Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Wstęp

19 września 2016

Jak się rozwiązać, by się na nowo związać

87

Żegnamy się ze wspaniałym psychologiem i filozofem - Andrzejem Wiśniewskim. Jesteśmy mu wdzięczni za jego życzliwość i pomoc. Przypominamy Wam jedną z wielu naszych rozmów - niezwykle ubogacających i mądrych.

Andrzej Wiśniewski jest doktorem filozofii i psychoterapeutą, superwizorem treningu grupowego i psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Prowadzi terapię par w Laboratorium Psychoedukacji. Napisał (razem z Katarzyną Grocholą) książki „Związki i rozwiązki miłosne” oraz „Gry i zabawy małżeńskie i pozamałżeńskie”.

Dorota Krzemionka: – W książce „Gry i zabawy małżeńskie i pozamałżeńskie” pisze Pan, że związek ma być na zawsze, choć rozum podpowiada, że może być inaczej. Niestety, jak pokazują statystyki, rozum często się nie myli. Ludzie się rozchodzą. Czy każde małżeństwo można ratować? Kiedy warto podjąć takie próby?
Andrzej Wiśniewski: – Wtedy, kiedy pomiędzy partnerami istnieje jeszcze jakaś więź. Może nawet być między nimi dużo złości, wzajemnych pretensji, bo to często oznacza, że ludzie jeszcze na coś liczą, czegoś chcą i oczekują od siebie, choć ich potrzeby są wzajemnie frustrowane.

– Zdarza się, że gdy jeden z małżonków postanawia odejść, wtedy drugi o niego zabiega i robi wszystko, by go zatrzymać. Tworzy się wtedy, jak Pan to określa „małżeństwo na gumce”...
– W takich związkach szwankuje poczucie wartości. Odejście partnera oznacza zanegowanie mojego poczucia wartości. Dlatego robię wszystko, żeby go zatrzymać. Partner uzyskuje wtedy przewagę, może rządzić. Są związki, które w ten sposób długo się utrzymują, ale rodzą szalenie dużo złości, pretensji.

– Czasem ludziom się wydaje, że rozwód rozwiąże ich problemy. Bo „trudno tak, razem być nam ze sobą, bez siebie nie jest lżej”. Jakie są psychologiczne koszty rozwodu?
– Kiedy ludzie się rozstają, zawsze cierpią. Przeżywają opuszczenie, samotność, utratę nie tylko kogoś ważnego, ale też własnej wartości i tożsamości. Często ludzie walczą o związek, bo chcą udowodnić sobie, że są ważni, skoro potrafią nakłonić partnera, by został. Dopiero po jakimś czasie można im pokazywać, o co tak naprawdę walczyli. I to działa ozdrowieńczo. Okazuje się, że poczucie własnej wartości można budować niezależnie od niszczącego związku.

– Czy reakcje po rozwodzie można porównać do żałoby po śmierci bliskiej osoby?
– To bardzo podobna sytuacja. Kiedy partner nas opuszcza, razem z nim odchodzi bliskość, kontakt, radość bycia z tym człowiekiem. Po śmierci bliskiej osoby wydaje nam się, że świat nie ma sensu. Podobnie jest w parach. Odejście partnera narusza poczucie własnej wartości, rodzi depresję, wymusza na nas pewne refleksje. Może to być czas przemyśleń dotyczących nas, naszych relacji z innymi ludźmi i światem.

– W żałobie można wyróżnić pewne etapy. Czy podobnie jest w doświadczeniu rozwodu?
– Tak. Najpierw pojawia się pytanie: dlaczego właśnie mnie to spotkało? Potem czujemy złość na świat, na partnera, na los, na Boga. Później próbujemy pogodzić się z uczuciami, które są w nas. A na koniec szukamy sensu tego, co się stało, bo: „rozwód wprawdzie boli, ale ma w moim życiu jakiś sens”.

– Żałoba nie powinna trwać wiecznie. A jednak Judith S. Wallerstein i Sandra Blakeslee, autorki książki „Druga szansa” stwierdziły w swoich badaniach, że nawet dziesięć lat po rozwodzie ludzie nie mogli pogodzić się z tym, co się stało.
– Okres żałoby nie jest związany tylko z upływem czasu, ale też z ekspresją uczuć. Chodzi o pozwolenie sobie na płacz i wyrażanie tych wszystkich uczuć: smutku, żalu, złości, wściekłości, poniżenia, krzywdy, a czasami ulgi. Trzeba dać im ujście. Często do tej ekspresji nie dochodzi. Ludzie latami trzymają w sobie coś ciężkiego, trudnego. Boją się bliskości, bo byłaby ona odtworzeniem tego trudnego doświadczenia. Żyją więc samotnie z taką nieprzeżytą żałobą. Kultura nam nie ułatwia wyrażania uczuć. Gdy ktoś rozpacza po stracie, to większość ludzi pociesza go, mówiąc: „masz po co żyć”, „życie się nie skończyło”, „weź się w garść”, „masz dzieci”. Nie dość, że człowiek przeżywa stratę, to jeszcze musi realizować czyjeś oczekiwania. I nie pozwala sobie na wyrażenie trudnych uczuć. Dopiero po odreagowaniu złości, żalu i smutku człowiek może iść dalej i spotykać nowych ludzi. Dopiero wtedy ich bliskość nie będzie powodować lęku, że zacznę przeżywać wszystko na nowo.

– Ceremonia pogrzebu daje szansę wypłakania się. Może warto by organizować ceremonię pogrzebu małżeństwa... Czy można uniknąć żałoby po rozwodzie?
– Nie. Najtrudniej jest parom, które rozstają się „na zakładkę”. Jeszcze trwa pierwszy związek, a już jest ktoś drugi. Pozornie jest łatwiej, gdyż człowiek spod jednego parasola trafia pod drugi i niewiele zmoknie w trakcie przejścia. Ale to zmoknięcie jest ważne, bo daje szansę, by zobaczyć, jakie są we mnie destrukcyjne siły i dlaczego tamten związek się nie powiódł. Jeżeli nie dojdzie do żałoby, to wskoczymy prawdopodobnie w taki sam układ.

– Co może być przeszkodą w uporaniu się z doświadczeniem rozwodu?
– Myślenie, że ponieśliśmy porażkę, bo nie potrafiliśmy zatrzymać partnera. Skoro odszedł do kogoś innego, to znaczy, że jesteśmy gorsi. A ten ktoś nowy jest lepszy. Nie przemawia wtedy do nas tłumaczenie, że ten ktoś jest po prostu inny. Jeśli tkwimy w takim poczuciu, to rozwód zawsze będzie traumatycznym wydarzeniem. Ludzie wpadają w pułapkę pozornych zmian. Kobiety mówią: „wcześniej przyjmowałam rolę służącej, teraz on będzie mnie obsługiwał”, „wcześniej się starałam, teraz leżę na kanapie”. Problem poczucia braku własnej wartości pozostaje, nie rozwiążemy go, udając, że jesteśmy innymi osobami.

– Co jeszcze może utrudniać zmianę po rozwodzie?
– Przeświadczenie, że świat się na mnie nie poznał. W ludziach, którzy mają poczucie, że czegoś nie dostali od świata i od bliskich, dużo jest zgorzknienia. Nie wierzą, że mogą być sprawcami swojego losu i coś dobrego zrobić w swoim życiu. Jeśli chcę coś zmienić, to muszę najpierw uznać, że to ja mam problem ze światem, a nie świat ze mną. Jeśli ktoś przychodzi na terapię i mówi: „ludzie mnie nie kochają”, to żaden terapeuta nie jest w stanie nic zrobić. Oczekiwanie: „proszę sprawić, żeby mnie lubili” może spełnić tylko magik od public relations. Natomiast w terapii można pracować nad tym, żeby ktoś sam zaczął siebie bardziej lubić. I wtedy może zdarzyć się cud i świat zacznie nas lubić. Wiele osób żyje w przekonaniu, że nikt ich nie rozumie. To przekonanie – na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni – wyznacza jakość naszych kon...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy