Jak Cię polubię, to Cię nie poślubię

Wstęp

Była sobie raz królewna, zamknięta w wieży, której strzegł straszny smok. Zjawił się dzielny królewicz, uwolnił królewnę, a potem ona wprowadziła się do jego zamku. Dokładała się do rachunków i jeździła z nim na niedzielne obiady do jego rodziców. Żyli długo i szczęśliwie. I bez ślubu! Tak brzmiałaby współczesna wersja bajki o idealnym związku kochających się osób. Bo coraz więcej współczesnych królewien i królewiczów żyje ze sobą „na wiarę”, nie wierząc w sens ślubu. Czemu omijają ołtarz szerokim łukiem? Dlaczego próbują żyć jak małżeństwo, uciekając przed zaobrączkowaniem?

Ada i Michał zakochali się w sobie pod koniec studiów. Miłość była tak wielka, że Ada bez wahania przeprowadziła się do miasta, w którym mieszkał Michał. Nie myśleli wówczas o ślubie, a rodzice nie mieli nic przeciwko temu, żeby młodzi zamieszkali ze sobą. Po czterech latach „dojrzeli” do zaręczyn. – Wówczas wydawało mi się, że jest to naturalna konsekwencja – wspomina Marek. – Poznaliśmy się dobrze, więc mogliśmy się zaręczyć. Dziś wiem, że był to raczej pusty gest, wykonany z rozpędu, a nie z wyboru i potrzeby.

Ada i Michał jako narzeczeni mieszkali ze sobą jeszcze przez dwa lata, decyzję o ślubie odkładając w nieskończoność. Od zaręczyn było coraz gorzej, powoli zaczęli się ze sobą męczyć. Nie chcieli podjąć decyzji o ślubie, a rozstać się też było trudno, bo się już do tego związku przyzwyczaili. Trwali w takim impasie jeszcze przez półtora roku, aż w końcu, z wielkim hukiem, zerwali. Michał po krótkiej „rekonwalescencji” znalazł miłość swego życia. Z Marzeną jest już od pięciu lat, w tym cztery lata po ślubie... Ada zamieszkała z nowym chłopakiem.

Zupełnie inaczej potoczyły się losy Joanny i Marka, którzy są razem ponad osiem lat i nie chcą legalizować związku. Tworząc go, rozbili dwa poprzednie, także nieformalne związki. – Coś się skończyło, coś wypaliło, na szczęście bez konsekwencji prawnych – wspominają. Czy właśnie ze względu na ewentualne perturbacje prawne boją się małżeństwa? – Nie, po prostu legalizacja nie jest nam do niczego potrzebna. Nic nie zmieni w naszym życiu – mówią.
Wspólnie dostali kredyt mieszkaniowy, kupili i urządzili wymarzone M, mają pracę, są zadowoleni. – Kredyt na 40 lat wiąże mocniej niż sakrament małżeństwa – mówią ze śmiechem. I na poważnie już dodają: – Po co martwić się na zapas tym, co będzie w przyszłości z naszym związkiem. Dobrze jest, jak jest.

Mariaż nienaturalny?

Joanna i Marek cieszą się tym, co mają w tej chwili, tym, jaki jest ich związek tu i teraz. Nie zakładają, że za dwa lata się rozstaną, ani nie oczekują, że będą sobie wierni do grobowej deski. Postępują... zgodnie z naturą. Jest o tym przekonana amerykańska antropolog Helen Fisher, autorka bestsellerów Dlaczego kochamy czy Anatomia miłości. Uważa ona, że biologicznie jesteśmy zaprogramowani na tymczasowość, że monogamia nie jest stanem naturalnym i korzystnym dla gatunku Homo sapiens.

Od początku świata ludzie jedynie bywali monogamiczni. Według Helen Fisher, pierwotni ludzie wiązali się ze sobą tylko na czas pozwalający zapewnić przeżycie jednemu dziecku, czyli na około cztery lata. Tak było przez tysiące lat, aż naturę wyparła kultura i jeden z jej tworów – małżeństwo. Początkowo jego istota polegała na... prowadzeniu wspólnego gospodarstwa. W starożytnej Grecji jedynym warunkiem zawarcia związku było wprowadzenie się kobiety do domu mężczyzny (rzadziej odwrotnie). Z czasem to wejście jednego partnera do rodziny drugiego zyskało prawną i sakralną oprawę. Państwo zaczęło promować instytucję małżeństwa, bo okazało się, że służy ono dobru dzieci i całej rodziny. W Prawach Platona czytamy, że na Ateńczyków, którzy nie ożenili się do 35. roku życia, nakładane były wysokie grzywny!

Przez kolejne wieki małżeństwo zyskiwało coraz silniejszą pozycję, ale natury nie było w stanie pokonać. Pozostała ona niejako w konspiracji, raczej poza oficjalnym obiegiem. Filozof Magdalena Środa analizując historię związków na kocią łapę przypomina, że wszyscy pierwsi polscy królowie mieli – oprócz, oficjalnie, żon – wieloletnie konkubiny. To samo dotyczyło stanów niższych – wszak życie ze sobą bez ślubu i wiążących się z tym obowiązków i wydatków było prostsze. Zresztą, Kościół zaczął je zwalczać dopiero w XVII wieku. Stopniowo w europejskim kręgu kulturowym uświęcone małżeństwo stawało się czymś naturalnym, zaś życie ze sobą bez ceremonii – czymś z natury rzeczy sprzecznym.

W drugą stronę wahadło zaczęło się wychylać mniej więcej w połowie XX wieku. Stało się to za sprawą ruchów feministycznych, młodzieżowych, bitników, hippisów, rock’n’rolla i rewolucji seksualnej. Dziś normą staje się życie bez ślubu.

Czkawka ewolucji

Jak pisze w Ewolucji pożądania amerykański psycholog David M. Buss: „Z biologicznego punktu widzenia, zdolność dwojga ludzi, którzy nie mają wspólnych genów, do pozostawania razem i tworzenia przymierza trwającego i dziesiątki lat, jest zdumiewającym osiągnięciem naszego gatunku. Z powodu jednak licznych sił zagrażających trwałości związku solidarne pozostawanie razem przez mężczyznę i kobietę jest przedsięwzięciem niepewnym, wymagającym rozwiązania szczególnych problemów adaptacyjnych”.

Instytucja małżeństwa miała być „haczykiem” na partnera i powstrzymywać go przed wycofaniem się. Pozostałe sposoby zatrzymania partnera przytaczane
przez Bussa, to: trzymanie ewentualnych rywali na dystans poprzez ukrywanie partnera lub publiczne manifestowanie jego przynależności, manipulacja uczuciami partnera po to, by wzbudzić jego zazdrość i pożądanie, a w ostateczności przemoc wobec partnera zdradzającego oznaki niewierności i wobec rywala próbującego odbić partnera.

Kolejnym argumentem ewolucyjnym świadczącym na niekorzyść instytucji małżeństwa jest spadek matrymonialnej wartości kobiety wraz z wiekiem, opartej na jej zdolności reprodukcyjnej. Po co 25-letniemu samcowi wiązać się uświęconym przez Boga i społeczeństwo węzłem małżeńskim z samicą, która co prawda na razie jest piękna, młoda i obiecująca, ale za dwadzieścia lat będzie przypominać własną matkę? Przecież wtedy na horyzoncie pojawią się inne młode i obiecujące samice, a z obrączką wrośniętą w palec trudniej będzie jakąś upolować. David Buss przypomina jednak mężczyznom o innej ewolucyjnej przestrodze: na spadek wartości samca nie ma co prawda wpływu wiek, ale stan konta i owszem. Gdy straci pracę i drogie auto, w oczach samicy przestaje być dostarczycielem pożądanych dóbr i musi ustąpić miejsca lepszemu kandydatowi.

Kariera „wolnej miłości”

Historie Ady i Michała, Joanny i Marka nie są wyjątkowe. Takich przykładów można by podać tysiące, bowiem dziś coraz więcej par żyje prawie jak małżeństwo – w związkach nieformalnych.
Wychowują dzieci, kupują na kredyt mieszkania czy samochody, o skokach w bok myślą rzadko lub w ogóle, a o zalegalizowaniu związku – wcale... Spełnił się sen słynnej amerykańskiej antropolożki Margaret Mead, „matki” idei wolnej miłości. Pół wieku temu zaproponowała
ona rodzaj dwustopniowego ma­ł­żeństwa: najpierw młodzi, którzy nie planują od razu mieć dzieci, powinni trochę ze sobą pomieszkać i dobrze się poznać (miało to być tzw. małżeństwo intymne), a dopiero potem zawieraliby „małżeństwo rodzinne”, potwierdzające wolę życia razem aż ich śmierć nie rozłączy. Gdyby partnerzy będący ze sobą na etapie „małżeństwa intymnego” zdecydowali się jednak rozstać, nie pociągałoby to za sobą problemów urzędowo-prawno-finansowych, jak to się dzieje w przypadku zalegalizowanego prawnie i sakramentalnie małżeństwa.

Te intymne „małżeństwa”, czyli związki na kocią łapę, robią karierę w zawrotnym tempie: tylko w USA w ciągu czterech dekad liczba wolnych związków wzrosła z kilkudziesięciu tysięcy do prawie 5 milionów par. Ile osób żyje na kocią łapę w Polsce? Jedyne oficjalne dane na ten temat pochodzą z Narodowego Spisu Powszechnego przeprowadzonego w 20...

Pozostałe 80% artykułu dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.



POLECAMY

Przypisy