Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne

30 kwietnia 2019

Kat żąda milczenia

0 513

Nasze milczenie wobec ludobójstwa i łamania praw człowieka jest hańbą. To odwracanie oczu, zatykanie uszu. W Rwandzie ludobójcom nie chodziło jedynie o to, by zabić milion ludzi - mówi Wojciech Tochman.

EWA WOYDYŁŁO: – Dzisiaj narysujemy śmierć to książka wstrząsająca. Przeczytałam ją kilkanaście dni temu i ciągle nie mogę się od niej uwolnić, nie mogę nic innego czytać. Pan napisał ją już jakiś czas temu i co się od tej pory dzieje?
WOJCIECH TOCHMAN: – Niczego nowego nie mogę napisać.

Czy to Pan wybiera sobie tematy, czy one wybierają Pana? Pamiętam książkę o Srebrenicy, za gardło łapała...
– O ekshumacjach masowych grobów i identyfikowaniu zabitych. Pierwszy raz pojechałem do Bośni pod koniec 1992 roku, w konwoju humanitarnym zorganizowanym przez Jankę Ochojską. Janka miała świetny pomysł: do ciężarówek z pomocą humanitarną dołączyła autobus dziennikarzy, by potem ukazało się w mediach jak najwięcej publikacji o oblężonym Sarajewie. O krzywdzie, jaka spotyka tam naszych sąsiadów. Żeby Polacy byli hojni przy organizacji następnych konwojów. I to się chyba udało. W Sarajewie zobaczyłem cierpienie, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem: kikuty rąk, nóg, łzy, drżenie z zimna, głodu i strachu przed snajperami. Sam poczułem ten strach. Tamto doświadczenie można by chyba nazwać moim przeżyciem pokoleniowym. Wcześniej, w Polsce, nie doświadczyłem go. Może na szczęście. Kiedy przyszedł Sierpień i potem stan wojenny, miałem 12–13 lat, a w Sarajewie byłem już o 10 lat starszy – więc wystarczająco dorosły, aby rozumieć, co się dzieje dookoła. I wystarczająco niedojrzały, aby na całe dalsze życie wdrukować w siebie obsesyjny sprzeciw wobec zabijania, które dzieje się na oczach milczącego świata.
Wróciłem do Bośni po wojnie. Chociaż nie, w czasie wojny byłem tam raz jeszcze, zaraz potem, jak na sarajewskim targu Markale granat zabił kilkadziesiąt osób. Na okolicznych balkonach wisiały resztki po ofiarach, ich pokrwawione ubrania. Takiego widoku się nie zapomina. Więc wróciłem do Bośni po wojnie, kiedy wszyscy dziennikarze wyjechali już stamtąd na inne wojny. Opuszczeni Bośniacy lizali rany i opłakiwali swoich zamordowanych, zaginionych. Zacząłem jeździć tam coraz częściej. Brałem udział w otwieraniu wielkich masowych mogił, w ekshumacjach setek ciał, w ich identyfikacjach. Napisałem Jakbyś kamień jadła. I to była zawodowa pułapka, bo potem już nie potrafiłem pisać o niczym innym. Dostrzegałem oczywiście wiele obiektywnie ważnych tematów na reportaż, wiele spraw, którymi gazeta powinna się zająć. I jako czytelnik chętnie poświęcałem tym sprawom uwagę. Ale już nie jako autor, bo wszystko, co nie było Bośnią, wydawało mi się błahe. I dalej tak mi się wydaje. Specjalnie z tym nie walczę. Dobrze, że wtedy pojechałem do oblężonego Sarajewa, choć był to ryzykowny wyjazd.

Ale Pan tego wtedy nie wiedział...
– Wiedzieliśmy, dokąd jedziemy. Że tam jest wojna. Im bliżej celu byliśmy, tym bardziej narastał strach. Jeden z kierowców, około pięćdziesiątki, dojechał do Rijeki i załamał się – tuż przed wjazdem na terytorium wojny powiedział: nie. Ja go teraz rozumiem. Ale wtedy, blisko 20 lat temu, takiego zrozumienia i akceptacji we mnie nie było. Też się bałem, ale tego, że dostanę kulę w głowę, w ogóle nie brałem pod uwagę. Młody człowiek czuje się nieśmiertelny.

Wróćmy do Dzisiaj narysujemy śmierć. Co kilka stron musiałam ją odkładać, ale nie po to, żeby zrobić sobie herbatę, tylko żeby zatrzymać ten makabryczny widok. A jednocześnie nie miałam ochoty od niego uciec. Bo tak Pan to napisał, takich Pan używa słów, że właściwie te słowa są faktami. Nie ma tam żadnych ozdobników, żadnej metaforyki. Odnosiłam wrażenie, że Pan wchodzi w te sprawy trochę tak jak w transie, że to pisanie to jest jakaś... może nie obsesja, ale taka potrzeba, jaką ma człowiek, gdy chce zadośćuczynić, odkupić jakąś winę. Z wcześniejszej rozmowy z Panem pamiętam wyznanie, że ma Pan coś w rodzaju poczucia winy wobec ofiar, o których Pan pisał...
– Wszyscy powinniśmy je mieć. Wobec ofiar wszystkich zbrodni ludobójstwa, które się zdarzyły, zdarzają i zdarzą. Bo nie ma co się łudzić, że będzie inaczej. Ale też jestem przekonany, że każdy może coś zrobić, by kolejne ludobójstwo zatrzymać albo przynajmniej ograniczyć jego skalę, ocalić choć jedno ludzkie istnienie. Każdy może uczynić bardziej znośnym dalsze życie choć jednego ocalałego. Zrobić coś, by na twarzy ocalonego choć na chwilę pojawił się spontaniczny uśmiech, dać mu jakąś chwilę radości, ulgi, wytchnienia. Wszędzie na świecie nauczyciel może powiedzieć swoim uczniom, dlaczego język nienawiści jest nie tylko niemoralny, ale i groźny. Czym to się może skończyć, jeśli nie będziemy protestować. Bibliotekarz może czytelnikom polecać odpowiednie książki. Lekarz, stolarz czy kucharka mogą pójść na przykład do Polskiej Akcji Humanitarnej i zapytać, czy mogą się na coś przydać. Wyborca powinien zapytać posła, na którego głosował, co on, jego partia, inni politycy zrobili, by zatrzymać to albo tamto ludobójstwo. Dlaczego polski rząd nie upomniał się o ludzi zabijanych w Darfurze czy w Kongu? Bo wyborców to nie obchodzi. My wciąż dbamy tylko o własny ogródek, o dziurę w jezdni, o krzyż przed pałacem. Marzy mi się społeczeństwo, które upomina się, poprzez swoich przedstawicieli w parlamencie, o ludzi krzywdzonych przez innych ludzi – nawet po drugiej stronie globu. I marzy mi się, aby wierni Kościoła katolickiego pytali swoich biskupów, co oni mogą w obronie zabijanych zrobić, co może zrobić Watykan. Przecież Kościół to jedna z najpotężniejszych sił na świecie.

To co by to dało?
– Nasze milczenie wobec ludobójstwa i łamania praw człowieka jest hańbą. To odwracanie oczu, zatykanie uszu. W Rwandzie ludobójcom nie chodziło jedynie o to, by zabić milion ludzi. Zależało im też, jak nazistom, aby z naszej pamięci, historii i kultury wymazać ofiary. Zetrzeć je na niewidoczny pył. Dlatego niszczono tam dowody osobiste, dlatego w Srebrenicy burzono meczety, dlatego palono synagogi. Wszystko palono, żeby wymazać te wszy, te karaluchy, węże. Bo tak nazywano tych, których eksterminowano. Jeśli nie pamiętamy o Tutsi zabitych w Rwandzie 16 lat temu, to zgadzamy się z intencją katów. Chcemy, jak oni, wymazać ofiary. I ja się z tym nie zgadzam, dlatego napisałem Dzisiaj narysujemy śmierć. Żeby pamiętać, najpierw trzeba wiedzieć, co się tam stało. Choć wiem, że wielu ludzi nie sięgnie po moją książkę, bo...

Bo przecież jesteśmy tak daleko od tych trudnych obrazów i czujemy się bezpiecznie?
– Także dlatego. Kat żąda milczenia, ofiara oczekuje naszej uwagi i pamięci – wybór należy do każdego z nas. Ale jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy: w trosce o własne tyłki powinniśmy wiedzieć, w jaki sposób dochodzi do ludobójstwa. Bo ludobójstwo nie dzieje się spontanicznie, to długotrwały proces. Wiemy, jak on przebiega, zanim dojdzie do masowego zabijania. O tym trzeba uczyć w szkołach, aby każdy umiał rozpoznawać te pierwsze etapy budzącej się nienawiści.

A jakie są te pierwsze etapy?
– Najpierw słyszymy, że jakaś grupa lub ktoś, kto należy do jakiejś grupy z powodu wyznania, narodowości, czy orientacji seksualnej jest od nas gorszy ze swej natury. Kiedy nikt przeciwko temu nie protestuje, kiedy pozwalamy, aby sączono nam w głowy te jadowite słowa, potem przychodzi dehumanizowanie przyszłych ofiar: to nie ludzie, to wszy, karaluchy, szkodniki. Szkodnik jest groźny, roznosi choroby. W końcu ludzie zaczynają w to wierzyć i boją się szkodników: trzeba je wytępić. To nie jest takie trudne. Wystarczy cyklon B albo maczeta. Każdy sposób jest dobry, byle był skuteczny. Ciała potem spalimy albo posypiemy wapnem, odkazimy świat i wreszcie będziemy sami. Bez obcych, innych, gorszych...

Czy dobrze rozumiem, że same korzenie tego procesu tkwią głęboko... nawet nie w mowie nienawiści, nie w aktach nienawiści, a w czymś, co można nazwać pogardą w stosunku do kogoś, kto nie jest w naszej grupie?
– Pamiętam moją babcię, pochodzącą ze wschodu – dla niej Ukrainiec był synonimem mordercy, który tnie i soli rany. Przez kilka lat, w dzieciństwie, byłem przekonany o tym, że Ukraińcy mają czarne podniebienia i jak takiego typa spotkam, będzie to moja ostatnia chwila w życiu. Na szczęście mam mądrych rodziców, wolnych od tego rodzaju uprzedzeń. Ale wyobrażam sobie, że gdybym rósł w takim lęku przed obcym, gdyby mój strach był podsycany w szkole i w kościele, w końcu bym tego nie zniósł. Zorganizowałbym grupę albo dołączył do jakiejś grupy tak samo wystraszonych jak ja i ruszylibyśmy wyrżnąć tych Ukraińców. I robiłbym to w poczuciu dobrze spełnianego obowiązku, w trosce o własną rodzinę, dobytek, kraj. Niemożliwe? Tak było przecież w Rwandzie, w Europie, tutaj tak było.

Czy sądzi Pan, że jeśli przegapi się ten moment w dzieciństwie, to potem można jeszcze ludzi od takiego sposobu myślenia odwracać?
– Trzeba to robić. Najgorszym wyjściem jest nic nie robić. Przed wyjazdem do Rwandy zastanawiałem się z Hanną Krall, czy warto jeszcze pisać o tym książkę. Skoro już tyle o Rwandzie napisano i skoro od zbrodni nazistów różniła się ona tylko narzędziem zbrodni: zamiast komór gazowych – prymitywne maczety. Hanna Krall postawiła pytanie: a czy może pan tej książki nie napisać? To znaczyło tyle: czy wiedząc o tym, co stało się w Rwandzie, wolno panu nie upomnieć się o t...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy