Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

MONOPOL CZY WOLNOAMERYKANKA

118

Zasady przyznawania certyfikatów terapeuty analizuje ZOFIA MILSKA-WRZOSIŃSKA, a JAN CZESŁAW CZABAŁA zastanawia się, co pozwoli ZBUDOWAĆ ZAUFANIE DO TERAPEUTY.

Monopol czy wolnoamerykanka

W sierpniu tekstem prof. Jerzego Brzezińskiego rozpoczęliśmy dyskusję o kondycji polskiej psychoterapii. W następnych numerach „Charakterów” publikowaliśmy opinie osób będących autorytetami w tej dziedzinie i zatroskanych tym, co dzieje się w środowisku terapeutycznym. Oto kolejne wypowiedzi.

Alkoholowy nałóg chirurga nie przekreśla wartości procedury specjalizacji medycznych. Ksiądz demoralizujący młodocianych nie jest dowodem na ułomność trybu uzyskiwania święceń kapłańskich. Amerykański psycholog kliniczny molestujący pacjentki nie kompromituje wartości licencji stanowych wydawanych przez Licensing Boards. A jednak podejrzenie pedofilii ciążące na superwizorze psychoterapii zdaniem niektórych osób dyskredytuje procedury certyfikacyjne stosowane przez Sekcję Naukową Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego oraz Sekcję Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

Niefortunnie pewna część środowiska potraktowała zatrzymanie Andrzeja S. jako okazję do doraźnych rozgrywek w imię własnych interesów, a przede wszystkim do ataku na procedurę nadawania certyfikatów, która – jak każde ograniczenie swobody dostępu do pożądanych dóbr – może wzbudzać złość, niezgodę i poczucie krzywdy.

Istnienie ponadkorporacyjnej procedury przyznawania uprawnień psychoterapeuty czy psychologa klinicznego nie jest polską specyfiką. W USA licencja stanowa ma charakter ogólnozawodowy, a nie związany z konkretnym podejściem. W wielu krajach istnieją organizacje, które reprezentując państwo, stan, sektor zawodowy (np. służba zdrowia) czy grupy zawodowe szersze niż wyznawcy jednego kierunku psychoterapii (np. psychologowie, psychiatrzy), przeprowadzają egzaminy i nadają certyfikaty psychoterapeuty niejako ponad korporacyjnymi stowarzyszeniami i prywatnymi ośrodkami. W Polsce takimi instytucjami są Polskie Towarzystwo Psychologiczne i Polskie Towarzystwo Psychiatryczne, a konkretnie istniejące w nich sekcje psychoterapii.

Przy okazji sprawy Andrzeja S. zarzucono im monopol. Jeśli stawia się taki zarzut, należy udowodnić, kto i w czyim imieniu go sprawuje, na czym polega nieobiektywizm, jakie grupy czy osoby są faworyzowane czy sekowane. Inaczej mamy do czynienia z pomówieniem.

W obu komisjach PTP reprezentowani są przedstawiciele różnych podejść (w tym również grup, które obecnie przypuściły atak na kryteria, tj. gestaltu i
psychoanalizy). Taki skład komisji od początku zapobiegał preferowaniu interesów jednego środowiska, czy to merytorycznego (terapeuci poznawczo-behawioralni, psychoanalitycy), czy biznesowego (prywatny ośrodek).

Być może niektórym osobom chodzi nie tyle o rzekomy monopol, ile o to, że uważają za zbyt trudne czy uwłaczające poddanie się jakiejkolwiek zewnętrznej procedurze certyfikacyjnej. Chciałyby ją pominąć, uzyskując automatycznie „namaszczenie” na podstawie kwalifikacji zdobytych
we własnych korporacjach. Takie aspiracje są groźne dla psychoterapeutów i ich pacjentów. Istnieje bowiem wiele – a zapewne będzie ich coraz więcej – samozwańczych środowisk pseudopsychoterapeutycznych powiązanych z nieprofesjonalnymi grupami (np. osławiony „Jupiter”).
Argument, że komisja nie powinna egzaminować na przykład psychoanalityków, bo niewystarczająco zna się na psychoanalizie czy NLP, wynika z nieporozumienia. Komisja nie sprawdza specyficznej kompetencji, powiedzmy analitycznej. Sprawdza umiejętności i wiedzę ogólną, na przykład to, jak kandydat rozumie strukturę osobowości borderline i czy pracując z tak zdiagnozowaną osobą, zmodyfikuje – i w jakim kierunku – swój styl pracy, w jakich okolicznościach odeśle pacjenta do ośrodka dla uzależnionych, kiedy uzna za bardziej wskazaną pracę z całą rodziną.

Niektórzy psychoanalitycy czują się urażeni z tego powodu, że dyplomy nadawane przez ich organizacje nie są wymieniane w mediach jako równorzędne z certyfikatami obu PTP. Lansowana obecnie teza, że standardy przyjmowane przez inne – zwłaszcza psychoanalityczne – stowarzyszenia psychoterapeutyczne przewyższają standardy PTP, jest wątpliwa. Z pewnością psychoanalityczny rygoryzm w postaci formalnych zasad prowadzenia terapii, tj. częstotliwości i czasu trwania sesji, ma wielkie zasługi dla uporządkowania niefrasobliwej kontraktowej wolnoamerykanki panującej przez lata w polskiej psychoterapii. Nie oznacza to jednak, że odbycie wieloletniej psychoanalizy kreuje automatycznie psychoterapeutę lepszego, bardziej moralnego i zdrowszego niż osoba, która ma za sobą na przykład roczną terapię indywidualną i grupową. Z badań ani z obserwacji absolutnie nie wynika wniosek, by adepci psychoanalizy stanowili mniej zaburzoną grupę niż przedstawiciele innych podejść. Koledzy psychoanalitycy dobrze wiedzą, że mają w swoim gronie, delikatnie mówiąc, barwne postacie. Ale nikt dotąd nie potraktował tego jako powodu do dezawuowania trybu uzyskiwania certyfikatów analitycznych. Nagminne są – zwłaszcza wśród neofitów psychoanalizy – praktyki polegające na tym, by pacjentowi po dłuższym okresie terapii przedstawiać propozycję nie do odrzucenia: albo zgodzi się na zwiększenie częstotliwości sesji (ewentualnie dalszą pracę w pozycji leżącej) i płatność za wszystkie sesje (niezależnie od powodów ich odwołania), albo terapia nie będzie kontynuowana, co oznacza pozbawienie pacjenta ważnej relacji, często mozolnie i z lękiem przez niego budowanej. Na gruncie kodeksu etycznego psychologa jest to zachowanie nieprofesjonalne i niemoralne, a jednak w środowisku psychoanalitycznym akceptowane i – cokolwiek demagogicznie – uzasadniane dobrem pacjenta.

Standardy szkolenia analitycznego dopuszczają możliwość, by doświadczenie zawodowe kandydata ograniczało się do praktyki w prywatnym gabinecie. Nie ma obowiązku stażu klinicznego (np. w szpitalu, poradni, domu pomocy czy ośrodku odwykowym) ani wymogu podstawowej znajomości metod innych niż własna, co może prowadzić – i prowadzi – do błędów diagnostycznych i kwalifikacyjnych. Niejeden pacjent z ciężką depresją był latami bezskutecznie trzymany na psychoanalitycznej kozetce. Wystarczyło jednak, że ktoś wszechstronniej wykształcony skierował go na konsultację farmakologiczną (gdzie dobrano mu leki) lub zaproponował mu terapię poznawczo-behawioralną, by szybko osiągał ulgę co najmniej objawową i dzięki temu mógł wrócić do w miarę dobrego funkcjonowania społecznego. Psychoanalityk ani terapeuta analityczny nie jest automatycznie psychoterapeutą. Światowe autorytety w dziedzinie psychoanalizy podkreślają tę różnicę jako konstytucyjną dla tożsamości psychoanalizy, nastawionej nie na leczenie (czyli terapię), ale na badanie umysłu i poznanie nieświadomego. Psychoanalityk, który chce mieć dodatkowo certyfikat psychoterapeuty, powinien uzupełnić wiedzę i doświadczenie oraz poddać się zewnętrznej weryfikacji.

Wiele osób z powodzeniem to zrobiło.
Analogicznie nie jest psychoterapeutą terapeuta gestalt, terapeuta uzależnień, analityk grupowy czy trener NLP. Aby nim zostać, trzeba wykazać się przed odpowiednim organem kompetencją i wyszkoleniem szerszym niż to, które uzyskało się w ramach swojej orientacji. Chodzi tu bynajmniej nie o eklektyzm, ale o opanowanie po...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy