Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Krótka kołderka psuje życie

60

Co za idiotka ze mnie! Czego się nie tknę, to zepsuję. Nikt mnie nie kocha! Takie myśli przychodzą nam czasem do głowy. Jak wpływają na to, czego doświadczamy? AGNIESZKA POPIEL przestrzega: Uważaj, co do siebie mówisz, bo może się okazać, że słuchasz. Dr Agnieszka Popiel jest lekarzem psychiatrą, adiunktem Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Od wielu lat zajmuje się psychoterapią poznawczo-behawioralną. Autorka wielu prac na temat zaburzeń psychicznych i psychoterapii poznawczo-behawioralnej.

Dorota Krzemionka: – Niektórzy z nas są mistrzami w utrudnianiu sobie życia. Wiele robią, aby sobie coś popsuć i stracić – i nawet im się to udaje. Dlaczego tak się dzieje?
Agnieszka Popiel: – Jest wiele mechanizmów, które sprzyjają utrudnianiu sobie życia. Niektóre łączą się z nadmiarem, inne z wycofaniem się z aktywności. Często wspólnym mianownikiem strat jest unikanie, omijanie wielu sytuacji życiowych. Polega ono na tym, że nie podejmujemy ryzyka, nie konfrontujemy się z czymś, na czym nam zależy. Nie zauważamy czegoś ważnego, atrakcyjnego. Przypomnijmy sobie: czy nie zdarza się, że nie odbieramy telefonu, bo myślimy, prawie wiemy, że ktoś dzwoni z wymówkami? Nie podejmujemy rozmowy z kimś siedzącym obok, bo to i tak nic nie da. Nie wysyłamy na czas podania o pracę, odkładamy ten moment, aż jest za późno. I często nie zdajemy sobie sprawy, że to co zrobiliśmy, to było unikanie.

Co się za tym kryje? Co nas powstrzymuje w takich sytuacjach?
– Terapeuci poznawczy skupiają się na myśleniu, które poprzedza unikanie sytuacji – nazywają to czytaniem w myślach. Można tu zauważyć wiele mechanizmów, które pchają nas w ślepy zaułek. Na przykład nie podejmujemy z kimś rozmowy, bo wyobrażamy sobie, jak on zareaguje na nas. Przewidujemy najgorszą z możliwych wersji wydarzeń.

Na pewno uzna mnie za osobę nieinteresującą, wygłupię się...
– Właśnie. Wyleje mi się kawa, zaczerwienię się i rozmówca pomyśli sobie, że jestem do niczego – to po co w ogóle zaczynać rozmowę? Inny mechanizm, to nadmierne uogólnianie. Myślimy: to wszystko nie ma sensu, na pewno mi się nie uda. Nic z tego nie będzie, bo nic mi nie wychodzi. I dalej: nie pójdę na spotkanie, bo będę się tam źle czuła. Abym się tam wybrała, musi być spełnionych wiele warunków: muszę dobrze wyglądać, dobrze się czuć, wiedzieć, że nie będzie tam ludzi, którzy wywołują u mnie dyskomfort. Wobec tego liczba miejsc, w które mogę pójść, jest mocno ograniczona, bliska zera. Do tego dochodzi myślenie dychotomiczne, czyli „wszystko albo nic”: Albo mnie kocha, albo nie, nie ma nic pośredniego. Albo to będzie dobry związek, albo nie, a niedobry w ogóle mnie nie interesuje. Jedna pomyłka oznacza przegraną. Jeżeli ktoś mnie skrytykuje, to znaczy, że jestem do niczego. Albo się nadaję, albo nie. Na bazie takiego myślenia wyciągamy pochopne wnioski. Nie dostrzegamy wersji pośrednich.

Najczęściej zaś sama dochodzę do wniosku, że jestem do niczego.
– Semantyk Alfred Korzybski mówił: „Uważaj, co do siebie mówisz, bo może się okazać, że słuchasz”. Mówimy czasem: jestem kompletną idiotką. Wydaje się to dowcipną puentą, użytecznym skrótem. Stwierdzamy: jestem zbyt tchórzliwa, by podjąć się nowej pracy. Te określenia nie opisują naszego zachowania, są tylko globalnymi etykietami. „Ja nie mogę tego zrobić, marzenia o poznaniu dziewczyny się kończyły – mówi pacjent – bo ja mam schizofrenię”. Schizofrenia to skrót myślowy na określenie grupy objawów. Kiedy jednak spytamy, na czym polega to, że przez schizofrenię marzenia o poznaniu dziewczyny się skończyły, okazuje się, że problem polega na braku umiejętności nawiązania rozmowy z nieznajomą, co powoduje lęk. Z tych dwóch stwierdzeń: „Jestem schizofrenikiem i przez to nie mam co marzyć o dziewczynie” oraz „Nie wiem jak zacząć rozmowę z dziewczyną, która mi się podoba”, wynikają całkiem różne postawy. Słowo żyje własnym życiem, powstrzymuje nas przed zrobieniem czegoś, a powtórzone sto razy staje się samospełniającą się przepowiednią. Istnieje zależność między wizją siebie i zachowaniem. Jeśli myślę, że nie mam talentu do języków albo do matematyki...

...to nawet nie próbuję, bo skoro nie mam talentu, to będzie daremny wysiłek. Kiedyś byłam przekonana, sama nie wiem dlaczego, że jestem roztrzepana i nie nadaję się do kierowania samochodem. Więc snułam plany, że mojego Fiata 126p z przedpłat spieniężę i będę miała na taksówki. I tak by się stało, gdyby nie znajoma mojej mamy, która potrząsnęła mną: „Nie rozumiem cię. Niby głupia nie jesteś... Popatrz, kto kieruje samochodami!”.
– To pokazuje, że nawet nie wiemy, skąd się biorą nasze najgłębsze przekonania na swój temat. Często pozostają one nieweryfikowane i okazuje się, że już czterdziesty rok trwam w przekonaniu, że się do czegoś nie nadaję, a nigdy tego nie sprawdziłam. Pamiętam rozmowę z młodą, niezwykle energiczną kobietą, która stwierdziła, że z pewnością nie może mieć dzieci. Dlaczego? – spytałam, a ona: „Przecież to oczywiste! Jako dziecko byłam chorowita, a moja mama zawsze mówiła, że z takim zdrowiem to ja bym porodu nie przeżyła”.

Dlaczego nie weryfikujemy tych przekonań?
– Jest parę wyjaśnień. Po pierwsze dlatego, że słyszeliśmy to w miarę wcześnie od osób, których opinie były dla nas niepodważalne, bo dysponowaliśmy za małym aparatem poznawczym. Czasem są to prawdy zastane, uwarunkowane środowiskowo, na przykład: w naszym mieście nie jeździ się na nartach, nie jest to przyjęte. Czasem wiążą się z obowiązującą religią lub poglądem na pełnienie ról związanych z płcią – na przykład, że mężczyźni nie powinni okazywać lęku...

...a kobiety nie nadają się na kierowcę.
– Albo na nauczyciela matematyki... Ale koniecznie muszą mieć dzieci. Przesiąkamy tymi sformułowaniami. Działa mechanizm selektywnej uwagi. Wydobywamy z otaczającej rzeczywistości tylko to, co potwierdza nasze wcześniejsze założenie. Na tym też budujemy dalsze wnioski. Nie poszło mi na lekcji matematyki, a jestem dziewczynką, więc nie ma powodu dalej próbować. W ten sposób tworzą się schematy poznawcze, o których doktor Ewa Pragłowska, terapeutka poznawczo-behawioralna mówi, że czasem są jak krótka kołderka z dawnych czasów. Już nas nie okrywa, nie daje ciepła, ale jest z nami od dzieciństwa. Podobnie z przekonaniami ukształtowanymi na wczesnych etapach naszego rozwoju. Jeśli ktoś wyrósł w środowisku pełnym przemocy, to uzasadnione jest przekonanie, że ludziom nie można ufać. Co więcej, wtedy było ono cenne, bo wytyczało jedyne dostępne dziecku sposoby zachowań umożliwiające przetrwanie. Ale potem działa ono jak przykrótka kołderka, gdy uogólnimy je na wszystkie inne osoby spotkane w życiu. Nie pozwala na zaufanie. Nie dostrzegamy momentu, gdy coś z tą kołderką trzeba zrobić – schować do szafy na pamiątkę albo doszyć jakąś część, albo po prostu kupić nową, a starą wyrzucić. Trzeba też pamiętać, że nasz mózg ma niezwykłe zdolności do integracji nowych doświadczeń i wokół nich organizuje wiedzę. Zdarza się, że ktoś przeżył traumatyczne wydarzenie i nadał mu takie znaczenie, które określa wiele sfer jego życia. Potem pozostaje w cieniu tego doświadczenia. Czasem pojawia się zespół objawów zwany zaburzeniem stresowym pourazowym.

Kto jest na to najbardziej narażony?
– Badania profesora Bogdana Zawadzkiego wykazały, że są to osoby temperamentalnie wysokoreaktywne, mające „wrodzony wzmacniacz bodźców”. Z kolei doktor Edna Foa i jej zespół stwierdzili, że najbardziej narażone na zaburzenie stresowe po wydarzeniach traumatycznych są dwie grupy osób. Ci, którzy wierzyli, że świat jest wyjątkowo bezpiecznym miejscem, a oni sami zawsze sobie poradzą, i ci, którzy od samego początku wiedzieli, że ludziom nie należy ufać, świat jest wyjątkowo podły, zły i tylko kwestią czasu jest, kiedy to się okaże. Skrajności w myśleniu nie pomagają, a my reagujemy na wiele sytuacji tak, jakby one były skrajne.

Jakie przekonania sprawiają, że nie radzimy sobie z pieniędzmi? Są osoby, które co zainwestują, to stracą. Mówią: nie mam szczęścia do pieniędzy. Co się za tym kryje?
– Zapewne wiele rzeczy. Czasem jest to krótka kołderka, czyli uparte trwanie przy przekonaniach i strategiach, które już dawno przestały być skuteczne. Czasem pod wpływem stresu nasz obszar obserwacji zawęża się. Kiedy mam skręconą nogę, to częściej uderzam głową o różne przedmioty, które dotychczas automatycznie omijałam – próbuję ochronić bolącą nogę. Kiedy spotyka nas jakaś porażka finansowa, to – sfrustrowani – przy następnej decyzji zaczynamy działać nietypowo, nie do końca racjonalnie, nie analizujemy wszystkich „za” i „przeciw”. Mówimy sobie: muszę udowodnić, powinnam się sprężyć, musi się udać. I zaczyna się błędne koło. Ważne jest, na ile stan posiadania dowodzi naszej wartości. Jeśli tak jest, to pojawia się przymus: muszę zarabiać, podobny do innych „muszę”: muszę mieć perfekcyjną rodzinę, wyglądać najlepiej, publikować jak najwięcej, nie wolno mi popełniać błędów. I uznaję, że mogę dążyć do celów po trupach.

Nic dziwnego, że w efekcie nie mam przyjaciół. Jak można stracić przyjaciół?
– Na wiele sposobów... Jednym z nich jest „czytanie w myślach” i inne wspomniane zniekształcenia poznawcze. Na przykład myślę, że moja przyjaciółka nie dzwoni, bo pewnie poczuła się dotknięta tym, co ostatnio jej powiedziałam. A poza tym, odkąd awansowała, nie jestem już dla niej taka ważna... I kontempluję moje rozczarowanie. Jeśli mamy poczucie bezpieczeństwa w związkach z ludźmi, to budujemy przyjaźń, w której wzajemnie jesteśmy dla siebie „bezpieczną bazą”, jak określali to John Bowlby i Mary Ainsworth. W takim związku wiemy, że w potrzebie przyjaciel nie zawiedzie. Zapracowani i zmęczeni, możemy latami milczeć, bo brak sygnału oznacza, że u ciebie i u mnie wszystko w porządku. A kolejne spotkanie nie zaczyna się od „Jak mogłaś...!”. Często nie udaje nam się zbudować takiej relacji z powodu oczekiwań, jakie mamy wobec przyjaciół. Wyobrażamy sobie, że przyjaciel powinien być dostępny w każdej chwili i spełniać wszystkie nasze oczekiwania. Jesteśmy rozczarowani, jeśli tego nie robi. Albo sądzimy, że to my zawsze powinniśmy być do jego dyspozycji w każdej chwili. A kiedy nie jesteśmy – przykro nam, mamy wyrzuty sumienia i unikamy kontaktu, by nie uświadamiać sobie, że nie sprostaliśmy tym oczekiwaniom. Mamy tu przykład czarno--białego myślenia.

A jak popsuć sobie miłość?
– Zacytuję pewną kobietę. Spytałam ją, po czym poznałaby, że mąż ją kocha? Po tygodniu wróciła i powiedziała: „To było niezłe pytanie. Doszłam do wniosku, że biedak nie ma szans, żeby udowodnić, że mnie kocha. Nawet gdybym poprosiła, żeby się dla mnie zabił, i zrobiłby to – uznałabym, że to dlatego, że jestem taka nieznośna i nie mógł już ze mną wytrzymać”. Ważne jest, czego oczekujemy od siebie i od drugiej osoby. Po czym poznajemy, że ktoś nas kocha, a po czym, że my kochamy jego? Jakie wysyłamy w związku z tym sygnały? Jeśli oczekujemy, że ma być idealnie i mamy się sprawdzać we wszystkim, to siłą rzeczy będziemy rozżaleni i komunikujemy: nie zbliżaj się do mnie. A druga osoba też ma swoje przekonania i czyta w myślach. Jeśli widzi nas naburmuszonych, zinterpretuje, że złościmy się na nią. Ulubionym zniekształceniem w relacjach jest „czytanie w myślach”. Myślimy, że on sobie coś pomyśli i odpowiednio do tego reagujemy. Oczekujemy, że powinien zgadnąć, o co nam chodzi.

Jak kocha, to się domyśli.
– I mija piętnasty rok, gdy czekamy na stokrotki od niego. Na pytanie: dlaczego nigdy nie powiedziałaś „Wiesz, chciałabym czasem dostać bukiecik stokrotek”, większość pań odpowiada: „Nie zrobiłam tego, bo to nie byłoby spontaniczne”. Czytanie w myślach napędza unikanie. Wyobrażamy sobie, co partner o nas pomyśli, co powie, i to nas hamuje, powstrzymuje, albo wprawia w złość. Bo my już wiemy, co on czy ona sobie pomyślała i jak mogła tak o nas pomyśleć! Zamykamy się we własnym świecie, znajdujemy różne dowody na potwierdzenie obaw we własnych wspomnieniach i myślach, a nie w reakcjach partnera.

Stąd już krok do wniosku, że kobiety nie rozumieją mężczyzn, a mężczyźni – kobiet...
– Podam przepis na kłótnię. Gdy dochodzi do różnicy zdań, wystarczy zastosować zniekształcenia poznawcze: „bo ty zawsze”, albo „ty nigdy”, „wszystkie kobiety są jakieś”. Stosujemy uogólnienie: „myślisz stereotypowo”, „typowy mieszczuch” – dorzucamy etykietę, „na pewno nie chcesz mi tego powiedzieć” – czytamy w myślach, i tak dalej...

Niektórzy mają poczucie, że psują sobie życie. Marzą o czymś innym, a wybierają wciąż coś innego. Dlaczego?
– Pytanie: czego bym tak naprawdę chciała? I dlaczego myślę, że jest to nieosiągalne? Na przykład marzę o karierze finansowej, a utrzymuję porządek w domu. Dlaczego nie zajmę się giełdą, handlem papierami wartościowymi? Być może dlatego, że rodzina jest też dla mnie ważna. Pojawia się konieczność wyboru. Czasem mamy przekonanie, że powinniśmy się sprawdzać w wielu obszarach. Część ludzi chciałoby mieć wszystko: pieniądze – nieważne jak zdobyte, a do tego szacunek ludzi i miłość bliskich bez poświęcenia im czasu. Trudno to pogodzić, żeby nie powiedzieć, że nie sposób. A każdy wybór kosztuje.
Podobnie osoba z fobią społeczną sądzi, że aby na­wiązać rozmowę, musi mieć pewność, że w każdej chwili będzie inteligentna, błyskotliwa, czarująca, nie popełni błędu i nie powtórzy się. To są warunki wstępne. Dla innych ludzi warunki wstępne na udane życie brzmią: muszę mieć fantastyczną rodzinę, gromadkę dzieci zadbanych i uśmiechniętych, kochającego męża, nie mogę dopuścić, by mąż doświadczył stresu życia codziennego, powinnam być zawsze uśmiechnięta, i chciałabym być aktywna zawodowo, jak moje koleżanki. Aby czuć się wartościową osobą, muszę spełnić n+1 wymagań. Pytanie: kiedy uznam, że już dość...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy