Klaudia Przyłucka-Janasik: Tytuł Pani książki Powrót do ciała brzmi trochę jak zaproszenie. Co dla Pani osobiście oznacza właśnie powrót do ciała?
Sabina Sadecka: Powrót do ciała to przede wszystkim dla mnie powrót do teraźniejszości. Kiedy odcinamy się od czucia ciała, to często dzieje się tak, by nie czuć tego, co wydarza się w naszym świecie wewnętrznym tu i teraz. Więc chyba najbardziej ta książka jest o tym, jak być ze sobą teraz, jak być obecnym/obecną. Myślę, że to bardzo trudna praca – być w swoim życiu obecnym. I trauma nas mocno z tego „tu i teraz” wytrąca. Żyjąc w XXI w., wcale nie potrzebujemy tak silnego wstrząsu, jakim jest trauma. Cały czas nas przecież – czy tego chcemy, czy nie – coś rozprasza, zabiera naszą uwagę, absorbuje. Jesteśmy uwagą w stu miejscach równocześnie, choć przecież mamy układ nerwowy zaprojektowany do większej dyscypliny i skupienia.
Myślę, że to, co Pani teraz powiedziała, jest kluczowe. Ten nadmiar bodźców, które towarzyszą nam każdego dnia, sprawia, że bardzo często zapominamy o tym, by naprawdę odczuwać.
Tak, a bez czucia nie ma zmiany. Nie możemy transformować traumy i trudno nam zmienić nasze – również niezwiązane z traumą – wzorce reagowania, jeśli nie pozwolimy sobie ich zauważyć i poczuć. Co teraz dzieje się ze mną? Jak ciało adaptuje się do tego, co się wydarza? Jakie mam właśnie teraz myśli o sobie? I tu zatrzymam się na moment nad tym ostatnim. Czasami wydaje nam się, że to my produkujemy intencjonalnie nasze myśli, ale mamy przecież mnóstwo myśli, które przelatują w sposób automatyczny, gdy nawet się nie orientujemy, że istnieją. Jednak to, że ich nie zauważamy, nie sprawia, że nie wpływają na resztę warstw naszego funkcjonowania. Jeżeli myślimy o sobie w sposób skrajnie negatywny, co zdarza się miedzy innymi ludziom po traumach, reagujemy na to całym ciałem, jakby ktoś z zewnątrz mówił do nas takie okrutne rzeczy. Podobnie jest z napięciem ciała – czasami nie możemy go zauważyć. Bez bycia obecnym nie możemy tego wszystkiego, co się dzieje pod naszą skórą, zauważyć. I nie możemy z naszych najgłębszych zranień zdrowieć.
W książce pisze Pani też o tym, że trauma blokuje naszą zdolność do integracji, że rozdziela ciało, emocje i umysł. Po czym możemy poznać, że w nas samych ta zdolność do integracji została zerwana? Czy ciało w jakiś sposób to pokazuje?
Tak, myślę, że pokazuje nam to na wiele sposobów. Pierwszy to przyspieszenie. Gdy jesteśmy zdezintegrowani, rozczłonkowani, bardzo często aktywujemy część siebie, która przyspiesza, żeby uchronić inną część – naszą wewnętrzną, która cierpi, jest delikatna i wrażliwa. To, co obserwuję w gabinecie, a także u siebie samej, bo oczywiście nie jesteśmy wolni od tych mechanizmów, siedząc na fotelu terapeuty, to właśnie przyspieszenie w mówieniu, w ruchach, w działaniach. Działamy nieustannie, jedno zadanie po drugim, nie robiąc sobie żadnych przerw między nimi. Często psychika i ciało osoby w dezintegracji będą w ten sposób przyspieszać. Ale to nie jest jedyna forma zdezintegrowania. Piszę też w mojej książce o utracie gracji, o tym, jak brak integracji odbija się na sposobie, w jaki poruszamy się, reagujemy i funkcjonujemy w świecie.
Chciałabym zapytać o to nieco szerzej – w książce dużo mówi Pani o gracji. Jak ją Pani rozumie w kontekście wewnętrznej spójności i integracji ciała, emocji i umysłu?
