Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

11 stycznia 2016

Jak być dobrą macochą

39

Macochy - złe, niesprawiedliwe, podstępne, wymagające zbyt wiele, okrutne. Takie są w bajkach. A w życiu? Ostatnio jest ich coraz więcej. I wcale nie chcą być „jak w bajce”.

Macocha. Pierwsze skojarzenie? Zła, podstępna, zawistna, wredna… Takie epitety pojawiają się w myślach na dźwięk tego słowa. Królewna Śnieżka padła ofiarą jej zazdrości, a Kopciuszek musiał znosić upokorzenia i ciągłe przykrości. Bajkowe i baśniowe konotacje mimochodem odzywają się w wielu głowach. W końcu traktujemy kogoś „po macoszemu”, a więc niesprawiedliwie, lekceważąco, niedbale. Mówimy, że ktoś „jest od macochy”, czyli gorszy, pomijany. Literacki rodowód, językowe zwroty, stereotypy – wszystko to składa się na negatywny wizerunek macoch.

– Sporym wyzwaniem dla samych macoch jest zmierzenie się ze słowem macocha i skojarzeniami, jakie się z nim wiążą – mówi Agata Olszak-Szymula, trenerka rozwoju osobistego i specjalistka ds. PR. – Współczesna macocha to najczęściej macocha weekendowa, jej rola jest nieco inna niż macochy baśniowej, ale to wciąż macocha. I nawet jeśli kobiety nie doświadczają przykrości ze strony innych z powodu swojej roli, to często muszą stoczyć batalię same ze sobą i polubić w sobie macochę. Nie udowadniać na siłę, że są przeciwieństwami tych baśniowych ale zbudować swoją rolę w zgodzie ze sobą – wyjaśnia.

Pani Agata trzy lata temu zorganizowała w Krakowie warsztaty dla macoch. – Sama jako macocha miałam wrażenie, że nikt tak do końca nie rozumie mojej sytuacji, a w dodatku mało jest literatury na ten temat – wspomina. Inspiracją dla niej była również metoda Porozumienia bez Przemocy (ang. Nonviolent Communication, NVC), w której istotny jest empatyczny kontakt z innymi, ale również z samym sobą. Uczestniczki warsztatów uczą się więc m.in., jak rozpoznawać i wyrażać uczucia i potrzeby, okazywać empatię dzieciom partnera, partnerom, a nawet ich byłym żonom.

Ta trzecia

Paulina jest macochą od ponad pięciu lat. Jej pasierbica miała 6,5 roku, gdy zaczynały ze sobą mieszkać. Początki nie były łatwe. – Ogromną trudnością było dla mnie poradzenie sobie z poczuciem bycia „tą trzecią” – wspomina Paulina. Dyskomfort pojawiał się w codziennych sytuacjach. Na przykład gdy partner rzucał: „Idziemy na basen, idziesz z nami?”. To było bolesne. – W rodzinie składającej się z nas dwojga lub, jak sobie wyobrażałam, nas i naszych dzieci, nigdy nie padłoby takie pytanie, bo decyzję o wyjściu podejmowalibyśmy wspólnie. Czułam żal do partnera, że stawia mnie z boku. Tymczasem on nie wiedział, jak to wszystko „pozszywać” i chciał po prostu pozostawić mi wolną rękę – opowiada Paulina. Bardzo jej zależało, by szybko poczuć się uwzględnianą w rodzinnym życiu. Musiała jednak jeszcze długo poczekać, przede wszystkim dlatego, że to wymagało zmiany w niej samej. – Czas pokazał mi, że moje wyobrażenia co do jakości relacji z dzieckiem partnera i mojej roli w rodzinie były zdecydowanie na wyrost.

Wspaniała, kochająca macocha w idealnych, przepełnionych miłością relacjach z pasierbicą – taki obraz samej siebie długo utrzymywał się w głowie Pauliny. Tymczasem okazało się, że nie potrafiła wskrzesić w sobie tak silnych pokładów uczuć do dziewczynki, jak planowała. Potęgowało to frustrację. Dopiero zaakceptowanie własnych uczuć i obniżenie poprzeczki oczekiwań wobec siebie jako idealnej macochy przyniosło jej spokój ducha. Nie oznaczało jednak sielanki. Historia tej relacji przepełniona była wzlotami i upadkami, kryzysami i radościami, ale też ciągłymi wyzwaniami, „docieraniem się” i wzajemną nauką.

Obecnie więź między macochą a pasierbicą jest pozytywna. Dziewczynka traktuje Paulinę trochę jak ciocię, a ta nie ma nic przeciwko temu. Wkrótce Paulina zostanie biologiczną matką. – Trochę się tego obawiam. Głównie tego, że własne dziecko, które będę kochała autentyczną miłością macierzyńską, będę traktowała inaczej niż pasierbicę. Nie chcę jej krzywdzić, ale też nie czuję się winna, że takiej miłości nie ma między nami. Widzę, że teraz obydwie jesteśmy z tą sytuacją pogodzone. Jednak nie wątpię, że obserwowanie mnie w roli matki może obudzić w niej jakiś żal – opowiada Paulina. Zastanawia się też, jak w nowej roli odnajdzie się jej partner, czy nie będzie chciał zrekompensować czegoś córce z pierwszego małżeństwa, zaniedbując przy tym drugie dziecko. – Mam nadzieję, że będzie dobrze. Najważniejsze, żeby między rodzeństwem narodziła się więź – przyznaje.

Nic na siłę

O tym, że bycie macochą jest sporym wyzwaniem, przekonała się także Małgorzata, która związała się z ojcem dwójki kilkuletnich dzieci. Związek daje jej wiele radości, czuje się szczęśliwa, choć... zdarzają się też trudne momenty. – Wszystkiego trzeba się nauczyć w przyspieszeniu – tłumaczy. – Nie było mnie na poszczególnych etapach rozwoju dzieci, dlatego pewne rzeczy później muszę nadrobić. Do tego trzeba chęci, energii i entuzjazmu. Chodzi o to, by jak najlepiej poznać drugiego człowieka, bo to pozwala budować więź. Czasem dotyczy to prozaicznych kwestii, np. dobrze jest wiedzieć, czy dziecko lubi kwaśny smak, na jakie filmy chętnie chodzi do kina. Małgorzata postawiła na naturalność. Wiedz...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy