Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Między wieżą a rynkiem

64

Dlaczego czujemy się samotni? Kto nie potrafi być z nikim blisko? Czym są rany narcystyczne? Jakie znaczenie ma seks dla bliskości? Kto źle znosi dotyk? O bliskości i problemach w jej doświadczaniu mówi prof. dr hab. Jacek Bomba. Prof. Jacek Bomba jest psychiatrą i psychoterapeutą. Pracuje w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, kieruje Katedrą Psychiatrii i Kliniką Psychiatrii Dzieci i Młodzieży. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, International Association of Child and Adolescent Psychiatrists and Allied Professions, European Family Therapy Association oraz World Psychiatric Association. Opublikował ponad 130 prac dotyczących między innymi rozwoju i zaburzeń seksualności, problemów wieku dorastania i psychoterapii. Niedawno ukazała się książka „Być rodziną, czyli jak się zmieniamy” - trzytomowy zapis rozmów profesora z Dorotą Terakowską.

Dorota Krzemionka-Brózda:Czy przeżywamy dziś coraz większy rozdźwięk między potrzebą bliskości a niemożnością albo nieumiejętnością doświadczania jej w relacji z drugim człowiekiem?
Jacek Bomba: – Trudno klinicyście mówić o trendach. Nie wiadomo, czy rzeczywiście częściej doświadczamy jakiegoś problemu, czy też problem jest nagłaśniany przez media i dlatego staje się sposobem komunikowania tego, że jest nam źle. Ale z mojej perspektywy zawodowej przyjmuję, że jeśli człowiek czuje, że nie jest mu dobrze na świecie, i w związku z tym szuka pomocy psychoterapeuty czy psychiatry, to z góry można założyć, że ma też jakieś problemy z bliskością.

– Jakie to mogą być problemy?
– Możliwość przeżywania bliskości zależy w znacznej mierze od zaspokojenia potrzeby przywiązania. Z tą potrzebą przychodzimy na świat. Małe dziecko przywiązuje się do osoby, która się nim opiekuje. Brak takiej osoby powoduje trwałą niemożność związania się z kimś w późniejszym życiu i stałe poczucie osamotnienia. Dziecko odbiera matkę początkowo tak, jakby była ona dwiema osobami: jest „dobrą matką” wtedy, gdy dziecku jest z nią dobrze, a „złą matką” – gdy na przykład czegoś mu odmawia. W rozwoju zazwyczaj dochodzi do połączenia tych oddzielnych „reprezentacji wewnętrznych”. Dzięki temu potrafimy dostrzec u tej samej osoby zarówno jej dobre, jak i złe cechy. Niemożność takiego postrzegania innych ludzi sprawia, że z nikim nie jest nam dobrze, przy nikim nie czujemy się bezpiecznie. Połączenie tych wewnętrznych obiektów uczuciowych jest także warunkiem przeżycia żałoby po utracie bliskiej osoby. Mogę wtedy wyrazić żal i złość za krzywdę, ale zarazem zachować w sobie wartość przeżytych razem chwil. W efekcie jestem w stanie rozstać się z kimś uczuciowo. I zaangażować się na nowo.


– Czasem ulegamy skrajnej idealizacji zmarłego, czyli chęci zatrzymywania tylko tego, co dobre.

– Zaprzeczamy wtedy negatywnej stronie, skupiamy się na idealnej postaci i trzymamy ją w sobie, wierząc, że nic już nas w życiu nie spotka. Różne zachęty innych ludzi – dzieci czy przyjaciół – traktujemy jako zagrożenie tej idealizacji. I bronimy się przed nimi. Królowa Wiktoria z pokoju ukochanego Alberta zrobiła po jego śmierci mauzoleum i niczego nie pozwoliła tam ruszyć. Mogła dostrzec tylko dobre strony ich związku. W efekcie pozostała samotna.

A jeśli pustkę społeczną i emocjonalną wokół siebie odczuwa ktoś dwudziestoparoletni... Jak to wyjaśnić?
– Wtedy pojawia się hipoteza, że ten ktoś nie zakończył procesu dorastania i nie potrafi wchodzić w relacje partnerskie. Ważne, czy w pierwszych 3-4 lata życia doświadczyliśmy przywiązania w relacji z matką. Wytwarza się wtedy równowaga między tendencją do wycofywania się i zamykania, czyli schizoidalną autystycznością, a gotowością do wchodzenia w relacje z ludźmi i do wymiany, czyli otwartością syntoniczną. Ważna jest proporcja między poczuciem bezgranicznego bezpieczeństwa – jakie daje świadomość, że jest ktoś, do kogo jestem przywiązany – a nieśmiałością i lękiem w penetrowaniu świata. Później, w okresie od przedszkola do dorastania, liczy się głównie to, w jaki sposób reagują na mnie rówieśnicy: czy się ze mnie śmieją, bo mam okulary, czy lubią mnie, bo dobrze rzucam kamieniem. Ci, którzy nie zakończyli procesu dorastania, bez względu na to, ile mają lat, stają ciągle przed problemem polegającym na tym, że szukanie bliskości u osób, u których ją znajdowali do tej pory, grozi powrotem do zależności dziecięcej. A zbliżanie się do rówieśników jest nacechowane nieufnością i sprzecznością między potrzebą bycia takim samym jak oni, a zarazem kimś niepowtarzalnym. Ma to związek z budowaniem tożsamości. W tych pierwszych okresach życia kształtuje się przestrzeń wymiany z innymi i ona decyduje o możliwości doświadczenia bliskości.