Gracja to bardzo ważna, można powiedzieć, idea osiowa tej książki. Gdy jesteśmy w stanie wewnętrznej spójności i komunikacji, nasze słowa przekazują to, co czują nasze emocje i czego doświadcza ciało. Wtedy naturalnie pojawia się gracja. I to taka gracja, którą na pewno dostrzegamy, gdy patrzymy na małe dzieci, na zwierzęta. Często, gdy pytam ludzi w gabinecie o to, kiedy ostatnio doświadczyli stanu gracji, lub gdy chcę, żeby pojawiła się ona w trakcie sesji, proszę ich o przypomnienie sobie momentu w życiu, w którym wszystko było tak, jak sobie wymarzyli, w którym wszystko było w porządku. Bywa tak, że gdy zaczynają o tym opowiadać, zmieniają się ich gesty – stają się bardziej otwarte, płynne, wyprostowujemy się przy tym i jesteśmy bardzo swobodni, a nie usztywnieni. Będąc w stanie gracji, nie wkładamy w konkretne działanie więcej wysiłku, niż jest to potrzebne. Reagujemy też elastycznie na zmiany wokół nas, nie usztywniamy się na jednym, bezpiecznym sposobie działania. Grację można też poznać po sposobie mówienia. Czasami, gdy słyszymy, że kogoś świetnie się słucha, bardzo prawdopodobne, że ta osoba jest w stanie wewnętrznej gracji. Natomiast gdy ktoś tę grację traci, często odczuwamy zniecierpliwienie lub dystans wobec rozmówcy.
Bardzo często mówi się w kontekście traumy, że ciało pamięta więcej niż głowa, że trauma zapisuje się w ciele, nawet gdy umysł stara się wyprzeć pewne sytuacje. Czy to faktycznie prawda?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, najpierw muszę nieco opowiedzieć o tym, jak to się dzieje, że zapamiętujemy rzeczy, które nam się przydarzają. W pierwszych dwóch latach życia bardzo aktywnie pracuje nasze ciało migdałowate, które działa jak nasz radar niebezpieczeństwa. (Tak naprawdę ciała migdałowate są dwa, ale zwykliśmy mówić o nich w liczbie pojedynczej). Ono w trakcie naszego najwcześniejszego dzieciństwa zapisuje informacje o świecie wokół nas, o jego zagrożeniach i momentach spokoju w rejestrze naszej pamięci, który jest zupełnie nieuświadomiony. Ciało migdałowate może pamiętać zapach, który pojawił się podczas operacji, gdy ktoś miał 6 miesięcy, ale ta osoba świadomie tego nie pamięta i nie wie, czemu na ten właśnie zapach reaguje w dorosłości atakami paniki. Nasz hipokamp odpowiadający za świadomą pamięć rozwija się znacznie później, więc większość doświadczeń z pierwszych dwóch lat życia pozostaje nieuświadomiona.
Wspomnienia zapisane w naszej pamięci, zanim pojawiła się możliwość zapamiętywania ich świadomie, to właśnie wspomnienia pamięci somatycznej lub inna nazwa – pamięci implicytnej. To są wspomnienia, które przechowuje nasze ciało, mówiąc potocznie. I w tym sensie ciało może pamiętać więcej niż my sami.
Również trauma osób dorosłych może zostać zapisana jedynie w sposób nieświadomy, w pamięci ciała. Moment traumy jest tak dezintegrujący, że nasz mózg, by nas uratować, zasłania nam część wspomnienia albo zupełnie je przed nami chowa. Ale ciało nie zapomni go nigdy.
POLECAMY
W jaki sposób odróżnić objawy napięcia wynikające z codziennego stresu, przeciążenia obowiązkami i nadmiarem od tych, które mogą mieć swoje źródło w przebytej, ale nierozpoznanej traumie?
To pytanie nie zawsze jest łatwe lub wręcz możliwe do rozstrzygnięcia. Terapeuci nie są archeologami, zawsze mają dostępną jedynie teraźniejszość klienta i tylko bazując na niej, mogą wyciągać wnioski. A ta teraźniejszość może być dezorientująca. Dodatkowo – bardzo typowe dla traumy jest jej późniejsze odtwarzanie, po angielsku nazywa się to „enactment”. Wielokrotnie w ciągu życia odtwarzamy w sposób zupełnie nieintencjonalny, nieświadomy coś, co wydarzyło nam się w przeszłości. Przykładowo – ktoś, kto dorastał w rodzinie, gdzie doświadczał przemocy, po latach może znaleźć się w bardzo podobnym związku, mimo że przez całe życie próbował od tego wzorca się uwolnić. Albo mój układ nerwowy tak przyzwyczaił się do chaosu mojego domu rodzinnego, że w dorosłym życiu będę dokładał sobie obowiązków i presji, by „odtworzyć” chaos, który zapamiętałem. Metaforycznie mówiąc, układ nerwowy będzie nas ciągle zaprowadzał do domu, nawet jeśli ten dom był najniebezpieczniejszym miejscem na ziemi.
Czasami zatem stres to po prostu stres, a czasami odtworzenie traumatycznego niepokoju, nawet jeśli obiektywnie wokół nas nie dzieje się nic niepokojącego. Mózg bowiem zawsze będzie dążył do tego, co zna.
Czy to też jest tak, że w procesie terapii albo po prostu w momencie, gdy zaczynamy czuć się bezpieczniej, mogą wracać różne wspomnienia, czasem zupełnie niespodziewanie? Spokój, który w nas się pojawia, może paradoksalnie otworzyć dostęp do rzeczy trudnych, o których już dawno zapomnieliśmy?
Czasami w trakcie terapii albo jakiejkolwiek innej interwencji czy relacji, w której nasz układ nerwowy zaczyna się czuć spokojniej i bezpieczniej, zaczynają do nas wracać różne trudne wspomnienia. To zresztą częsta obawa, którą słyszę od ludzi: „Nie poszedłbym na terapię, bo boję się stracić spokój”. I to rzeczywiście jest uzasadnione, bo w pewnym sensie może tak być. Ale to przypominanie nie jest złośliwością układu nerwowego, jest raczej opisem tego, jak nielinearnie on funkcjonuje. Paradoksalnie bowiem, gdy w terapii zaczynamy czuć się lepiej, przez chwilę możemy funkcjonować gorzej. Układ nerwowy ma więcej przestrzeni, aby pomieścić wewnętrzne trudności. Często przygotowuję na to pacjentów, mówiąc, że może pojawić się większa wrażliwość, że więcej rzeczy zacznie przeszkadzać, że mogą wracać wspomnienia w snach, że nagle nie będą w stanie wytrzymać w sytuacjach, które wcześniej znosili bez trudu, na przykład podczas szkolnego zebrania. To taki etap przejściowy, chaotyczny, ale konieczny. Warto pamiętać, że terapia bywa kosztowna, nie tylko finansowo. Kosztem może być utrata spokoju przez pewien czas, ale warto ten koszt ponieść według mnie.
O tym też pisze Pani w książce, że terapia i proces zdrowienia dzieją się równolegle z codziennym życiem – z pracą, obowiązkami, opieką nad bliskimi, życiem rodzinnym. Jak pracować z pacjentami, aby nie popadli w zniechęcenie, kiedy proces trwa, jest powolny, wymaga czasu i akceptacji, a oni tak bardzo chcą poczuć się dobrze tu i teraz?
Tak, to są nasze pragnienia – cudowne, prawda? Ja też mam dokładnie takie same. Czasami człowiek ma poczucie, że już tyle wewnętrznego gruzu przewalił na terapii czy w innych formach pracy nad sobą, że chciałby wreszcie poczuć ulgę, żeby to już się skończyło. Jeśli ktoś ma obawę, że nie potrafi szybko wrócić do dobrostanu albo że ten proces trwa zbyt długo, warto uznać, że taka obawa jest w pełni naturalna. I może też warto sprawdzić, czy dany moment w życiu jest odpowiedni na terapię. Bo terapia to inwestycja wielu zasobów – emocjonalnych, czasowych, finansowych. Czasem widzę, że ktoś trafia na terapię, ale to nie jest dla niego właściwy moment. Wtedy pracujemy dłużej, często też na płytszym poziomie, bo kiedy w życiu dzieje się zbyt wiele, trudno o skupienie. A terapia wymaga zarówno intencji, jak i uwagi. Wymaga też intymności i naprawdę spotkania się z samym sobą. Za pragnieniem „chcę się czuć dobrze już teraz” często kryje się realistyczna refleksja, że to po prostu nie jest jeszcze dobry moment na terapię. W pracy z traumą fascynuje mnie to, że osoby, które jej doświadczyły – zwłaszcza wczesnodziecięcej – wykształciły własne sposoby radzenia sobie. I one nie zawsze są złe, niektóre są wręcz wspaniałe. Jeśli ktoś potrafił przetrwać w ten sposób dziesięć lat życia, to znaczy, że może też chwilę poczekać, aż w jego życiu zrobi się spokojniej. Chyba że czuje, że bez podjęcia terapii traci jeszcze więcej.
Czyli można powiedzieć, że terapia nie dzieje się w oderwaniu od codzienności? Że to nie jest tak, że odkładamy życie na bok, żeby „zająć się sobą”, tylko raczej uczymy się funkcjonować i zdrowieć w jego rytmie, w tym, co jest tu i teraz?
Tak. I myślę, że terapia byłaby też o wiele gorsza, gdyby się działa w próżni. Czyli gdybyśmy zawiesili to nasze życie i tylko teraz zajmowali się traumą. Powiem takie kontrowersyjne zdanie – trauma jako taka, jeśli chodzi o naszą teraźniejszość, nie ma aż takiego znaczenia. To przeszłość. Ale znaczenie ma sposób, w jaki układ nerwowy zorganizował się wokół tej traumy i jak to dziś wpływa na życie osoby. W tym „dziś” potrzebujemy zobaczyć, jak trauma przeszkadza w byciu takim rodzicem, jakim chcesz być, partnerem, trenerem koszykówki czy kimkolwiek jesteś zawodowo. Gdyby ją wyizolować, pozbawić tego kontekstu codzienności, też nie byłoby dobrze.
W jednym z fragmentów pisze Pani, że trauma nie ma ostatniego słowa. Co sprawia, że człowiek odzyskuje w sobie to ostatnie słowo?
Myślę, że on odzyskuje wiele nowych „nieostatnich” słów. To w ogóle cytat z Paula Contiego, jednego z moich absolutnie ukochanych psychiatrów, jeśli chodzi o terapię traumy. My nie definiujemy tego, co nam się przydarza w życiu, przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim byśmy chcieli. Przydarzają nam się różne, często bardzo niechciane doświadczenia. I jeśli spojrzymy na historię ludzkości – przez pryzmatów najwcześniejszych mitów i opowieści, które przetrwały tysiąclecia, to widać, że zawsze były w nich historie o traumie, utracie, żałobie. To doświadczenia tak stare jak świat. Nie mamy wpływu na to, że trauma się wydarza. Ale mamy wpływ na to, jaką postawę wobec niej przyjmiemy. Czy pozwolimy sobie dokończyć reakcje, które zostały przerwane, bo trauma nam tego nie pozwoliła zrobić. Jeśli jednak damy sobie przestrzeń, by coś dokończyć – czasem w wyobraźni, czasem w ciele, a czasem w zachowaniu, np. mówiąc to, czego wcześniej nie mogliśmy powiedzieć, wtedy inaczej reagujemy na to, co w sobie nosimy. I właśnie to buduje naszą przestrzeń sprawczości, wpływu, a czasem także wzrostu potraumatycznego. Dla mnie to jest cały sens tego zdania, że „trauma nie ma ostatniego słowa”. Nie musi nas definiować, nie musi przysłaniać człowieka, którym jesteśmy. Może być czymś, co wydarzyło się na naszej życiowej linii – czymś, co bardzo wpłynęło na nasze życie, ale nie musi wpływać dalej. Bywają też osoby, które uznają traumę za punkt zwrotny. Zresztą istnieje książka Trauma. Punkt zwrotny, dokładnie o tym mówiąca. I wtedy możemy uczynić z tego doświadczenia dźwignię dla własnego dojrzewania – nie tylko psychologicznego, lecz także duchowego.