż bohaterki napisała, że bycie wymaga dyscypliny. Świadome, serdeczne (czyli idące z serca), relacyjne bycie wymaga od nas dyscypliny, nie mniej niż działanie. Zwłaszcza w świecie, który skanduje do nas więcej, szybciej, mocniej! Jednak dopiero wtedy, kiedy podejmiemy pracę pielęgnowania tego, co naprawdę nasze, będziemy mogły i mogli rozgościć się we własnym życiu. 

Przypisy