– Czym jest ta przestrzeń wymiany, jak się kształtuje?

– Andrew Samuels porównał strukturę osobowości do średniowiecznego zamku. W jego najwyższej części mieszczą się rzeczy najcenniejsze. Dopuszczamy tam tylko najbliższe osoby, do których mamy pełne zaufanie. Pomiędzy granicą wieży a murami istnieje rynek, na który różni ludzie wjeżdżają, z którego wyjeżdżają, tam się handluje. Jeśli nawet ten obszar zostanie naruszony, na przykład ktoś mnie oszuka, nie podważy to wartości tkwiących w wieży. Jeżeli ktoś nie ma rynku – to znaczy nie udało mu się zbudować przestrzeni wymiany z otoczeniem, z innymi – i wpuszcza każdego handlarza tam, gdzie trzyma ukochaną żonę, córkę i klejnoty, to naraża się stale na to, że jego podstawowe wartości mogą być zakwestionowane. Każde doświadczenie w relacji z drugim człowiekiem może go głęboko zranić. W konsekwencji unika spotkań z ludźmi.

Młoda dziewczyna napisała do redakcji, że ona daje wszystko kolejnemu partnerowi, a on od niej odchodzi. Nie rozumie dlaczego, bo przecież otworzyła się przed nim bez reszty. Jak to wyjaśnić?
– Sądzę, że może to być przejaw deficytów w tożsamości psychoseksualnej. Tożsamość ta oznacza stopień zgodności między idealnym obrazem kobiety lub mężczyzny a poczuciem, na ile ja reprezentuję te cechy. Część tego procesu ma charakter świadomy, gdy zdaję sobie sprawę, że jak na idealną kobietę mam za krótkie nogi albo za duży biust. Część natomiast przebiega poza świadomością. U autorki wspomnianego listu w obrazie kobiecości wydaje się mieścić poddaństwo i uległość. Wiele kobiet wchodzi w związki z mężczyznami z poczuciem posłannictwa. Znajdują jakąś korzyść w przekonaniu, że naprostują ścieżki kogoś, kto pije i bije. Relacja z tym kimś ma wyrównać ich poczucie deficytu kobiecości.

Jak pomóc takiej osobie?
– Można zmienić albo jej idealny obraz własnej osoby, skorygować go, albo urealnić obraz rzeczywisty, lecząc rany narcystyczne.

– Czym są rany narcystyczne?
– To efekt zranienia miłości własnej. Jeżeli w dzieciństwie słyszałem, że jestem nikim, wyłącznie ciężarem i do niczego się nie nadaję, to doświadczam upokorzenia. Mogę to upokorzenie różnie znosić, zależnie od tego, czy mam wspomniany rynek wymiany z ludźmi. Jeśli tak, to ktoś może wieszać tam plakaty, a ja z mojej bezpiecznej wieży widzę, że są one wyrazem jego bezsilnej złości. Ale jeśli nie mam rynku i ktoś mi takie plakaty rozwija w moim łóżku, to nie mam możliwości, by się od nich zdystansować.

– Jakie znaczenie dla tworzenia bliskości ma kontakt fizyczny?

– Doświadczenie cielesnej bliskości, na przykład w seksie, może sprzyjać budowaniu więzi. Podczas orgazmu uwalniają się takie same hormony jak te, które wydzielane są podczas porodu i dzięki którym tworzy się więź matki z dzieckiem. Kłopot w tym, że człowiek do przeżywania orgazmu potrzebuje wcześniejszej bliskości. Jeśli jej nie ma, to orgazm nie może być pełny i prawdopodobnie nie wydziela się oksytocyna. W doświadczaniu bliskości ważna jest zgodność pomiędzy poczuciem bliskości psychicznej, bezpieczeństwem w relacji z drugą osobą, a bliskością fizyczną. Są ludzie, którzy nie lubią się dotykać, obejmować, źle reagują na pieszczotę.

– Dlaczego?
– O...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy