Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Otwarty dostęp

6 lipca 2021

NR 8 (Sierpień 2021)

Gdy ona się wzrusza, a on wzrusza ramionami

282

Dla niej za głośno, dla niego całkiem cicho, ona płacze na reklamach, on nie zwraca na nie uwagi. Albo odwrotnie – to on ścisza, kiedy ona chciałaby głośniej, on się wzrusza, a ona wzrusza ramionami. Jak nawigować złożoną rzeczywistością, gdy różnimy się wrażliwością? Jak dbać o siebie, kiedy czujemy bardziej?

W minionym roku – roku tak dziwnym, że aż doczekał się ksywy ZOZO – odkrywałam co rusz, jak wiele fajnych rzeczy składało się na moją przedpandemiczną codzienność. Na czołowych miejscach długiej listy tego, za czym – jak się okazało – tęskniłam, były nie tylko spotkania z przyjaciółmi i rodziną, ale też niezakryte twarze obcych ludzi, podróże i pokoje hotelowe. No i oczywiście – knajpy! Na mało co czekałam tak bardzo, jak na otwarcie kawiarnianych ogródków i gwar ludzkich głosów. Kiedy pierwszy raz po tak długiej przerwie usiadłam w takim ogródku, poczułam, że coś wróciło na swoje miejsce. Prawie wszystkie stoliki były zajęte, poza jednym, tuż koło mojego – ale już po minucie usiadła przy nim para i z gwaru wyłowiłam ich głosy. Strasznie głośno – powiedziała ona. Nie, dlaczego? – nie zgodził się on. Muzykę za głośno puszczają – uparła się. Ja prawie nie słyszę – uparł się i on. Masakra! – powtórzyła. No co ty – powiedział on i było jasne, że ta ostatnia wymiana piłek kończy ten krótki mecz. Po chwili kątem oka zobaczyłam jeszcze, że kiedy on wystawia twarz do słońca, ona wkłada ciemne okulary.
Zaczęłam to oczywiście młócić w głowie (być może inni psychologowie i psycholożki umieją zatrzymać tę wszystko analizującą maszynkę, ja ciągle jeszcze nie umiem i w gruncie rzeczy wątpię, żebym kiedyś miała się nauczyć). Mimika mojej kawiarnianej sąsiadki była miękka, żywa, mimika jej partnera – jakby bardziej twarda i bardziej skąpa. Miałam pewność, że przez chwilę jestem sąsiadką pary, w której kobieta to osoba wysoko wrażliwa, a facet – przeciętnie wrażliwy. I takich par – pomyślałam sobie – zaprzęgając do roboty swoje kulejące moce matematyczne – jest w Polsce dobrych parę milionów, no bo jeśli wysoko wrażliwych jest 15–20% i dwoje na troje wejdą w związek z osobą nie WWO to…

Zamiast autokorekty – szacunek dla siebie

Po pierwsze, wierzę, że warto uszanować swoją wysoko wrażliwą kondycję. Ale łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Nawet jeśli teoretycznie nie mamy nic przeciwko swojej wysokiej wrażliwości, w praktyce po latach albo dziesięcioleciach, kiedy to człowiek nasłuchał się o tym, że „przesadza”, „wydziwia”, „histeryzuje”, „przekombinowuje”, „niepotrzebnie przeżywa” albo w najbardziej łagodnym wydaniu – jest „nadwrażliwy”, kiedy się tych określeń nazbiera spory worek, nie tak łatwo opowiedzieć sobie inną historię. Ta inna historia – historia o wysokiej wrażliwości, a nie nadwrażliwości – byłaby historią o pewnego rodzaju oprogramowaniu obadanemu przez neurologów i psychologów.
Elaine Aron, autorka kluczowej książki Wysoko wrażliwi, podsumowała tę kondycję, mówiąc o czterech elementach: głębi przetwarzania, uleganiu przebodźcowaniu, reaktywności emocjonalnej i empatii, a wreszcie – uwrażliwieniu zmysłowym. Moja kawiarniana sąsiadka uznała muzykę za zbyt głośną, ponieważ naprawdę słyszała ją jako głośniejszą niż jej partner.
Odnalazłszy się w tym opisie (można się upewnić, robiąc jakikolwiek test online), stajemy na rozdrożu: kłócić się z tym czy uszanować to w sobie? Wkurzać się na siebie samego czy zastanowić się, jak zadbać o swoją codzienność – teraz, kiedy mam już ramę teoretyczną i nazwę na to, co do tej pory było dla mnie samej pewną enigmą?
W moim doświadczeniu zgoda na siebie samego i szacunek dla swojej osobowości, w tym osobliwości, nie jest aktem jednorazowej decyzji, a raczej codzienną, często żmudną praktyką, będącą też drogą powrotną do siebie, odwróceniem wieloletniego nawykowego przykrawania siebie do jakiejś niepisanej normy. A jednak jeśli nie podejmiemy tej pracy i nie uszanujemy siebie – i w wymiarze wysokiej wrażliwości i w innych wymiarach – spędzimy życie na przykrych dla nas samych i w gruncie rzeczy nikomu niepotrzebnych autokorektach, a doświadczenie naszej codzienności będzie podobne do uczestniczenia w lekcji przedmiotu, którego najbardziej nie lubiliśmy.

CZTERY ELEMENTY WYSOKIEJ WRAŻLIWOŚCI WEDŁUG ELAINE ARON:

  • głębia przetwarzania – wysoko wrażliwi przetwarzają informacje płynące z otoczenia głębiej niż przeciętnie wrażliwi i szukają znaczeń,
  • uleganie przebodźcowaniu – ponieważ na wysoko wrażliwych bodźce oddziałują mocniej i ulegają głębszemu niż u innych przetwarzaniu, łatwiej dochodzi do przesytu bodźcami,
  • reaktywność emocjonalna i empatia – na poziomie neurologicznym oznacza wzmożoną aktywność tak zwanych neuronów lustrzanych, ale na poziomie codzienności sprawia, że wysoko wrażliwi często czują cudze emocje tak, jakby były ich własnymi,
  • uwrażliwienie zmysłowe – zapachy, smaki, dźwięki, obrazy, dotyk – to wszystko, co odbieramy zmysłami, oddziałuje na osobę wysoko wrażliwą mocniej niż na innych. 


Jak opieka nad niemowlakiem?

W codziennej praktyce szanowania swojej wysokiej wrażliwości bardzo przydała mi się metafora użyta przez Elaine Aron, która porównała sytuację wysokiej wrażliwości do stałej opieki nad niemowlakiem. Nie oznacza to, że jako osoby wysoko wrażliwe jesteśmy niemowlakami, ale że stajemy przed ważnym zadaniem, jakim jest szczególny rodzaj dbania o siebie samego czy siebie samą. Nie chodzi o nadopiekuńczość, nie chodzi też o ignorowanie tej kruchej wewnętrznej struktury. Dbam o nią, kiedy kilka razy dziennie pytam siebie, czego potrzebuję, kiedy przerywam pisanie tekstu, żeby popatrzeć na tańczące za oknem liście winobluszczu czy zrobić sobie minutowy masaż głowy. Robię to, kiedy ściszam reklamy w radio, kiedy wchodzę wieczorem do wanny w prawie całkiem ciemnej łazience, zostawiając tylko malutkie światło. Gdybym nie praktykowała szacunku dla swojej wysokiej wrażliwości, sama moja świadomość niczego by nie wniosła, bo świadomość bez praktyki jest martwa.
Czuję, że praktyka szanowania własnej wysokiej wrażliwości jest koniecznym warunkiem, żeby stanąć do pewnego rodzaju negocjacji ze światem, szczególnie z naszym partnerem czy partnerką. To drugie zadanie. Celem tych negocjacji jest zawarcie jakiegoś rodzaju przymierza opartego na wzajemnym szacunku. Nie da się tego przymierza zawrzeć, jeśli najpierw nie powiemy partnerowi, czego chcemy i czego potrzebujemy. Ja tak mam – ten komunikat, wypowiedziany spokojnie, bez złości i bez rozżalenia, poza kłótnią, wydaje mi się kluczowy. Na poziomie technicznym oznacza pewną odmianę komunikatów JA, tych samych, co to naoglądaliśmy się na różnych slajdach i flipchartach w salach szkoleniowych. O ile klasycznie w komunikacie JA mówimy, jakie zachowanie drugiej strony powoduje naszą konkretną reakcję, tak tutaj bardziej adekwatny wydaje się opis sytuacji i naszej na nią reakcji. Dajemy naszemu partnerowi czy partnerce pewnego rodzaju przewodnik po nas samych; bez tego przewodnika prawdopodobnie osuną się w jakąś formę oceny, tak jak i my osuwaliśmy się w tę ocenę w stosunku do siebie samych. Kiedy lecą te głośne reklamy, czuję napięcie – możemy powiedzieć. – Po południu często czuję się zmęczona całym dniem i potrzebuję zamknąć się na dziesięć minut sama w pokoju. Jak oglądam scenę tortur w filmie, to potem te obrazy zostają mi w głowie i jest mi z tym źle. Te pozornie proste zdania wymagają jednak od nas sporych umiejętności: po pierwsze zanim je wypowiem, potrzebuję nauczyć się rozpoznawać i opisywać swoje uczucia i reakcje, po drugie potrzebuję pewnego rodzaju odwagi, żeby ten opis wnieść w rozmowę z drugim człowiekiem.

POLECAMY

Poszukując symeterii w związku

Ale to przecież nie koniec, prawda? Nie wystarczy powiedzieć, że mam tak i tak. Bo w związku osoby wysoko wrażliwej z osobą o przeciętnej wrażliwości są jednak dwie osoby, a w domu mieszka często ktoś jeszcze. Zobaczyłam to bardzo wyraźnie, kiedy mój nastoletni syn dość bezceremonialnie powiedział mi kiedyś, że nie chciałby cały czas chodzić na paluszkach, ponieważ ja jestem wysoko wrażliwa. Zdałam sobie wtedy sprawę, że zachłysnęłam się nieco swoimi prawami obywatelskimi, kiedy odkryłam, nazwałam i zakomunikowałam domownikom moją wysoką wrażliwość. W jakimś sensie uznałam, że skoro przeszkadzają mi głośne dźwięki, to teraz będzie ciszej; skoro przeszkadza mi główne oświetlenie, to teraz będzie ciemniej; skoro przeszkadzają mi brutalne filmy, to teraz w moim domu będziemy oglądać tylko filmy obyczajowe i komedie romantyczne. Równocześnie dołączyłam do paru grup na Facebooku gromadzących osoby określające się jako wysoko wrażliwe i zaczęło zwracać moją uwagę to, jak wiele jest w nich pretensji do świata, który nas krzywdzi i nie rozumie. Poczułam, że moją aspiracją nie jest zyskanie jakiejś przewagi nad moimi domownikami i podporządkowanie ich potrzeb moim potrzebom – że szukam raczej pewnego rodzaju symetrii.
Czasami jest to proste. Na przykład po kolacji wstaję od stołu i mówię, że potrzebuję chwili odosobnienia. Na szczęście zanim poznałam pojęcie wysokiej wrażliwości, miałam dobrą intuicję i uprzywilejowaną sytuację, która pozwoliła mi mieć w naszym domu osobny pokój, więc mam gdzie się odosobnić. Zamykam drzwi i jestem w przestrzeni, która organicznie mnie odżywia – włożyłam wysiłek, żeby dobrać kolory, zrobić bukiet kwiatów. Na regale z książkami mam półkę z tymi najbardziej ukochanymi, których grzbiety sprawiają mi radość. Mam zdjęcia moich najbliższych, teraz jednak znajdujących się gdzie indziej niż ja sama. Mam dwie lampki z ciepłym światłem. Jedną z nich kupiłam dla jej urody, chociaż żarówka nie jest osłonięta abażurem tylko zamknięta w przezroczystym szkle. Stawiam ją na podłodze, żeby nie raziło mnie światło. Puszczam muzykę albo siedzę w ciszy, czasami kładę się na macie, której kolor i fakturę też wybrałam, idąc za tym, co mnie woła. Pokój ma drzwi. W drzwiach jest klamka. Poprosiłam moich ukochanych, żeby pukali. Wiem, że posiadanie tak wyraźnej osobnej przestrzeni jest luksusem – znam jednak wiele wysoko wrażliwych osób w trudniejszej sytuacji, które pokombinowały i zaadaptowały na własny pokój stryszek, pralnię, część gabinetu partnera, teraz przesłoniętą parawanem, kawałek balkonu. 
Osobna przestrzeń jest dla osoby wysoko wrażliwej potrzebna jak tlen – i nie załatwimy sprawy siedzeniem w samochodzie pod blokiem czy chowaniem się w łazience, do której zaczną się prędzej czy później dobijać nasi bliscy. Kiedy dbamy o swoją osobną przestrzeń, tym samym ruchem dbamy o jakość naszych relacji. Co z tego, że zmusimy się do siedzenia przy wspólnym stole, jeśli wszystkimi porami będzie parować nasza irytacja i zmęczenie.

Bez poczucia wyższości

O ile przebywanie w przestrzeni osobnej często będzie zasilające, bo możemy sobie wszystko pogasić, ściszyć, okryć, o tyle przebywanie w przestrzeni wspólnej czasami nieuchronnie będzie oznaczać jakiś poziom dyskomfortu – nie da się naraz włączyć i wyłączyć światła, nie da się naraz zgłośnić i ściszyć telewizora, nie da się naraz wspólnie oglądać dwóch filmów. W moim doświadczeniu pomaga parę zasad. 
Po pierwsze, dbam o pewne saldo, jeśli chodzi o ustępowanie – nie liczę tego na kalkulatorze, ale sprawdzam sobie, czy nie czuję, że ustępuję za często albo za rzadko. 
Po drugie, staram się wychodzić ze swojej głowy – nie odgrywać w niej wyobrażonych dialogów, zwłaszcza takich, w których ja o coś proszę, a ktoś mi odmawia (często to „załatwia” sprawę i zostaję z prawdziwym poczuciem odrzucenia, chociaż dialog w ogóle się nie wydarzył!). Mówię, czego potrzebuję, nawet jeśli obawiam się, że tego nie dostanę. Tam, gdzie mogę po prostu sobie wziąć, biorę, nie blokując się wyobrażoną reakcją partnera. 
Po trzecie, pomaga mi twórcze podejście do spraw, które pierwotnie kwalifikowałam do kategorii wygrana–przegrana. Wykminiłam na przykład, że głośniczki podłączone do laptopa można umieścić bliżej tego, który chce głośniej. Że mogę siedzieć sobie pod kocem w ciepły dzień, jeśli tego potrzebuję, chociaż inni tego nie będą robić. Że jeśli nie podoba mi się serial, który podoba się mojemu mężowi, to powiem o tym wprost i znajdziemy taki, który spodoba się nam obojgu.
I jeszcze jedno – staram się uczyć perspektywy osoby wrażliwej, która nie jest wysoko wrażliwa, nie traktując tego jako czegoś gorszego. Bo też na początku tych rozkmin wokół wysokiej wrażliwości przyłapałam się na pewnym poczuciu wyższości: No tak, ty nie rozumiesz, ty nie czujesz. Dzisiaj staram się patrzeć na zwykłą wrażliwość moich bliskich jako inspirację – można nie brać czegoś na gołą skórę, a i tak pomóc. Można popatrzeć trzeźwo nawet na sytuację bardzo angażującą uczuciowo. To nie znaczy, że chcę stać się taka jak oni, ani też nie spodziewam się, że oni zamienią się we mnie. Dobrze mi w tej różnicy.

Przypisy