Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

30 listopada 2015

Mój tato

W obozie funkcyjni znaczyli czerwoną farbą dzieci, które coś „przeskrobały”. Żeby inni strażnicy wiedzieli, kogo mają bić. I po to, żeby inne dzieci wiedziały, na kogo mają pluć. Myśmy tatę też tak naznaczyły. Od zawsze wiadomo było, kto jest w domu zły - mówi Urszula Sochacka.

URSZULA SOCHACKA jest dziennikarką, realizatorką telewizyjną, reżyserką i producentką, autorką reportaży i filmów dokumentalnych, m.in. dokumentu „Nie wolno się brzydko bawić” – o zapomnianym obozie hitlerowskim dla dzieci i młodzieży, utworzonym w Łodzi przy ul. Przemysłowej. Więźniem tego obozu był również jej ojciec.

MAGDA BRZEZIŃSKA: – Kiedy dowiedziała się Pani, że Pani tata jako dziecko trafił do obozu hitlerowskiego dla dzieci? Obozu, o którego istnieniu nie uczono nas w szkole…
URSZULA SOCHACKA
: – Po jego śmierci, byłam już wtedy dorosła; zmarł w październiku 2008 roku. Porządkowałam rzeczy, które po nim zostały. Miałam dużo do posprzątania, bo tata miał tendencje do chomikowania. Wśród różnych papierów znalazłam kartkę z informacją, że jako dziec­ko był więźniem obozu hitlerowskiego w Łodzi, że… był bity po głowie, chorował. I od razu mi się przypomniało, że kiedy byłam mała, mama mówiła,
że coś się ojcu w dzieciństwie przydarzyło. Ale nie było w tym współczucia dla dziecka, któremu stało się coś złego, ale jakby nagana, złość… wstyd?

Wstyd?
– Tak. Dlatego, gdy natknęłam się na ten dokument, to bałam się, co znajdę następnego. Ale musiałam się czegoś dowiedzieć o „tym” obozie. Na razie tak „na boku”, dla siebie. Bo gdyby jednak ojciec zrobił coś złego… wtedy mogłabym zapomnieć, uciec, schować się – chyba myślałam. Trudno było coś znaleźć po nazwie, bo ten obóz nawet nie miał polskiej nazwy, a niemiecka sugeruje jedno: że trafiały tam dzieci, które trzeba było z jakiegoś powodu „przechować”, „schować” – odizolować od reszty, bo zagrażały, bo były „złe”.

Ale to przecież nie były złe dzieci…
– Ale wtedy czułam, że tata mógł zrobić coś złego i za karę poszedł do obozu. Dopiero potem uświadomiłam sobie, że małego chłopca oceniałam przez pryzmat zachowań dorosłego mężczyzny, który był moim ojcem, co mu nie do końca wychodziło. Był nieprzewidywalny, mama mu nie ufała, ja i siostra wstydziłyśmy się za niego, powodował zamęt… więc w dzieciństwie też nie mógł być lepszy – tak widocznie myślałam. Tej winy, gorszości, wstydu zawsze było w naszym domu dużo.
Kiedy dotarłam do byłych więźniów obozu przy Przemysłowej, okazało się, że wielu z nich ma poczucie, że nigdy do końca nie uznano ich obozu, bo nie był tak „dobry” jak inne obozy. Mówili, że nawet wśród byłych więźniów innych obozów panowało przekonanie, że na Przemysłową nie brano dzieci niewinnych. Ukarano ich dwa razy… Pierwszy raz, gdy ich zamknięto w obozie jako dzieci, i to małe, bo miały od 2 do 16 lat. Mój tata miał 10 lat. A potem żyli z piętnem podejrzanego obozu dla chuliganów.

Jak ta przeszłość ciągnęła się za Pani tatą?
– Gdybym nie odnalazła jego oryginalnego skierowania do obozu, to nie uwierzyłabym, że tam był. Dlaczego? Bo mu nie wierzyłam. Tak jak moja mama, siostra, cała rodzina. Nikt mu nie wierzył. W nic. „Wymyślił sobie ten obóz, bo mu tak było wygodnie!” – chyba coś takiego kiedyś w dzieciństwie słyszałam. Nie był aniołem, ale nam chyba było tak wygodniej. Od zawsze wiadomo było, kto jest zły.W archiwum, robiąc dokumentację do filmu, znalazłam donos, z lat 70., na mojego ojca, skierowany do Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich. Byli więźniowie chcieli się upewnić, czy był w obozie. Najpierw byłam oburzona, ale szybko poczułam, że „odwalili” za mnie czarną robotę, że właściwie mogłabym się podpisać pod tym donosem.
W obozie funkcyjni znaczyli czerwoną farbą dzieci, które coś „przeskrobały”. Żeby inni strażnicy wiedzieli, kogo mają bić. I po to, żeby inne dzieci wiedziały, na kogo mają pluć. Myśmy go też naznaczyły – tak to jakoś poczułam, przyznałam się do tego w filmie.

Podobne emocje w rodzinach osób, które przeżyły okrucieństwo wojny, opisują badacze międzypokoleniowego przekazu traumy po Holokauście. Ich zdaniem trauma może być przenoszona do drugiego, a nawet do trzeciego pokolenia.

– Konsultant mojego filmu, dr Krzysztof Szwajca, napisał doktorat na temat transgeneracyjnego przekazu traumy Holokaustu. Dobrze, że dotarłam do jego pracy pod koniec realizacji filmu. Bo gdybym najpierw ją przeczytała, mogłabym sobie nie uwierzyć, że czuję to, co czuję. Mogłabym podejrzewać, że się nią zasugerowałam.
Najpierw poznałam miejsce, gdzie kiedyś był obóz, a teraz stoi osiedle mieszkaniowe. A potem były rozmowy z byłymi więźniami – i wróciły emocje z dzieciństwa, nałożone na te, które opłakiwali byli więźniowie, i jakoś dziwnie podobne. Jakby echo tego, co się działo w obozie, co czuł mój tata i inne dzieci. A potem oczy otwierały mi się coraz szerzej ze zdumienia, bo okazało się, że wszystko, co ja najpierw poczułam i ponazywałam sobie intuicyjnie, psychiatrzy i psychoterapeuci określają jako międzypokoleniowy przekaz traumy. Wcześniej myślałam, że moi rodzice są po prostu niedopasowani, jak to czasem bywa. Ale gdy odkryłam prawdę o dzieciństwie taty w obozie, zaczęłam podejrzewać, że źródeł problemów naszej rodziny trzeba szukać znacznie głębiej.

Pewnie nie było łatwo dotrzeć do tych niewielu żyjących byłych więźniów, którzy dzieciństwo spędzili w obozie?

– Niełatwo było dotrzeć do informacji o obozie. Gdy zaczynałam robić film, w internecie znalazłam jeden artykuł. Teraz jest inaczej i jestem z tego dumna. Były osoby, które na miejscu w Łodzi i w Dzierżąznej niedaleko Łodzi – tam była filia obozu – zawsze dbały o pamięć o obozie. I naprawdę chwała im za to! Ale gdy pytałam łodzian, czy wiedzą o jego istnieniu, to okazało się, że obóz dla polskich dzieci i młodzieży mylą z gettem żydowskim. „Mówisz o getcie żydowskim?” – pytali specjaliści i niespecjaliści spoza Łodzi. „Przecież był pomnik, akademie co roku, wystawy…” – argumentowali miejscowi historycy. „Zawsze nas pomijali i nadal pomijają” – powtarzali byli więźniowie. A gdy już zaczynałam podejrzewać, że przesadzają, nadeszły okrągłe obchody, dotyczące także ich – ale nie tylko ich – obozu, podczas których powinni być uhonorowani, ale jakoś o nich zapominano…
Nieaktualne adresy i telefony, choroby, podeszły wiek, zawiedzione nadzieje, bo już kilka razy ktoś
obiecywał, że o obozie napisze, opublikuje… i ciąg­le, po tylu latach, za trudne wspomnienia… Po­czułam, że przyszłam za późno, że wszystko przepadło. Gdyby nie Pani Genowefa Kowalczuk, była więźniarka obozu – z nią zrobiłam pierwszy wywiad – nie dałabym rady. Wydzwaniała po Polsce, po swoich koleżankach i namawiała, że powinny się zmobilizować, że warto, że jestem „swoja”, bo mój tata też był na Przemysłowej. Bardzo ją bolało, że o obozie nie powiedziano całej prawdy, że umniejszano ich cierpienie.

Umniejszano, bo ten obóz nie miał w nazwie „koncentracyjny”?

– Usłyszałam, że co prawda przypominał obóz koncentracyjny, ale nie powinnam określać go mianem koncentracyjnego, „bo gdyby takim miał być, to Niemcy by go tak nazwali”. Byłam świadkiem, jak Pani Genowefa tłumaczyła się przed więźniarką innego obozu, że nie była „zła”, gdy ta z dużą lekkością rzuciła na temat Przemysłowej: „Eee, co to za obóz, same chuligany i łobuzy tam były”. Te słowa padły całkiem niedawno, 69 lat po wojnie!
Ona ciągle powtarzała, że przez całe życie walczyli o pamięć o obozie, ale mieli poczucie, że nikt ich nigdy nie uznał. Gdy dzieci wyszły z obozu, dla wszystkich było „lepiej”, żeby zapomniały. Zmiażdżone dzieciństwo często ukrywali nawet przed najbliższymi. Obóz nie trafił na listę ogólnie uznanych i upamiętnianych. Nie funkcjonował w świadomości publicznej.

Na czym polegały „przewinienia” dzieci, które trafiały do obozu przy Przemysłowej?

– „Przewinienia” były takie: dzieciak chciał sprzedać sznurówki, bo rodziców albo rozstrzelano, albo wywieziono do obozu koncentracyjnego. To były sieroty albo musiały jeszcze pomóc rodzicom i rodzeństwu. „Przewinieniem” było też szwendanie się – III Rzesza uznawała, że dzieci, które się wałęsają, są zagrożeniem, mogą demoralizować dzieci i młodzież niemiecką. Inne „zbrodnie”: dziecko ukradło jabłko w ogrodzie Niemca, nie stawiło się do pracy albo krzywo spojrzało…

Udało się Pani ustalić, za co do tego obozu trafił Pani tata?

– W oryginalnym skierowaniu mojego ojca do obozu była informacja, że przeprowadzał kogoś przez granicę Generalnej Guberni. I mocno podkreślone było to, że nie miał ojca. Tata nie znał swojego ojca, wychowywała go tylko matka, więc był „zły”. Jego matkę wywieziono na roboty do Niemiec, a wychowywała go jakaś matka zastępcza, która – jak uznano – nie dawała sobie z nim rady, bo „włóczył się po okolicy i był krnąbrny”.

Zabrano go z Chrzanowa do Łodzi, gdzie w obozie były „złe” dzieci z całej Polski.
– Tam bito i karano dzieci za to, że były brudne, ale przedtem kazano im się czołgać w błocie. Nie było wody, mydła, proszku, ale jak dziecko miało wszy, to dostawało za to baty. Kary za urwany guzik, moczenie się, omdlenie w pracy ponad siły. Nagrody za donoszenie. Obóz wyglądał jak dobrze zagospodarowany ogród – były warzywa, drzewka owocowe, ale tylko dla Niemców. Pełno jedzenia i głód!

Nie było jedzenia, ale przede wszystkim nie było rodziców…
– „Co ja takiego złego zrobiłem/zrobiłam, że mama mnie tu zostawiła?” – myślały dzieci w obozie. Czuły się porzucone. Żadnego wsparcia, a wokół inne dzieci, które walczyły o przetrwanie. Starsi jakoś się ze sobą dogadywali, ale maluchy skarżyły jedno na drugie, bo chciały coś do jedzenia albo żeby nie bolało… A funkcyjni napuszczali je na siebie.

Jedna z bohaterek Pani filmu, była więźniarka, opowiada o tym, do jakich okrutnych zachowań były zdolne dzieci, żeby tylko przetrwać. Dziwi się, jak to możliwe, że po tym wszystkim, po wojnie znów byli ludźmi. Jak to możliwe, że ocalały w nich ludzkie uczucia…

– Rzeczywiście to był cud, że założyli rodziny, poukładali sobie życie, lepsze lu...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy