Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

25 listopada 2016

Gurba, żal za utraconym

0 394

Przyszli z wojny, przypłynęli pontonem przez morze, ocalali, by się teraz tłumaczyć wysokim jasnym ludziom w lateksowych rękawiczkach: nie jesteśmy terrorystami, my przed terrorystami uciekamy.

Powiedział mi kiedyś Tadeusz Mazowiecki, gdy rozmawialiśmy o wojnie w Bośni i Hercegowinie, że kiedy patrzy na tak straszne nieszczęścia, to szalenie mocne staje się poczucie, że najpierw jest się człowiekiem. A dopiero później człowiekiem określonej narodowości. Człowieczeństwo łączy w cierpieniu, w jego przeżywaniu. Chciałoby się, żeby ludzie tak to rozumieli. Te ważne słowa dźwięczą mi w uszach, kiedy dzisiaj patrzę na uchodźców. Nie każdy, rzecz jasna, myśli tak, jak chciałby Mazowiecki. Stąd dramat świata, dramat Europy.

Woń zawalonego świata
Nie wiem, co czuje uchodźca. Nigdy takiego pytania żadnemu uchodźcy nie zadałem. Choć spotykam ich od dłuższego czasu to tu, to tam, nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. I pewnie nie ma jednej odpowiedzi. Jest ich 60 milionów. Tylu mamy w tej chwili na świecie uchodźców. Jeden na 122 mieszkańców Ziemi uciekł za granicę, jest osobą przesiedloną wewnętrznie lub prosi o azyl. Ponad połowa tułaczy to dzieci.

POLECAMY

Wiem, co czuję ja, kiedy uchodźców spotykam. Był początek 1993 roku. Wracaliśmy konwojem z oblężonego Sarajewa, wystraszeni, zmarznięci i głodni. Niewiele pamiętam, Janka Ochojska pewnie pamięta więcej, ja tyle, że wysiedliśmy na parkingu, była noc, dławił nas mróz tak silny, że trudno było krok zrobić. Miasto nazywało się Zenica. Weszliśmy do mrocznego, dużego budynku, jakiejś szkoły, i zanim zobaczyliśmy jasną, wielką salę gimnastyczną, chyba już w korytarzach poczułem dobiegający z niej odór. Od ludzi z wojny wieje smrodem moczu, kału, wymiocin, potu, krwi, kiepskiego jedzenia, gnicia, strachu. Woń zawalonego świata. Kto raz poczuł tułaczy fetor, ten wie, że wchodzi on w nozdrza głęboko, układa się w mózgu i nie chce wyjść przez tygodnie. Nie wychodzi wcale. Odkryłem to po latach pewnego wrześniowego popołudnia 2015 roku w Budapeszcie. Ze stacji metra, nowej, pięknej i pachnącej, wjechałem ruchomymi schodami do budynku dworca kolejowego Keleti. Rozsunęły się szklane drzwi i w twarz uderzył mnie stary znajomy smród. W mojej głowie natychmiast powstali tamci wygnańcy sprzed lat, wyszli z niepamięci obdarci i sponiewierani, tamten lód bośniackiej Zenicy w mig zmroził mi skórę. Spojrzałem pod nogi: na dworcowej posadzce, tłustej i lepkiej, pełzali nowi tułacze – dzieci, kobiety, mężczyźni na jakichś derkach, ręcznikach, kocach, karimatach. Niektórzy pod małymi, kolorowymi namiotami. Bez sił, brudni. Upokorzeni? Wszyscy, bez wyjątku. Zawstydzeni? Wielu. Szli tu od tygodni. Kilka tysięcy ludzi. Dostali od Węgrów osiem plastikowych toalet do dyspozycji i żadnego prysznica. Dostali kamienną posadzkę. Więc myślę, że ludzi w poniewierce po prostu swędzi skóra, swędzą włosy. I mnie czasem swędzi, kiedy blisko spędzam z nimi dzień. Drapię się, jak oni się drapią.

Chcieliby wziąć prysznic. Także po to, by się pomodlić, bo to w większości muzułmanie. Myślę, że w drodze chcieliby więcej prywatności. Choć na chwilę. Wśród tłumu czują się samotni? Opuszczeni? Pewnie tak. Martwią się o żywych, których zostawili? Wszyscy. Większość płacze po swoich zabitych. Czują jakąś ulgę?

Przyszli z wojny, przypłynęli pontonem przez morze, ocalali, by się teraz tłumaczyć wysokim jasnym ludziom w lateksowych rękawiczkach: nie jesteśmy terrorystami, my przed terrorystami uciekamy. Tłumaczenia raz skutkują, raz nie, różnie bywa. Trzyma się ich za płotem, za kolczastym drutem, tygodniami, a bywa, że i miesiącami. Widziałem tej wiosny obóz na wyspie Lesbos – nie różni się wiele od więzienia. W środku są i dzieci. Nie wszystkie. Wiele nie doczekało europejskiego szczęścia, utonęły po drodze, teraz ich małe ciała kryje ziemia wyspy Lesbos. Pytać ich rodziców, co czują?

A może siebie samych pytać? Dlaczego przez to morze musieli płynąć?

Miasto ze szmat
Kąpiel, myślę sobie, na powitanie najważniejsza. Coś czystego do ubrania. Ale może nie mam racji. Może najpierw picie, jedzenie, dach nad głową. Na pewno uśmiech, życzliwość, w ich opuszczeniu takie gesty gospodarzy wiele znaczą. Chwila uważnej rozmowy.

Dach dla całej rodziny ocalali z wojny dostają na przykład w Zaatari. To uchodźczy obóz na północy Jordanii, tuż przy granicy z Syrią. Miasto ze szmat, blachy i piachu. Przynajmniej takie było, kiedy razem z Katarzyną Boni pracowaliśmy tam jakiś cza...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy