Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

11 stycznia 2016

Mniej znaczy więcej

38

Szczęście zawiera w sobie aspekt daru, zesłania, może łaski - czegoś nadzwyczajnego, podniosłego. Jeżeli tego nie odczuwamy, chodzimy w niedosycie,bo nawet mając nogi, ręce, oczy, dach nad głową i jedzenie, dwoje dzieci, mówimy, że nie jesteśmy szczęśliwi. Chcemy więcej niż to, co w istocie potrzebne.

Dr Ewa Woydyłło jest psychologiem i psychoterapeutką. Pracuje w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie oraz w Fundacji Batorego. Napisała wiele książek, m.in.: Poprawka z matury; W zgodzie ze sobą; Rak duszy. O alkoholizmie (wyróżnioną w II edycji Nagrody Teofrasta) i Bo jesteś człowiekiem.

Paulina Pająk: – Niektórzy uważają, że nie mogą mieć dobrego życia, bo mieli trudne dzieciństwo. A przecież Pani jako dziecko przeżyła zdarzenia, które wiele osób określiłoby jako traumatyczne: śmierć ojca w Katyniu, deportację do Kazachstanu i pobyt w sierocińcu.
Ewa Woydyłło:
– Nieodmiennie mnie dziwi, gdy ktoś tak na to patrzy. Bo nikomu bym nie życzyła piękniejszego życia niż moje. Nie myślę o tym, czego w nim nie było. Nauczyłam się od mojej matki, że nad przykrymi rzeczami trzeba przejść do porządku dziennego.
Chodziłam przez jakiś czas na mityngi DDA, żeby lepiej poznać tę konwencję. Spotkałam ludzi, którzy noszą w sobie dramatyczne opowieści o straszliwie pokiereszowanych relacjach z ojcami. Nie umiem na to patrzeć inaczej, niż jak na źle umiejscowione zafiksowanie. Niektórzy ludzie w Polsce skupiają się na tym, czego nie ma. A tymczasem w Ameryce najczęściej uwagę skupia się na tym, co się ma. Ci, którzy tego nie rozumieją, mówią: „Amerykanie to nic, tylko się cieszą. Mają przyklejony uśmiech i uważają, że są wspaniali”. A przecież ta postawa – ani nie naciągana, ani nie sztuczna – wynika z dorastania w klimacie zadowolenia z tego, co otrzymałam od Pana Boga czy losu. To jest kwestia sposobu patrzenia. Tam ludzie dostrzegają, że wprawdzie nie mogą się poruszać bez kul czy wózka inwalidzkiego, ale przeżyli, chodzą do szkoły, pracują i przynoszą dobro innym. To są ludzie szczęśliwi.

Jak nauczyć się takiego sposobu patrzenia na życie?
– Ważną rolę odgrywa tu poczucie wartości. U osób niedojrzałych może być ono ulokowane w złym miejscu. Może zależeć na przykład od wyglądu tej osoby, albo od tego, co myślą o niej inni. Wtedy, cokolwiek zrobi ta osoba, i tak nie będzie wystarczające. Nawet jeśli otrzyma dowody uznania, zawsze może pomyśleć, że ktoś ją jednak źle ocenia.

Skąd zatem czerpać zdrowe poczucie wartości?
– Najlepiej, jeśli wzrastamy w klimacie, który sprzyja jego osiąganiu. Dostajemy je bowiem od środowiska, które akceptuje nas takimi, jacy je­steśmy. Na przeciwnym biegunie znajduje się zaś otoczenie, które „wdrukowuje” w człowieka takie komunikaty jak: „nic z ciebie nie będzie”, „miałaś być chłopcem” czy „przez ciebie mam złamane życie”.
Poczucie wartości to solidny fundament. W Piśmie Świętym czytamy: „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego” – a więc dbaj o siebie, bo najlepsza rzecz, która będzie ci towarzyszyć do końca twoich chwil, to jesteś ty. Warto inwestować w siebie – ale nie kończąc dziewięć szkół czy ucząc się sześciu języków, tylko zaprzyjaźniając się ze sobą. Tak, żeby siebie nie zawodzić, nie okłamywać, nie zadawać sobie bólu.

Czy można zaprzyjaźnić się ze sobą, jeśli dorastało się w nieprzyjaznym środowisku?
– Są dwie drogi do tej przyjaźni. Jedna, powiedziałabym – skuteczniejsza, to urodzić się w dobrym domu. Nie w domu bogatym czy wykształconym, ale w takim, gdzie panuje szacunek i zaufanie. Tam, jak przez osmozę, człowiek przejmuje sposób życia i podejścia do świata, uczy się akceptować przykrości i rozwiązywać konflikty. Innymi słowy – uczy się dbać o swoje zdrowie psychiczne.
Ale nie każdy z takiego domu pochodzi. I wtedy można się tego nauczyć, mając choćby trzydzieści lat albo więcej. Człowiek może pewnego ranka stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie: do dzisiaj było tak, a od dzisiaj będzie inaczej. Trzeba nazwać problem – czasem sięgając po pomoc profesjonalną. Jednak często wystarczy do tego przyjaźń i troska kogoś życzliwego, dojrzałego. W procesie zmiany osobistej ogromną rolę odgrywają inni ludzie.

Ten proces zaczyna się od nas, ale poprzez innych?
– Inni ludzie mogą nam posłużyć za wzór. Pacjentka mówi do mnie na terapii: „Moja matka była okropna. Teraz mam dziecko i bardzo się boję, że będę dla niego taka sama”. Podpowiadam wtedy, żeby popatrzyła, jakimi matkami są jej koleżanki – i wybrała model rodzicielstwa, który jej się podoba. Większości rzeczy uczymy się, łącząc naśladowanie z nabywaniem odpowiedniej wiedzy. Trochę to przypomina naukę języka. Nabywamy język ojczysty nie chodząc do szkół i uniwersytetów. Ale przecież języków obcych możemy się nauczyć i w dorosłym życiu. Niektórzy łatwiej i szybciej, innym pójdzie to opornie, ale każdy jest w stanie to zrobić. Może nie każdy będzie mówić z idealnym akcentem, jednak nauczy się nieźle porozumiewać w nowym języku. W podobny sposób możemy zmienić nasze zachowania. Osoba narzekająca stanie się pogodna, gdy zacznie zwracać uwagę na to, co dobre, a nie na to, co złe. Krętacz i oszust może zostać człowiekiem prostolinijnym i uczciwym, gdy wzbudzi w sobie empatię i przewartościuje swoją moralną skalę wartości. To trudne, ale wykonalne.
Większość trudności wynika z utrwalonych nawyków. Nabywając je, udowadniamy jednak niesamowitą rzecz – to, że umiemy się uczyć. Nie chodzi o procesy intelektualne, lecz o formowanie schematów zachowań wskutek powtarzania. Tak właśnie uczymy się pewnych sposobów myślenia, mówienia i postępowania.

Więc podobnie można się pewnych nawyków oduczyć?
– Oczywiście. Jeśli nauczyłaś się pić wódkę, gdy jesteś zestresowana albo masz chandrę, to możesz się nauczyć, żeby zamiast tego relaksować się na siłowni albo biorąc kąpiel przy świecach i ulubionej muzyce. Albo przychodzić na meeting i rozmawiać z rozumiejącymi ludźmi.
Uczenie się nowych zachowań obejmuje czyny, słowa i sposób myślenia o sobie i o świecie. Są całe szkoły treningów pomagających w zmianie myślenia – nasze życie emocjonalne zależy bowiem od tego, jakimi myślami i przekonaniami się kierujemy.

Dobre życie to życie świadome?
– Oglądała pani „Lot nad kukułczym gniazdem”? W tym klasyku McMurphy, grany przez Jacka Nicholsona, za swoje występki zostaje poddany radykalnej lobotomii. Pamięta pani, jaką on miał minę po tym zabiegu? Był to błogi uśmiech, całkowicie bez czucia i bez myśli. Zatem porażenie płatów czołowych może zapewnić błogostan, ale chyba nie o to chodzi?
Pragnąc szczęśliwego życia, trzeba raczej myśleć o rzeczach dobrych, które nam się przydarzyły. Złe zaś starajmy się pomniejszyć albo wyeliminować – a jeśli to niemożliwe, pogódźmy się z nimi. Akceptacja jest stanem ducha, w którym mamy świadomość trudnych albo przykrych rzeczy, ale nie doświadczamy wewnętrznego wzburzenia ani buntu. Pamiętam o tym, że moja matka umarła. W krótkim czasie po tym zdarzeniu myślałam tylko o niej i czułam rozpacz. Niektórzy pod wpływem wielkiej straty mogą nie widzieć sensu, stracić grunt pod nogami. Ale pomału trzeba przejść do stanu akceptacji. Wtedy świadomość straty staje się częścią normalnego życia.
Dochodzenie do akceptacji wymaga niekiedy długiego czasu. Przeszkadza w tym niecierpliwość i pośpiech. Niektórym zdarza się uwierzyć, że są skazani na cierpienie. Wtedy droga do pogodzenia się ze stratą zostaje zamknięta i już w ogóle nie może być mowy o szczęściu.

A może po prostu nie jesteśmy stworzeni do szczęścia?
– Myślę, że szczęście ze względu na swoją patetyczność i niezwykłość jest trudno osiągalne. Zwłaszcza jeśli myślimy w kategoriach constans. Samo polskie słowo szczęście może być mylące. W języku angielskim mamy przecież i luck, i happiness. Luck
jest wtedy, gdy myślimy sobie „O, miałam szczęście, zdążyłam na autobus”. Ale już happiness ma być atrybutem, jakąś górnolotną wartością, nadającą sens całemu życiu. Takie szczęście zawiera w sobie aspekt daru, zesłania, może łaski – czegoś nadzwyczajnego, podniosłego. Jeżeli tego nie odczuwamy, chodzimy w niedosycie, bo nawet mając nogi, ręce, oczy, dach nad głową i jedzenie, dwoje dzieci, mówimy, że nie jesteśmy szczęśliwi. Chcemy więcej niż to, co w istocie potrzebne.
Dlatego o wiele bardziej podoba mi się pojęcie harmonia wewnętrzna – bo to jest propozycja osiągalna.

Czym jest ta wewnętrzna harmonia?
– To jest panowanie nad emocjami. Nie chodzi o to, by nie odczuwać gniewu, złości, uraz, nienawiści, zawiści, poczucia winy, ale by nie było ich ponad miarę! I nade wszystko: aby nie zamieniały się w agresję czy autoagresję.
Złość jest potrzebnym uczuciem, ale tylko wtedy, gdy nie gości w nas zbyt długo. Może służyć do rozwiązania problemu albo do uniknięcia zagrożenia, ale jeśli będziemy ją w sobie hodować, wciąż podsycać i utrwalać, stanie się zaprzeczeniem harmonii.
Można się tego nauczyć w trakcie psychoterapii. Harmonia wewnętrzna jest sumą doznań emocjonalnych, w których dominują dobre uczucia: miłość, przyjaźń, a przede wszystkim wdzięczność. Wdzięczność trzeba praktykować, to znaczy wzbudzać ją w sobie w związku z ludźmi i zdarzeniami, od których możemy czerpać dobro i piękno. Brzmi poetycko? No cóż, wdzięczność należy do uczuć wyższych – już w tej nazwie mamy do czynienia z czymś wzniosłym, co góruje nad przyziemnością. Z uczuciami wyższymi jest jak z muzyką klasyczną – jeżeli człowiek nie nauczy się słuchać tej muzyki, to nie będzie umiał jej przyjąć. Repertuar uczuć wyższych jest dostępny prawie dla każdego. I to one zapewniają nam dobre życie.

Od czego zacząć trening wdzięczności?
– Choćby od zrobienia listy rzeczy, za które możemy być wdzięczni – komuś, losowi, Bogu, samym sobie. Można też spróbować spojrzeć w inny sposób na człowieka, który nas skrzywdził. Oczywiście żona może uznać, że zdrada nie mieści się w jej systemie wartości i postanowi odejść od niewiernego męża. Gdy jednak nie jest to wykonalne – na przykład nie można zanegować związku czy kawałka życia, to co wtedy? Jak ta kobieta ma sobie poradzić z urazą wobec męża, który naruszył jej potrzeby czy wyznawane przez nią normy?
Trzeba spojrzeć na krzywdziciela i przypomnieć sobie, co dobrego się z nim wiąże. Czy jest coś, za co można mu okazać wdzięczność? Nie chodzi o to, by zanegować urazę czy złość, ale by poszukać drogi do przebaczenia.
Ale widzi pani: to, co mówię, może wydać się nudne. Przecież większość ludzi, kiedy zastanawia się, jak lepiej żyć – woli planować, co by tu kupić, gdzie by wyjechać, co by osiągnąć...

Ścieżki na skróty?
– Tylko czy aby na pewno na skróty? Bo jeżeli myślę, że szczęście da mi dom z basenem i jaguar w garażu – to dopiero jest długi dystans! I w dodatku można tego nie doczekać…

Niektórzy sądzą, że dobre życie odnajdą, wyjeżdżając z kraju.
– Emigracja jest ważnym wskaźnikiem poczucia szczęścia. Okazuje się, że najbardziej zadowolone z życia są narody skandynawskie – Islandczycy czy Duńczycy. Emigracja utrzym...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy