Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

2 czerwca 2016

Jutro to dziś... tyle że jutro

110

Zwlekamy. Przekładamy na jutro, na później. Odkładamy: egzamin, dentystę, remont mieszkania, miłość. Swoje życie odkładamy do jutra. A gdy jutro zamienia się w dziś, znów wypatrujemy jutra. Dlaczego zwlekamy?

A gdyby Pan Bóg zwlekał ze stworzeniem świata... Co by było? Czy powstałby lepszy świat, czy też nie byłoby go wcale? Albo, powiedzmy, nasz prapraprzodek zwlekałby z zejściem z drzewa czy z wyjściem z jaskini... Jakim torem poszłaby ewolucja?

Załóżmy, że Edison, Marconi, Stephenson, bracia Wright lub Bill Gates odkładaliby... Może do dziś nie mielibyśmy żarówki, radia, parowozu, samolotu ani komputera osobistego. A może wynalazłby je ktoś inny – i właśnie z jego nazwiskiem związana byłaby wiekopomna sława...

Wśród ludzi, którzy wpłynęli na kształt świata, niewielu znaleźć można takich, którzy zwlekali. Zwlekanie jest skutecznym sposobem, by nie odnieść sukcesu. Mimo to wielu z nas tygodniami, miesiącami, czasem latami nosi się z zamiarem zrobienia czegoś: oddania pracy zaliczeniowej, wyremontowania mieszkania, wyjścia za mąż bądź przeciwnie – zerwania nieudanego związku. Nosimy się i... nic nie robimy. Powtarzamy sobie jak Scarlett O’Hara z Przeminęło z wiatrem: pomyślę o tym jutro, jutro też jest dzień. A gdy „jutro” staje się „dziś”, pojawia się nowe kuszące „jutro”... I tak bez końca. Które jutro jest tym właściwym, tym ostatnim? Oto dylemat prokrastynatora.

Tyrania terminów
Prokrastynacja to tendencja do nieustannego przekładania na później ważnych zadań, a w zamian wykonywania wielu innych, pracochłonnych, za to mało ważnych czynności. Termin pochodzi z łaciny: pro – na, naprzód i crastinatus – jutro.

Od wieków ludzie odkładali, przesuwali na jutro. Czasem była to celowa strategia – jak w przypadku Penelopy, która latami zwlekała z daniem odpowiedzi zalotnikom, ale często zwlekanie traktowano jako przejaw roztropności, dowód na to, że decyzja nie była pochopna.

Stosunek do prokrastynacji radykalnie zmienił się, jak pisze Norman A. Milgram z Tel-Aviv University, po rewolucji przemysłowej, w połowie XVIII wieku. Wzajemna zależność ludzi w procesie produkcji sprawiła, że konieczne stało się wprowadzenie reżimu czasowego i terminów końcowych. Ci, którzy ich nie przestrzegali, utrudniali życie innym. Patrzono na nich coraz mniej przychylnie.

A dziś im bardziej rytm naszego życia odmierzają dni i godziny dzielące nas od kolejnych terminów, im więcej deadline’ów, tym więcej zarazem tych, którzy zwlekają. Szerzy się plaga prokrastynacji. Wystarczy zajrzeć na Facebook. Profil „Choruję na prokrastynację” ma 20 tysięcy fanów. Podobny, bardziej humorystyczny: „Odwlekam wyjście do ostatniej chwili, a potem zapierdalam jak popierdolony” – aż 48 tysięcy. O prokrastynacji mówi się coraz więcej. Staje się modna, w końcu „cierpię na prokrastynację” brzmi o wiele lepiej niż „jestem leniem”, „boję się” albo „brak mi sumienności”. Na podobnej zasadzie niektórzy nieznajomość ortografii tłumaczą dysleksją.

Syndrom studenta
Epidemia szerzy się na uczelniach. Prokrastynację nazywa się czasem syndromem studenta. To właśnie studentów najpowszechniej dotyka bolączka odkładania czegoś na później, na ostatnią chwilę. Według Alberta Ellisa i Williama Knausa, dwóch wybitnych psychoterapeutów zajmujących się prokrastynacją, w USA 80–95 procent studentów koledżu zwleka z oddaniem pracy zaliczeniowej lub odkłada naukę na ostatnią chwilę. Na zwlekaniu studenci spędzają trzecią część dnia. Co w tym czasie robią? Śpią, czatują, sprzątają pokoje.

Robią wszystko, tylko nie to, co – dobrze o tym wiedzą – zrobić trzeba w pierwszej kolejności.
Profesor Tomasz Maruszewski, psycholog poznawczy ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej przyznaje, że gdy umawia się ze studentami na termin, to większość prac zaliczeniowych trafia do jego skrzynki o północy, gdy termin się kończy, albo dopiero następnego dnia. Autorzy tłumaczą spóźnienie plagą wirusów w komputerze, awarią elektrowni, wizytą cioci...

Dlaczego studenci są tak podatni na tę chorobę? Po pierwsze, zadania na studiach nie są rozłożone równomiernie – można przez cały semestr nic nie robić, a wystarczy sprężyć się w sesji. Po drugie, póki młodzi ludzie byli w domu, ktoś cały czas ich kontrolował, przypominał o lekcjach, obowiązkach. Na studiach z kolei zdani są wyłącznie na siebie, na swoją wolę, a ta bywa wystawiana na pokusy – inne, atrak[-]cyjne możliwości spędzania czasu... Obowiązek, jak to często bywa, przegrywa z przyjemnością.

Jest też inne wytłumaczenie. Zewnętrzne terminy niektórzy odbierają jako ograniczenie swobody wyboru. Rodzi to szczególny motyw, określany przez Jacka Brehma jako reaktancja. Pojawia się pokusa, by przełożyć termin i w ten sposób odzyskać przestrzeń, autonomię, móc robić wszystko w swoim czasie. Tyle tylko, że swoboda przez odwlekanie szybko zmienia się w niewolę presji uciekającego czasu i niedotrzymanych terminów.

Na szczęście po studiach zazwyczaj przestajemy zwlekać. Na chroniczne zwlekanie w populacji dorosłych cierpi „tylko” co piąta osoba.

POLECAMY

Jak się rodzi prokrastynator

Nikt nie rodzi się prokrastynatorem, choć badania dowodzą, że predyspozycje do zwlekania mogą być przez nas dziedziczone. Richard D. Arvey z University of Minnesota wraz ze współpracownikami pytał bliźnięta jedno- i dwujajowe wychowywane w tej samej rodzinie, w jaki stopniu byli zwlekaczami. Okazało się, że korelacja była istotnie silniejsza w przypadku bliźniąt jednojajowych. Co więcej, jak pokazuje badanie podłużne prowadzone przez 10 lat przez R. Elliota, tendencja do zwlekania jest na tyle stabilna w czasie, że można uznać ją wręcz za cechę. Czy to znaczy, że ktoś, kto zwleka, będzie zwlekał? Niekoniecznie, czynniki genetyczne wyjaśniają maksymalnie około 22 procent zmienności zwlekania. Nie możemy więc oskarżyć natury o to, że odkładamy coś na ostatnią chwilę. Ani też scedować tego na defekty mózgu. W zwlekaniu niewątpliwie biorą udział nasze płaty czołowe, ale też właśnie one mogą zdecydować, żeby nie zwlekać. Ukształtowaniu tendencji do prokrastynacji sprzyjają – zdaniem niemieckiego psychologa Juliusa Kuhla – niefortunne zabiegi wychowawcze. Prokrastynacja jest przy takim założeniu odpowiedzią na autorytarny styl rodziców, którzy kontrolując dziecko i ingerując w jego działania, nie pozwalają mu nauczyć się rozpoznawania własnych intencji i realizowania celów. Częściej zatem skłonności do odwlekania będą mieli ci, których rodzice byli zbyt wymagający, domagali się perfekcjonizmu w każdym calu i nie dopuszczali żadnych dyskusji. Podobnie tendencje do prokrastynacji wzmagać będzie nadskakiwanie i wyręczanie dzieci na każdym kroku – nie pozwala to ćwiczyć im samodzielności i ogranicza ich autonomię.

Niegasnący żal
„Praca nie zając, nie ucieknie”, „Co masz zrobić dziś, zrób jutro” – to tylko niektóre z powiedzonek żartobliwie przyzwalających na odwlekanie. W potocznej polskiej świadomości zwlekanie to nie grzech, ot, najwyżej śmieszna słabostka. A jednak opóźniacze szkodzą: innym – marnotrawią ich czas, zmuszając do czekania na powstające dzieło?/?decyzję, ale i sobie. Norman A. Milgram wylicza skrzętnie, że ci, co zwlekają, zarabiają mniej od swych kolegów, którzy przestrzegają terminów – średnio o 11,5 tys. dolarów rocznie. Z kolei agencja H[&]R Block wyliczyła, że zwlekanie i błędy popełnione w pośpiechu przy wypełnianiu amerykańskich PIT-ów w ostatniej chwili kosztują podatnika średnio co roku 400 dolarów.

Prokrastynatorzy płacą więcej na wiele sposobów. Stres, jakiego doświadczają, działając w ostatniej chwili, odbija się na ich zdrowiu: gorzej funkcjonuje ich układ immunologiczny, częściej zapadają na infekcje, częściej mają problemy gastryczne, gorzej śpią. Zwlekanie kradnie nam poczucie szczęścia i zadowolenia z życia.
– Przez jakiś czas odwlekałem, a potem czułem tak wielki ból, że tyle mam naraz do zrobienia, że postanowiłem sensowniej gospodarować czasem. Nie zawsze mi się to udaje, ale nieodkładanie zwalnia moje zasoby poznawcze, inaczej mówiąc: daje mi spokój duszy – przyznaje prof. Tomasz Maruszewski.

Specyficznym kosztem zwlekania jest żal z powodu tego, co być mogło, ale się nie zdarzyło, bo zbyt zwlekaliśmy. Ten żal po utraconych szansach badali Joseph Ferrari z DePaul University w Chicago, Kelly Barnes z Ball State University, Muncie oraz Piers Steel z University of Calgary. Stwierdzili, że zwlekacze w relacjach z rodzicami i rodzeństwem, a także z przyjaciółmi częściej i mocniej odczuwają żal. Przyjaźń nie lubi zwlekania. Odczuwają go też z powodu swych decyzji finansowych – i słusznie, bo zwlekając, rzeczywiście zarabiają mniej i mniejszą dostają emeryturę. Co gorsza, ten żal nie blednie. Tom Gilovich, amerykański psycholog z Cornell University, pokazał, że bardziej żałujemy tego, czego nie zrobiliśmy, niż tego, co zrobiliśmy. I nawet jeśli zdarzyły się nam błędy, to żal z ich powodu z czasem słabnie, natomiast ten z powodu zaniechanych działań – tylko się wzmaga.

Hop na huśtawkę
Dlaczego więc zwlekamy, zamiast działać? Bo początkowo, gdy odkładamy coś na jutro, polepsza nam się nastrój. Przez chwilę wydaje nam się, że jesteśmy podwójnie wygrani. Po pierwsze, czujemy ulgę, że nie musimy od razu siadać do ciężkiej pracy. Po drugie, możemy się zająć czymś znacznie przyjemniejszym.
Angielski aktor i prezenter Christopher Parker ostrzega jednak: „Zwlekanie jest jak karta kredytowa: dużo zabawy, dopóki nie dostaniesz rachunku”. Wcześniej czy później dostajemy wypłatę za zwlekanie. Pojawiają się konsekwencje zaniechań lub strach przed nimi. A wtedy nastrój radykalnie się nam pogarsza.

Gdy jesteśmy smutni, częściej zwlekamy, trudniej nam zabrać się do pracy. Dr Roma Kadzikowska-Wrzosek, psycholog z SWPS w So[-]pocie, podkreśla, że zły nastrój koncentruje naszą uwagę na tym, co „tu i teraz”, że bledną odległe cele i zamiary. Zamiast tego chcemy TERAZ poczuć się lepiej. Rzucamy się więc na to, co w naszym przekonaniu poprawi nam nastrój: gry komputerowe, telewizor, zabawy towarzyskie... I znów zwlekamy.

– Zwlekający sami fundują sobie huśtawkę emocjonalną, choć nie sądzę, żeby byli świadomi, że wahania ich nastroju są skutkiem zwlekania. Prawdopodobnie przypisują je czynnikom zewnętrznym, łatwiej bowiem oskarżyć coś lub kogoś za zły nastrój niż dostrzec, że sami jesteśmy sprawcą własnego nieszczęścia – komentuje profesor Maruszewski.

Problem ze słoniem
Nie ze wszystkim zwlekamy. Robert Briody z Southern Illinois University dowodzi, że aż w połowie przypadków tendencje do prokrastynacji wynikają z właściwości samego zadania. I tak, najczęściej odkładana jest realizacja zadań, których finał jest odległy w czasie – mało nas one motywują. Odkładamy też wykonanie zadań w naszym odczuciu zbyt trudnych, dużych, długofalowych, ale też tych zbyt łatwych, drobnych. – W obliczu skomplikowanego zadania trudno nam się zmobilizować, przeraża nas jego rozmiar. Nie da się bowiem zjeść słonia w całości, trzeba podzielić go na plasterki. Nawet najbardziej długofalowe zadanie da się wykonać, ale krok po kroku – tłumaczy prof. Tadeusz Tyszka z Akademii Koźmińskiego. – Z kolei zbyt łatwych zadań nie doceniamy. Nadmierny optymizm sprawia, że za późno się za
nie zabieramy. A gdy w realizacji pojawią się schody, nie ma czasu, by je pokonać.

Przeceniamy naszą sprawność, nie doceniamy przeszkód. To dlatego, jak pokazali Barbara i Frederick Hayes-Roth, psychologowie poznawczy ze Stanford University, „na jutro” planujemy zwykle za dużo zadań. I właśnie dlatego często nie udaje nam się wykonać połowy z nich... Mimo to na następny dzień znów wpisujemy do kalendarza za dużo spraw. Bo jutro, jak wierzymy, najdzie nas wena, przysiądziemy od rana i napiszemy w parę godzin to, z czym nie mogliśmy się uporać od tygodni. Oczywiście, ulegamy złudzeniu.

Z lęku do jutra
Są wśród nas i tacy, którzy specjalnie czekają na ostatnią chwilę. Angela Hsin Chun Chu z Columbia University oraz Jin Nam Choi z Seul National University rozróżniają dwa typy prokrastynatorów. Pierwsi, aktywni, ufają sobie, wywiązują się z zadań, ale zwlekają z nimi, by poczuć pobudzenie. Dopiero gdy ich niepokój osiąga szczyt, rzucają się w wir roboty. Pośpiech ich dopinguje. Tylko za pięć dwunasta wchodzą na obroty i dają z siebie wszystko; a przynajmniej są o tym przekonani... Drudzy, pasywno-unikający zwlekacze, to ich przeciwieństwo. Są raczej introwertywni i neurotyczni. Nie wierzą, że zdołają zrobić coś na czas. Zamartwiają się, jak wypadną. Wolą więc odsuwać działanie, by nie sprawdzać swoich możliwości. Zwlekają, bo się boją.

Lęk – to właśnie on jest uważany przez wielu badaczy za głównego winowajcę prokrastynacji. Zwlekamy, bo obawiamy się, że popełnimy błąd, że działanie skończy się niepowodzeniem, że inni nas skrytykują. Sama myśl o tym, co mamy zrobić, wywołuje niepokój. Podsycamy go, prowadząc ze sobą specyficzny monolog, pełen irracjonalnych przekonań: nie mam nic do powiedzenia, jestem w ogóle do niczego (generalizowanie), albo zrobię to doskonale, albo lepiej nie zaczynać (czarno-białe widzenie), to na pewno przekracza moje możliwości, wygłupię się, znów zawiodę siebie i innych (katastrofizowanie). W efekcie pojawia się natrętna pokusa, by przełożyć zadanie, które budzi lęk.

Niepowodzeń bardziej obawiają się ci, którzy nisko oceniają swoje możliwości. Osoby z niską samooceną częściej zwlekają z rozpoczęciem działania, bo nie wierzą, że sobie poradzą. Wycofują wysiłek, rezygnują przy pierwszej okazji. Z nieco innych powodów, i w nieco inny sposób, zwlekają ci, którzy mają samoocenę wysoką, ale kruchą, narcystycznie rozbudowaną; chcą wierzyć, że są zdolni do wielkich czynów, ale boją się konfrontacji wyobrażeń o sobie z rzeczywistością. Ci odwlekają moment zakończenia projektu. Rezultat wciąż nie dorównuje wyobrażonym efektom. Ostatecznie perfekcjonizm prowadzi ich do przekładania, a kończy się zawsze paraliżem, bo zostało zbyt mało czasu. To reguła „3P”.

W obu przypadkach odwlekanie może być strategią ochrony niskiej lub niepewnej samooceny. Strategią celową, choć nie zawsze świadomą. Polega ona na rzucaniu sobie kłód pod nogi, a opisał ją w książce Maski, pozy, miny psycholog społeczny Andrzej Szmajke. Na pozór robimy coś przeciw sobie, coś, co zmniejsza nasze szanse na sukces: zamiast uczyć się do egzaminu, idziemy na imprezę albo robimy pranie, naukę odkładając na ostatnią chwilę. Jak takie działanie może chronić naszą samoocenę? Może. Dzięki tej strategii zawsze jesteśmy „wygrani”. Jeśli mimo zwlekania zdamy egzamin – tym większa chwała i dowód naszych zdolności: zdałem, choć się nie uczyłem, taki jestem inteligentny. Jeśli jednak wynik egzaminu okaże się niepomyślny, nie godzi w naszą samoocenę: przecież gdybyśmy przed egzaminem mieli więcej czasu, na pewno świetnie byśmy wypadli.

– W ten sposób chronimy swą samoocenę na ważnym dla nas wymiarze inteligencji kosztem obniżenia samooceny na mniej istotnym wymiarze pracowitości – zauważa prof. Hanna Brycz, znakomita badaczka samoregulacji z Uniwersytetu Gdańskiego.

Czołowe zderzenie i hamowanie

Jeśli prokrastynacja miałaby gdzieś swoje biologiczne źródła, to tylko w płatach czołowych mózgu – tak na powierzchni, czyli w ich korze, jak i w strukturach skrytych głębiej. Przypomnijmy przypadek Phineasa Gage’a z połowy XIX wieku. Nieszczęśnik doznał poważnego uszkodzenia płatów czołowych (zwłaszcza ich przedniej i przyśrodkowej części), a lekarz opiekujący się nim napisał m.in.: „[pacjent] wymyśla wiele planów na przyszłość, lecz skoro tylko zacznie je wykonywać, zaraz je porzuca i zajmuje się czymś innym, co wygląda bardziej obie...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy