Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Dlaczego krzywdzimy innych ludzi?

0 403

Powszechna norma odpowiedzialności społecznej nakazuje nam dbać o dobro tych, których los od nas zależy. Od najmłodszych lat uczymy się, że nie wolno krzywdzić innych. Z czasem norma dbałości o dobro innych staje się dla nas tak oczywista jak to, że upuszczone z wysokości przedmioty zawsze spadają na ziemię.

Jednak przedmioty spadały, spadają i spadać będą, natomiast ludzie ceniący wartości i normy społeczne, posiadający opinię uczciwych, prawych i dobrych, często zachowują się niemoralnie. Dlaczego?

Zwolennicy koncepcji społecznego uczenia się norm obwiniają niedostatki w procesie wychowania i socjalizacji. W ich opinii, albo ktoś nie nauczył się w stopniu wystarczającym standardów życia z innymi ludźmi, albo nauczył się standardów niewłaściwych. Często winą za niewłaściwe zachowania dziecka obarcza się jego otoczenie społeczne. Z perspektywy psychologów zajmujących się wpływem społecznym winę za czyjeś niemoralne zachowania ponoszą różnego rodzaju czynniki i naciski sytuacyjne, np. rozkazy osób posiadających władzę, naciski członków grupy odniesienia, pewne techniki wpływu społecznego. Naciski sytuacyjne w połączeniu z ogólnikowością i abstrakcyjnością norm moralnych oraz zdolnością ludzi do wybiórczego spostrzegania sytuacji społecznych prowadzą niekiedy do wyłączenia moralnych mechanizmów samokontroli zachowania. W ten sposób wyjaśnia się między innymi wyniki głośnych eksperymentów Stanley’a Milgrama nad uleganiem wobec autorytetu i Philipa Zimbardo nad depersonalizacją jako powodem okrucieństwa strażników więziennych.

Daniel Batson sądzi, że żadne z tych wyjaśnień nie mówi całej prawdy o niemoralnych zachowaniach ludzi. Nawet ci, który otrzymali staranne wychowanie i nie są poddawani naciskom społecznym, czasami krzywdzą innych. Zarówno teorie społecznego uczenia się norm, jak i koncepcje wywodzące się z psychologii wpływu społecznego przyjmują założenie co do natury człowieka i jego motywacji. Zgodnie z nim człowiek jest z natury dobry i chce się zachowywać moralnie, lecz nie zawsze wie, co należy zrobić lub warunki uniemożliwiają mu uczciwe zachowanie. Batson przeciwstawia tej wizji człowieka tezę, że podstawowym motywem naszego działania jest interes włas-ny. Mimo że chcemy być spostrzegani jako uczciwi i prawi, to staramy się unikać kosztów bycia takimi. Batson nazywa taką motywację – moralną hipokryzją.

Czy rzeczywiście chcemy być uczciwi, czy tylko chcemy za takich uchodzić? Aby to sprawdzić, Batson z zespołem współpracowników opracowali niezwykle prosty, lecz realny dylemat moralnościowy. Uczestnicy badań musieli wyznaczyć siebie lub innego uczestnika (którego tak naprawdę nie było) do wykonania jednego z dwóch zadań. Jedno z zadań było w sposób oczywisty bardziej atrakcyjne, za poprawne rozwiązanie badani mieli otrzymać los na loterię. Drugie z zadań było przedstawione jako raczej nudne i nie wiązała się z nim żadna nagroda.

Powodem badania dwu osób naraz była rzekomo chęć wyeliminowania wpływu takich czynników, jak pora dnia czy dzień tygodnia. Jak sądzili badani, drugi uczestnik nie dowie się, iż to oni decydowali o przydziale zadań i będzie myślał, że zdecydowało losowanie. W takich warunkach 80 proc. uczestników przydzieliło siebie do zadania bardziej atrakcyjnego, chociaż tylko 1 osoba na 20 uważała takie zachowanie za uczciwe. Dla większości badanych pokusa okazała się silniejsza od uznawanych wartości.

W kolejnych eksperymentach wprowadzono dwie zmiany. Po pierwsze, przywołano myślenie w kategoriach uczciwości, wspominając badanym wprost, że większość uczestników uważa, iż uczciwym sposobem przydzielenia zadań jest metoda dająca obu badanym równe szanse, np. rzut monetą. Po drugie, zainteresowanym osobom dawano monetę do losowania. Dla wszystkich uczestników było oczywiste (o czym przekonano się w rozmowach po zakończonym badaniu), że najuczciwszym rozwiązaniem jest albo przydzielenie atrakcyjnego zadania drugiej osobie, albo losowanie. Jednak tylko połowa badanych zdecydowała się na rzut monetą. Z pozostałej połowy przytłaczająca większość (od 80 do 90 proc. – podobnie jak w poprzednich eksperymentach) badanych wyznaczyła siebie do atrakcyjniejszego zadania. Co ciekawe, podobne rezultaty uzyskano w grupie osób rzucających monetą. Wynik niemożliwy z punktu widzenia statystyki. Prawidłowa bowiem moneta, a takiej używano  w badaniu, przy dużej liczbie rzutów daje w przybliżeniu 50 proc. reszek i 50 proc. orłów. A uczestnicy w większości uzyskiwali korzystny dla siebie wynik.

Najwyraźniej coś zakombinowali.

Mistrzem w manipulowaniu wynikami rzutu monetą był mój wuefista z liceum, który lubił różnego rodzaju zakłady. Rzut monetą rozstrzygał m.in., czy osoba posiadająca zwolnienie lekarskie z ćwiczeń musi siedzieć na sali, czy nie. Sztuczka wuefisty polegała na tym, że prosił zainteresowanego o wybranie orła lub reszki, rzucał wysoko monetą, łapał ją w rękę i... czasami odwracał na drugą rękę, a czasami pokazywał wynik od razu. Zanim jednak pokazał wynik zainteresowanemu dyskretnie podglądał monetę. Batson podejrzewał, że jego badani również dopuszczają się jakiejś manipulacji na wynikach losowania.

Uczciwe losowanie monetą wymaga jednoznacznego rozstrzygnięcia, co znaczy orzeł, a co reszka. Batson początkowo podejrzewał, że w jego eksperymentach uczestnicy niestarannie wykonywali ten zabieg.

Tak więc niezależnie od tego, co wskazywała moneta, wyznaczali siebie do atrakcyjnego zadania („Co tam? A...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy