Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój

5 lutego 2019

Mowa bez nienawiści

48

Nie można milczeć, gdy mowa nienawiści zaczyna dominować w przestrzeni publicznej. Trzeba stawiać jej opór, ale nie sytuując się po jednej ze stron rządzącej nią antytezy, lecz podważając tej antytezy zasadność. Gdy ucichnie mowa nienawiści, zaczniemy znów ze sobą rozmawiać.

Określenie „mowa nienawiści” jest oksymoronem. Mowa służy przecież do porozumiewania się. Nienawiść – wprost przeciwnie. Mowa nienawiści jest aktem terroru wobec samej mowy, wobec kultury i cywilizacji. Jest złowróżbnym znakiem schyłku mowy. Jest aktem, który coś znaczy, a więc – i owszem – coś mówi. Ale mówi wyłącznie o mówiących: o ich lęku, frustracji, niewiedzy, brakach w wykształceniu. I nie, to nie są z mojej strony określenia wartościujące, to nie jest „mowa nienawiści” – to smutna diagnoza.

Powiedzmy sobie szczerze: język już dawno przestał opisywać rzeczywistość. A przynajmniej przestaliśmy się łudzić, że do tego służy. Za to wiemy już, że język rzeczywistość współtworzy, bo tkwią w nim siły, które mają funkcję zaklęć: wywyższają, niszczą, skazują lub uniewinniają. Cały ład społeczny oparty jest na umowie zawartej przecież właśnie w języku, za pomocą języka. Umowie między ludźmi. Im bardziej szemrana umowa, im mniej korzystna dla jednej ze stron, tym bardziej jej propagatorzy, czyli np. politycy, będą krzyczeć, że jest to umowa z Bogiem lub z naturą. Ale to tylko słowa. Umowa jest zawsze między tymi, którzy się umówili. Za pomocą mowy, czyli języka.

Usidleni antytezą
Spójrzmy na język opisu. Nawet on nie jest niewinny. Nie ma bowiem opisu, który by zarazem nie selekcjonował, nie porządkował i nie wartościował. A do tego potrzebne są formy, struktury, schematy – czyli językowe figury, które rządzą językiem opisu świata, przez to i naszym myśleniem o świecie, a więc i światem jako takim.

Żyjemy nie tyle w świecie, ile w świecie naszych przeświadczeń o świecie. Te przeświadczenia tylko w niewielkim procencie tworzymy samodzielnie. Większość podpowiadają nam inni: rodzice, autorytety, postaci literackie, politycy, demagodzy, copywriterzy, ewentualnie nasze superego lub id.

Język ma zdolność wartościowania. Ba, większości słów przypisane są atrybuty wartościujące. „Kibic” jest czym innym niż „kibol”. „Lewicowiec” czym innym niż „lewak”, nie mówiąc już o „lewactwie” przypominającym morfologicznie „robactwo”. Bywa też jednak, że te atrybuty się zmieniają: przed wojną słowo „faszysta” było określeniem neutralnym, po wojnie – już nie. Teraz jakby znów niebezpiecznie dryfowało w kierunku neutralności…

Najprostszym modelem wartościowania jest model dwuwartościowy, oparty na figurze antytezy. Znamy go z bajek i baśni, gdzie wiadomo, kto jest dobrą królewną, a kto złą macochą, kto bohaterem pozytywnym, a kto czarnym charakterem. Faktycznie, literatura oparta na takim wzorcu to pierwsza literatura, z jaką mamy do czynienia. Pamiętam, kiedy moje dzieci zaczęły wyrastać z bajek i oglądały z nami filmy dla dorosłych, z początku zadawały pytanie: „Kto tu jest zły?”. Bo czuły się zdezorientowane polifonicznością, różnymi poglądami, zachowaniami, podejmowanymi w różnych sytuacjach decyzjami bohaterów. „To nie jest takie proste” – odpowiadaliśmy. Życie nie jest takie proste. Wydaje się, że moje dzieci już to rozumieją, już nie oczekują po książkach czy filmach takich podziałów. Mam nadzieję, że od życia też ich nie oczekują.

Myślenie o świecie w kategoriach ostrych antytez wydaje mi się swego rodzaju regresem intelektualnym. Takim regresem, o jakim mówią psychologowie: wiem, że nie powinienem tak myśleć, ale w chwilach złości, w przypływie emocji – niejako cofam się w rozwoju. Stąd powszechne przyzwolenie na taki model w czasie wojny, okupacji, kryzysu. Przecież ten właśnie model rządził naszym myśleniem o rzeczywistości peerelowskiej: my i oni, opozycja i rząd, lud i władza, protestujący i ZOMO, Kościół i PZPR, Zachód i Wschód – podzielone w dodatku pół-symboliczną, a pół-realną żelazną kurtyną.

Ważniejszy jest jednak podział przebiegający przez społeczeństwo. Największym wyzwaniem 1989 roku, Okrągłego Stołu, rządu Tadeusza Mazowiec[-]kiego była próba zniesienia tego podziału i języka, na którym ów podział był ufundowany. Zwróćmy uwagę, że rzadko mówi się o przełomie 1989 roku jako o rewolucji. I słusznie, bo rewolucja polega głównie na zamianie wartościujących znaków przy obu członach antytezy: ofiara staje się katem, myśliwy zwierzyną, policjant złodziejem. Dokonuje się zemsta, sprawiedliwość dziejowa. I co? Antyteza pozostaje antytezą. Podziały, wyznaczone przez funkcjonariuszy zbrodniczego porządku, poprzednią epokę – pozostają te same. Mimo że sami funkcjonariusze tkwią w więzieniach – tryumfują. Bo ich dzieło trwa nadal.

Tymczasem do wyborów 4 czerwca 1989 roku strona solidarnościowa podeszła z innym językiem, inną retoryką – retoryką wewnętrznej różnicy. Nie tyle odwracając szale antytezy, ile podważając w ogóle jej sensowność. Z audycji wyborczych tamtego roku pamiętam wierszyk Ernesta Brylla, pokazujący, na czym polegała zmiana retoryki: „Jesteśmy wreszcie we własnym domu. Nie stój, nie czekaj. Co robić? Pomóż”. „Wspólny dom” to metafora społeczeństwa, w którym podziały przestają być ważne. Władza nie jest już wrogiem, jest demokratycznie wybrana i reprezentuje wszystkich obywateli. A obywatele, owszem, różnią się między sobą, ale o tych różnicach rozmawiają, wypracowując konsensus – i zarazem akceptując pluralizm. I biorąc wspólnie odpowiedzialność za kraj. Zwróćmy uwagę, że konsensus i pluralizm to słowa, które pojawiły się w naszym dyskursie publicznym dopiero po 1989 roku. Od niedawna znów ich nie ma.

W kominiarkach anonimowości
Tak czy inaczej język, w którym zamiast antytezy „my–oni” pojawia się wspólne, wewnętrznie zróżnicowane „my”, pozwala na czynność, która nie tylko jest podstawą demokracji, ale warunkiem rozwoju kultury – na dialog. Między wrogami, zantagonizowanymi przez antytezę, o dialogu nie może być mowy.

Dialog wymaga szacunku. Szacunek wyraża się nie tylko w woli prowadzenia dialogu, ale i posługiwania się takim językiem, który zawiera znaki szacunku wobec rozmówcy. A przynajmniej akceptacji jego jako osoby, choć niekoniecznie akceptacji jego poglądów.

Ale dialog wymaga także odsłonięcia twarzy przez obu jego uczestników. Anonimowość, jaką zapewnia nam – rzeczywiście czy pozornie – komunikacja internetowa, zmieniła klasyczną strukturę dialogu. Z początku wywoływała opór, zgodnie z zasadą, że na anonimy się nie odpowiada. Pozwalała jednak wejść w rolę – często wypowiadać sądy niekoniecznie zbieżne z deklarowanymi nieanonimowo.

Po co? Skąd w ludziach taka potrzeba? Wkładania kominiarek, przyjmowan...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy