Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

NA CHOROBĘ ŚMIECH

0 305

Dowcip pozwala stawić czoło lękom i niepokojom towarzyszącym chorobie czy pobytowi w szpitalu – przekonuje ANNA RADOMSKA.

Nikt z nas nie chce być chory. Ale tak naprawdę nie mamy niemal żadnego wpływu na to, kiedy i na jak długo staniemy się pacjentami. Pół biedy, jeśli w tej roli będziemy występować przez kilka dni. Czasem jednak choroba i pobyty w szpitalach bądź sanatoriach trwają wiele tygodni, miesięcy, czy nawet lat. A wtedy trzeba nauczyć się żyć jako pacjent. Zdaniem Ireny Heszen-Niejodek podstawową umiejętnością jest „znoszenie” pobytu w szpitalu, czyli pogodzenie się z okresowym wycofaniem z czynnego życia zawodowego i rodzinnego, poddawanie się specjalistycznym zabiegom medycznym, dającym niekiedy przykre skutki uboczne (np. zażywanie leków, badania kontrolne, zabiegi operacyjne, amputacje), a także akceptacja szpitalnego „reżimu”, czyli stałych pór badań, posiłków, podawania leków itp.

Kolejną istotną umiejętnością pomagającą w dostosowaniu się do roli pacjenta jest opanowanie lęku przed diagnozą. Może ona przecież zwiastować na przykład trwałą utratę dotychczasowej sprawności fizycznej, inwalidzką egzystencję wymuszającą rozmaite ograniczenia, a nawet przedwczesną śmierć. Pacjent musi się również pogodzić z czasowym brakiem niezależności i „samowystarczalności” oraz z niemożnością działania i decydowania o sobie. W szpitalu człowiek traci też swoją indywidualność, staje się bowiem jednym z wielu anonimowych „przypadków chorobowych”. Płynne wejście w rolę chorego oznacza także ścisłe podporządkowanie się zaleceniom lekarskim, nawet jeśli uniemożliwiają one realizację ważnych dla pacjenta spraw, na przykład dokształcania, awansu zawodowego czy poprawy sytuacji bytowej rodziny. Przydatna może okazać się odporność na odrzucenie, a nawet społeczne napiętnowanie, częste choćby w przypadku AIDS.

Według Ireny Heszen-Niejodek rozwinięcie tych umiejętności, a tym samym skuteczne radzenie sobie w roli chorego, wymaga przede wszystkim odreagowywania negatywnych emocji. Ważne jest więc, by pacjent otwarcie mówił o lęku i jego źródłach, na przykład o obawie przed nawrotem choroby, pogorszeniem ogólnego stanu, niewywiązywaniem się z obowiązków pracownika, męża lub żony czy rodzica. Powinien także dzielić się własnymi przeżyciami związanymi z zabiegiem operacyjnym, leczeniem chemicznym bądź napromienianiem. Dobrze jest również, jeśli chory nie unika odsłaniania przed bliskimi uczuć towarzyszących chorobie i terapii: poczucia bezsilności, utraty kontroli nad funkcjami organizmu, buntu i gniewu, czy też smutku i skłonności do płaczu. Zdaniem Ireny Heszen-Niejodek ujawnianie tych niepokojów i rozterek przynosi choremu natychmiastową ulgę i daje poczucie „oczyszczenia”.

Za jedną z technik emocjonalnego „katharsis” – wprawdzie niekonwencjonalnych, ale bardzo skutecznych – możemy uznać dowcip. Taką jego rolę jako pierwszy w pełni docenił Zygmunt Freud. Uważał on żart za „zawoalowany”, lecz mimo to czytelny, a przy tym atrakcyjny dla otoczenia społecznego wyraz ludzkich lęków, tęsknot i pragnień. Zdaniem twórcy psychoanalizy odreagowanie przykrych przeżyć w formie dowcipu pozwala człowiekowi nie tylko nabrać zdrowego dystansu do rzeczywistości, ale też zachować równowagę psychiczną. To zaś ułatwia adaptację do zmieniających się warunków życia, w tym „odnajdywanie się” w nowych rolach. Dowcip można więc porównać do „rytuału przejścia”, pomagającego odrzucić „dawną” tożsamość człowieka zdrowego i zaakceptować nową – pacjenta.
W tym miejscu nasuwa się pytanie: skoro żart ma tak wiele różnorodnych walorów terapeutycznych, dlaczego nie wszyscy chorzy go doceniają? Dlaczego niektórzy z nich odbierają dowcip jako niestosowny, poniżający, a nawet uwłaczający ich godności? Odpowiedzi może dostarczyć koncepcja Dolfa Zillmanna i Jeanne Cantor. Wprowadza ona polemiczną w stosunku do freudowskiej wizję genezy i funkcji dowcipu. Zdaniem autorów żarty opowiadamy przede wszystkim po to, żeby podbudować własną samoocenę. Dzieje się tak na skutek utwierdzania się w przekonaniu o własnej wyższości, przewadze, górowaniu nad bliźnimi pod jakimś istotnym względem. A zatem – w myśl założeń tej teorii – dowcipy o chorych służyłyby wzmocnieniu samooceny zdrowych osób, pacjentów utwierdzałyby zaś w poczuciu niemocy, przez co mogłyby w nich budzić niesmak i niechęć.

Chciałabym jednak zająć się postawą akceptującą dowcip – chcącą i potrafiącą przetworzyć go w wartość terapeutyczną. O tym, jak powszechne, potrzebne i – prawdopodobnie – efektywne jest opowiadanie żartów o pacjentach, lekarzach, szpitalu itp., świadczy ogromna ich liczba krążąca w społeczeństwie. Pełnią one przeróżne role. Są wśród nich takie, które pozwalają choremu pogodzić się z dokuczliwymi, często wstydliwymi dolegliwościami, na przykład: „– Panie doktorze – skarży się staruszek – dzień w dzień oddaję mocz regularnie o piątej rano. – W pana wieku to bardzo dobrze – uspokaja lekarz. – Ale ja się budzę dopiero o siódmej!”.

Nierzadko spotkać można dowcipy służące redukcji lęku przed niewłaściwą interwencją medyczną albo „błędem w sztuce”, którego skutkiem bywa okaleczenie lub śmierć chorego. Oto przykłady: „Przychodzi człowiek do lekarza i prosi o zwolnienie. Lekarz na to, że nie może mu dać zwolnienia, bo nie ma ku temu żadnego powodu – mężczyzna jest zdrowy i koniec. Ten wyszedł z gabinetu, w poczekalni runął na podłogę i umarł na miejscu. Wychodzi lekarz, widzi co się stało i mówi do innych pacjentów: – No widzicie?! Miałem rację... Tak mu się pracować nie chciało, że wolał umrzeć, niż iść do roboty!”; „W sali operacyjnej pielęgniarka zwraca się do lekarza: – Panie doktorze, to już trzeci stół, który pan zniszczył w tym miesiącu. Proszę nie ciąć tak głęboko!”. Dowcipy na temat pomyłek diagnostycznych czy terapeutycznych pozwalają pacjentom choć częściowo uwolnić się od lęku przed możliwą niekompetencją słu...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy