Dołącz do czytelników
Brak wyników

Mózg i umysł , Laboratorium

7 listopada 2016

Dorastanie do uśmiechów

21

Dlaczego dzieci nie potrafią opowia[-]dać dowcipów? A jeśli próbują, robią to w taki sposób, że śmieją się tylko ich rówieśnicy? Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że kluczem do dowcipów jest empatia i rozumienie przekonań innego człowieka. A tych małe dzieci nie posiadają.

Od czasu do czasu jestem gościem przedszkola, rzecz jasna nie jako podopieczny, ale jako socjologbadacz. Nieraz już miałem możność przyglądać się społecznemu funkcjonowaniu kilkulatków. Przy okazji tych wizyt kilku rezolutnych malców usiłowało zabawiać mnie opowiadaniem ulubionych kawałów. Mówiąc krótko, szło im nie za bardzo. Dowcip często miał mało czytelną, koślawą puentę, fabuła roiła się od sprzeczności, a sens gubił się na półmetku. W rezultacie historyjka była zabawna tylko dla opowiadacza. Sprawiała wrażenie wierszyka dość kiepsko wyuczonego na pamięć. Badacze kultury określają taką sytuację kopiowaniem z rezultatu, zamiast z przepisu – przypomina to bowiem gotowanie zupy w oparciu o wspomnienie jej wyglądu i smaku, podczas gdy o recepturze nie mamy bladego pojęcia. Jak łatwo się domyślić – tak przyrządzona zupa może być dość odległa od oryginału.

Podobnie dowcipy kilkulatków. Zasłyszane gdzieniegdzie, odtworzone ze strzępów, paru zapamiętanych zwrotów, sprawiają wrażenie porządkowanego na szybko bałaganu, jakby malec zgubił gdzieś przepis i cały sens. Otoczony tymi kawalarzami drugiego sortu, z pobłażaniem słuchałem wszystkich dowcipów. Od tamtego czasu byłem pewien, że maluch prawie zawsze pali dowcip, a w najlepszym wypadku opowiada go bardzo niesprawnie.

Trzy warunki dobrej puenty
Kluczem do rozwiązania zagadki marnych opowiadaczy dowcipów może być budowa i funkcjonowanie umysłu naszej pociechy. Okazuje się, że drogą do właściwego rozumienia dowcipów jest empatia i rozumienie przekonań (w tym również tych fałszywych) innego człowieka. Psycholog ewolucyjny Wonil Edward Jung korzeni humoru doszukuje się właśnie w tych umiejętnościach. Zwróćmy uwagę, że sytuacja wtedy może stać się śmieszna, jeżeli nastąpiła właśnie falsyfikacja któregoś z naszych sądów. Ktoś dostał tortem w twarz – jest śmiesznie, bo się nie spodziewał. Jung podaje nieco bardziej wysublimowany przykład: rozmowę Winstona Churchilla z Lady Astor. Dama, wyraźnie nieprzepadająca za osobą premiera, powiedziała: „Gdyby był pan moim mężem, wlałabym panu do herbaty truciznę”. Co na to Churchill? „Gdybym był pani mężem, wypiłbym bez wahania”. Sytuacja jest śmieszna podwójnie – Lady Astor decyduje się na zachowanie wyraźnie nieprzystające do schematów, falsyfikuje sąd Churchilla o piciu herbaty jako względnie bezpiecznym zajęciu. Ten jednak odbija piłeczkę i falsyfikuje jej osąd o niej samej – lepiej umrzeć niż mieć z tobą do czynienia, moja pani!

Prócz falsyfikacji sądu, kolejny wymóg dobrej puenty to empatia: tylko jeśli zdajemy sobie sprawę, co myśli i jak się czuje bohater opowiastki, może nas ona rozśmieszyć. Gdyby to Lady Astor wybuchnęła śmiechem, miast okazać oburzenie – historyjka byłaby już nieco mniej zabawna. Lepiej, gdy bohater doznaje szoku i wpada w osłupienie. Jeszcze mniej śmiesznie byłoby wtedy, gdybyśmy wiedzieli, że Lady Astor w ogóle nie usłyszała odpowiedzi. Wiemy, że Churchill falsyfikuje jej sąd, jednak co z tego, skoro ona tego nie wie? To zupełnie jakby usłyszeć: „A śmiejcie się w najlepsze, mało mnie to obchodzi”.

Trzeci element, to swoisty rachunek kosztów i strat, a dokładniej: relacje, jakie wiążą nas z wyśmiewanym bohaterem. Jeżeli nie lubimy Lady Astor – wszystko w porządku, będzie kupa śmiechu, a w myślach jak echo pobrzękiwać będzie cyniczne „dobrze jej tak!”. Jeżeli jednak dama byłaby naszą bliską krewną lub przyjaciółką, sytuacja zmienia się diametralnie: zagrywka Churchilla w jednej chwili wydałaby się nam chamska, a sam Churchill zasługiwałby na potępienie. Zamiast dobrze się pośmiać, popsulibyśmy sobie tylko humor.

Biorąc pod uwagę te wymogi, ewo[-]lu[-]cyjne wyjaśnienie fenomenu śmiechu mogłoby brzmieć w taki oto sposób: śmiech, który dzisiaj okrasza dowcipy, w zamierzchłych czasach był sygnałem, który optymalizował współpracę. Świadomość tego, z czego ktoś się śmieje, była przydatna w zbieraniu informacji o naszym społecznym otoczeniu – dzięki temu dowiadywaliśmy się czegoś nie tylko o wyśmiewanych, ale i o wyśmiewających. Odpowiadając śmiechem, również my sami udzielaliśmy informacji o sobie, a wspólny śmiech przełamywał lody i zacieśniał więzi. Człowiek, który śmieje się razem z nami, w naturalny sposób wydaje się nam bliższy niż ponura reszta.

W tej gmatwaninie warunków i wniosków nasz umysł radzi sobie świetnie, w ułamku sekundy rozumiemy komizm sytuacji i potrafimy analizować relacje rysujące się pomiędzy bohaterami. Co innego młody umysł dziecka, który dopiero zaczyna swoją długą przygodę z kulturą. Dla dzieci wciąż jest to trudne zadanie. Wiele czterolatków rozumie już istotę fałszywych przekonań, bez tego nie umiałyby np. kłamać, lecz dowcip, oparty często na ukrytej kpinie, nieporozumieniach, wieloznacznościach, sugestiach – teoretycznie już zrozumiały – może jeszcze sprawić im kłopot i nierzadko maluchowi trzeba nieco dopomóc w zrozumieniu go. Jednak dzieci poniżej czwartego roku życia nawet dobrze wyjaśnionego dowcipu nie zrozumieją ni w ząb. Nie wiedzą jeszcze bowiem, że inni ludzie mogą mieć inne przekonania, a empatia jest dla nich pustym słowem. Puenta dowcipu – dla nas tak oczywista – często nie znaczy dla nich nic i opiera się na pojęciach, których nawet nie mogą sobie wyobrazić. Ich śmiech rządzi się zupełnie innymi zasadami.

Czy niemowlakom potrzeba puenty?
W poszukiwaniu reguł rządzących śmiechem małych dzieci, zasięgnąłem porady ekspertów – świeżo upieczonych mam. Na jednym z forów poświęconych niemowlętom umieściłem prosty wątek: z czego śmieją się wasze pociechy? Niedługo musiałem czekać na odzew. Oto niektóre wypowiedzi:

„Moja malutka ma 14 miesięcy. Śmieszy ją wiele rzeczy, z natury jest uśmiechniętą dzidzią. Najbardziej śmieje się jak ją ubieram, bo wie, że idzie na spacer. Następną rzeczą są książeczki ze zwierzątkami – uwielbia, jak naśladuję pieska, kotka, krówkę”.

„Moja córa ostatnio śmieje się w głos do lusterka, skacząc przy tym na pupie i machając rączkami – nie mam pojęcia, co to ma oznaczać i z czego tu się śmiać. Poza tym raczej trudno sprowokować ją do śmiechu. Zwykle jest to jakieś ‘prrrr’ na jej brzuchu z jednoczesnym trzymaniem jej w górze, albo udawanie, że zjadam...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy