Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Otwarty dostęp

2 lutego 2021

NR 2 (Luty 2021)

Czas na oddech
Zwlekanie jako świadomy proces rozwoju

230

Dopóki jesteśmy w ruchu, czujemy się pseudobezpieczni. Kiedy się zatrzymamy, grozi nam… no właśnie, co nam grozi za odwlekanie w czasie? 

Pochodzę z rodziny ogrodniczej i tam sprawa jest prosta. Kluczem do wszystkiego jest cierpliwość. Wzrostu w naturze nie da się przyspieszyć. Każda roślina wie, kiedy, jak i w którą stronę ma rosnąć. Część roślin „wie” to od samego początku, a część wyczuwa w trakcie wzrastania, jakie ma warunki wokół siebie i w związku z tym, w którą stronę może iść. Ciekawe, że czasem dla obserwatora zewnętrznego „nic się nie dzieje”. Niby na zewnątrz nic nie widać, ale w środku dzieje się tak wiele. Oj wiele, bo ziarno schowane pod ziemią potrzebuje czasu, żeby najpierw zapuścić korzenie, nakarmić podstawę, a dopiero potem zacząć się wzbijać w górę. W tym samym czasie obserwator musi wykazać się nie tylko wiedzą na temat rośliny, ale też, a może przede wszystkim, mieć nadzieję i wiarę (i miłość pewnie też), że niebawem zobaczy efekt tego przedzierania się poprzez kolejne warstwy ziemi.

Podobnie jest z porami roku. Tam też jest wymiana między ruchem a zatrzymaniem. Między odkładaniem a dokładaniem. Wiosna budzi do życia, a jesień składa „manatki” jak po dobrze zrealizowanym zadaniu. Pomiędzy ruchliwą wiosną a zwalniającą tempo jesienią mamy zamrożoną zimę. Zima to taki czas, który ani nic nie otwiera, ani nic nie zamyka. Zima zamraża, zatrzymuje, mówi „a teraz poczekamy” i po prostu daje oddech, zimny, ale jednak oddech. Zamraża na chwilę, żeby można było odpocząć, a nie zaraz po jesieni gonić do wiosny i z powrotem biec od lata.

Jeśli jednak przyroda Was nie przekonuje, to może posłużę się muzyką. Żeby usłyszeć dźwięk, trzeba przed nim i po nim zrobić mikroprzerwę. Trzeba zwlekać z dźwiękiem, żeby móc go usłyszeć. Swoją drogą, czy to nie jest zabawne, że potrzeba ciszy, żeby usłyszeć dźwięk? Inaczej zlałoby się to wszystko w całość i nic, poza ciągłym szumem, nie dźwięczałoby nam w uszach. Wtedy nawet zespół Queen nie dałby rady przebić się do naszych serc, gdyby pomiędzy dźwiękami muzycy nie robili przerw.

POLECAMY

Przerwa, zatrzymanie, zwlekanie z ruchem są konieczne, żeby coś wyraźnie zobaczyć, coś usłyszeć – one są niezbędne do rozwoju. Paradoks polega na tym, że czasem nam trudno uwierzyć, że przerwa lub zatrzymanie jest częścią ruchu. Statyka napędza dynamikę, a przypływ wymusza odpływ. 

Kultura „teraz, zaraz, już”

Ale z jakiegoś powodu traktujemy siebie „ponad przyrodę” i już rzadziej dajemy sobie czas na zatrzymanie, na oddech. Problem polega na tym, że nasza kultura „teraz, zaraz, już” nie znosi „za chwilę, później, potem”, bo odczytuje je jako druzgoczące „nigdy, never, ever”. Nie lubimy pustki, ciszy, przerwy. Zwlekanie nas irytuje, denerwuje i, co może okazać się w kontekście zawodowym kluczowe, u wielu z nas prokrastynacja innych podkopuje zaufanie. Bo dopóki jesteśmy w ruchu, czujemy się pseudobezpieczni. Kiedy się zatrzymamy, grozi nam… no właśnie, co nam grozi za odwlekanie w czasie? 

Grozi nam osąd w postaci łatki: mądry, ale leniwy; nie można na niej polegać; opóźnia wszystko; niegodny zaufania; nieodpowiedzialna. Na części z nas te epitety nie robią wrażenia, ale jest grupa, dla której to szczególnie bolesne. Mowa o tych, którzy nadal mają w sobie tę małą grzeczną dziewczynkę i posłusznego chłopca, którzy chcą być na piątkę z plusem, chcą od świata świadectwa z paskiem na koniec każdego dnia. Chcąc zadowolić wszystkich, bronimy się przed zwlekaniem jak przed chorobą. 

Jako jednostki i całe społeczeństwa rozkochujemy się w tych, którzy potrafią szybko podejmować decyzje, szybko działać, szybko wiedzą, czego chcą. Gloryfikujemy ich, nazywając sprawnymi, odważnymi, silnymi. Być może w jakimś stopniu to prawda.

Ale pomijamy tych, którzy potrzebują innej dynamiki procesu podejmowania decyzji, potrzebują zwolnić, żeby wiedzieć, zatrzymać się, żeby odkryć, czego tak naprawdę chcą. 

Ja jestem tym drugim typem. Samą decyzję podejmuję szybko, ale proces dochodzenia do niej mam długi. Teraz już to akceptuję, ale wiele lat wymagałam od samej siebie szybszych reakcji, moje otoczenie zawodowe i prywatne również. Nie było czasu na zatrzymanie. To był też etap, kiedy z racji deficytu świadomości siebie i mniejszego poczucia pewności podpinałam się pod te wskazówki i rekomendacje innych, a „moje” decyzje były pochodną ich sposobu myślenia i szybkości działania. Jak się można domyśleć, nie zaprowadziło mnie to w dobre strony. Goniłam i coraz bardziej gubiłam siebie. Gubiłam szacunek do swojego tempa. 

Przyspieszałam decyzje wbrew sobie, by moim zwlekaniem nie zrobić komuś przykrości albo gorzej – nie daj Boże… rozzłościć. Co to oznaczało w praktyce? Przykładowo, zgodziłam się na pracę, której nie do końca chciałam. Albo na pensję, której nie chciałam, ale nie mogłam znieść już myśli zwlekania z decyzją. Bo im dłużej zwlekałam, tym bardziej jej nie chciałam, ale żeby załagodzić zirytowaną brakiem odpowiedzi drugą stronę, godziłam się na niesatysfakcjonujące mnie warunki. Moje wewnętrzne: „dobra, jakoś to będzie, ważne, żeby już było po” było jak spływająca po ściankach gardła toksyna, która za moment objawiała się bólem brzucha. 

Znam z gabinetu wiele historii decyzji o ślubie, które wzięły się z chęci załagodzenia zniecierpliwionego otoczenia, które mówiło: „Na co czekacie?”, „Co to ma znaczyć?”, „Po co to czekać?”. Więc dla świętego spokoju, nie własnego oczywiście, tylko „ich”, te osoby brały śluby, rodziły dzieci, kupowały mieszkania, samochody, wyjeżdżały albo wracały wcześniej, żeby nie zwlekać z ruchem. 

Przerwa, która owocuje pomysłem

Żyjemy w kulturze, która zapędziła się w trybie działania. Gloryfikowanie pędu przy jednoczesnym ujmowaniu wartości, zastanawiania się, bycia, czucia. Zwlekanie nie ma wartości w oczach kultury instant. Czas stał się walutą cenniejszą niż złoto. Im szybciej, tym lepiej. Kto pierwszy, ten lepszy. Early-birds. Tyle, że ta gonitwa za „już” stopniowo nas wykańcza. Dlaczego? Bo ta gonitwa nie ma mety. Nie ma w ogóle szczęśliwego końca. Końcem jest śmierć. Śmierć kreatywności, śmierć radości, śmierć lekkości, śmierć wolności i śmierć wewnętrznego spokoju. A kreatywność, radość, lekkość, wolność i spokój – wszystkie one do życia potrzebują przerwy, czasu, cierpliwości, ciszy. Przerwy, która zaowocuje pomysłem. Czasu, który potrzebny jest na wzrost. Cierpliwości, która uczy szacunku do odroczonych efektów, i ciszy, która w odpowiednim czasie wyda dźwięk. Kluczem jest zaufanie. Zaufanie innym i sobie, że ja to, co mam zrobić, i tak zrobię. A zwlekanie daje mi trochę czasu na zastanowienie, ułoże...

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałów pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy