Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Otwarty dostęp

5 marca 2019

NR 3 (Marzec 2019)

Co robić, kiedy nie wiadomo, co robić

194

Codziennie stajemy przed wyborami, których konsekwencji nie jesteśmy pewni. Wydaje nam się, że jedno wybieramy kosztem drugiego, że nie będzie już odwrotu. Czym zatem się kierować, czemu zaufać, podejmując trudne decyzje – sercu czy rozumowi? Co robić, kiedy nie wiadomo, co robić?

MAGDA BRZEZIŃSKA: Część badaczy zajmujących się psychologią organizacji i zarządzania uważa, że kiedy firma przeżywa kryzys, warto oddać jej stery w ręce kobiet, bo kobiecy styl radzenia sobie z trudnymi wyborami daje gwarancję na pozytywne rozwiązanie. Czy kobiety rzeczywiście podejmują decyzje inaczej niż mężczyźni? W inny sposób radzą sobie w sytuacji ryzyka?

POLECAMY

ANNA SREBRNA: Specyfika roli kobiet w życiu predestynuje je, daje im wiele okazji i okoliczności do trochę innego działania i radzenia sobie z niepewnością niż mężczyznom. Historia i kultura wykształciły w kobietach trochę inne paradygmaty reagowania na rzeczywistość – w taki raczej pozytywistyczny sposób, na rzecz ochrony i budowy relacji, wspólnoty, życia. Już samo macierzyństwo stawia kobiety przed różnego rodzaju uczuciami, decyzjami, wyzwaniami, przed codzienną niepewnością. Muszą radzić sobie z tymi wszystkimi trudami, z wielowymiarowością różnych doświadczeń matki, być może dlatego mają lepszy trening w podejmowaniu decyzji. Może też trochę innymi częściami siebie zawiadują w momencie wyboru – mają większy dostęp do emocjonalnych aspektów związanych z podejmowaniem decyzji. Ufają emocjom, bardziej czują decyzje, niż je przemyśliwują. Oczywiście to jest jakaś generalizacja, bo wielu mężczyzn też korzysta ze swojej emocjonalnej części. Dane emocjonalne i racjonalne są dostępne zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Natomiast kobiety statystycznie bardziej skłonne są do podejmowania decyzji tą emocjonalną częścią. Zresztą, jak pokazuje wiele badań psychologicznych, my i tak dokonujemy wyborów emocjami. Nawet jak myślimy, że zrobimy to na chłodno, racjonalnie, to i tak mamy już tę decyzję rozpoznaną w sobie emocjami.

Macierzyństwo rzeczywiście jest świetnym treningiem podejmowania decyzji w sytuacji niepewności. Każdy dzień pokazuje, że trudno robić sztywne plany, bo wszystko może się zmienić w kilka sekund, gdy nagle okazuje się, że dziecko złapało jelitówkę.

Albo to, co zaplanowali rodzice, zupełnie nie podoba się dzieciom i one kontestują te pomysły, zamiary. I oczywiście chodzi nie tylko o problemy związane z codzienną logistyką, ale też o kontekst emocjonalny – wydaje nam się, że coś jest stałe, ustalone w naszej relacji z dziećmi, a one rosną, zmieniają się i nasze relacje zmieniają się, czasami bardzo dynamicznie. Dzieci w naturalny sposób burzą naszą pewność.

Może się wydawać, że podejmowanie decyzji w sytuacji, kiedy nie wiadomo, co robić, dotyczy jakichś wyjątkowych, ekstraordynaryjnych sytuacji, raz na jakiś czas, ale czy rzeczywiście tak jest?

Trudno oszacować, bo jak to zliczyć... Przecież każdego dnia podejmujemy dziesiątki decyzji. Znaczna ich część to mikrodecyzje, których nawet nie zauważamy: jaką bluzkę włożyć, czy oddzwonić od razu, czy
za chwilę. Pozostałe – i właśnie im się teraz przyglądamy – to decyzje w sytuacjach, w których przeżywamy ewidentny konflikt wewnętrzny. Te ważkie sytuacje mają emocjonalną komponentę. I one wcale nie muszą wiązać się z jakimiś ważnymi wydarzeniami, np. czy przeprowadzić się na stałe do Australii. Mogą dotyczyć codziennych spraw: zrobić po pracy coś dla siebie, pójść na pedicure czy może pograć z dziećmi w grę planszową dawno temu obiecaną. Niby niewielkie wybory, a może się okazać, że jednak
duże.

I czasem okazuje się, że ten pedicure tak naprawdę nie tyle jest w trosce o samą siebie, ale raczej po to, by uciec z domu, z doświadczania macierzyństwa, bo coś mi utrudnia kontakt z dziećmi...

Gdy nasze wybory są sztywne, gdy zawsze wybieramy jedną rzecz kosztem drugiej, to czujemy, że w naszym życiu coś zaczyna kuleć. Dlatego bezcenny jest kontakt ze sobą i samoświadomość. Jeśli obserwujemy siebie, swoje wybory, to zauważymy, poczujemy, że coś jest nie tak. Odczytamy sygnał, że któraś ze stron naszego konfliktu wewnętrznego za często dostaje wzmocnienia, a któraś jest zaniedbana.

Skoro mowa o sztywności – badania kanadyjskiego psychologa społecznego prof. Richarda Sorrentino, twórcy teorii orientacji na niepewność, wskazują, że niektórzy dążą do uzyskania pewności, bardziej jej potrzebują, a dla innych naturalnym i akceptowalnym stanem jest niepewność. Pierwsi są bardziej sztywni w swoich decyzjach i bardziej zależni od autorytetów. Ci drudzy natomiast są bardziej twórczy, odkrywczy, dopuszczają więcej wariantów, wiedzą, że mogą się mylić, bo nie mają pełnego oglądu rzeczywistości. Czy zatem pogodzenie się ze świadomością, że możemy dokonać niedobrego wyboru, że życie jest niepewne, pomaga lepiej odnaleźć się w sytuacjach, w których
nie wiadomo, co robić?

I tak, i nie. Nie rozróżniałabym tych dwóch postaw w kategorii: zorientowani na pewność mają gorzej, zorientowani na niepewność mają lepiej, lub odwrotnie. Jedni i drudzy stosują jakiś rodzaj mechanizmu obronnego. Wydaje się, że „pewni” zaprzeczają wątpliwościom, szufladkują rzeczywistość, izolują emocje: wybrałem, koniec i kropka, już niczego więcej nie sprawdzam, nie dzielę włosa na czworo. I dzięki temu jest im łatwiej. „Pewnym” zagraża ryzyko sztywności, dogmatyczności, lepiej czują się w autorytarnych społeczeństwach, co też odzwierciedla się w wyborach politycznych, światopoglądowych. Podoba im się taki świat, gdzie „wiadomo”, gdzie niepotrzebna jest refleksja, gdzie niepewność jest wyrazem słabości. Natomiast niepewność, wątp­liwość, poszukiwania, wielowymiarowość doświadczeń, ostrożność poznawcza służą mądrym wyborom.

O ile „niepewni” nie wpadną w pułapkę adecyzyjności.

Oczywiście. A tak może się stać, gdy „niepewni” w pewnym sensie zaprzeczą możliwości znalezienia oparcia w sobie. Nasze życie staje się wtedy jakby bezwładne i bezkształtne. Mamy poczucie, że sprawy nie posuwają się do przodu, że utknęliśmy na bramkach decyzyjnych i żyjemy w takim stanie: „na świętego Hieronima albo jest śnieg, albo go ni ma”. Czasem te role fluktu­ują – bywa, że mamy tak bardzo dość swojej adecyzyjności, że na zasadzie kontrastu podejmujemy decyzje, które w ogóle nie są z nami spójne. Bez kontaktu z wewnętrznymi potrzebami mówimy sobie: „Dobra, jak już nie wiem, co wybrać, to wybieram opcję pierwszą z brzegu”, mimo że nawet się jej dobrze nie przyjrzeliśmy. Przestajemy korzystać twórczo z naszych wątpliwości. A przecież w takim optymalnym stanie zadawanie sobie pytań, wątpienie, nieprzywiązywanie się sztywno do hipotez, otwartość na plan B – wszystko to nam służy.

Pojawiają się w życiu takie momenty, zwłaszcza w życiu kobiet po 40., 50., gdy warto mieć nie tylko plan B, ale i C, a czasem nawet D. Zmienia się nasza rola na rynku pracy, małżeństwo się rozpada i trzeba sobie poradzić w innej rzeczywistości, zbudować swoje życie na nowo.

Myślę, że bez względu na płeć i wiek warto zadawać sobie pytanie: a jakie jeszcze może być moje życie? Odpowiedź może nam uświadomić, że ono wcale nie musi być jedno i takie samo. Wizja życia jako pewnego stałego ciągu – kończy się studia, wychodzi się za mąż, wychowuje się dzieci, przygarnia pieska i kotka, zimą jeździ się na narty, latem nad morze, chodzi się do pracy i się nie rozwodzi... – może przynieść bardzo rozczarowujące konsekwencje, bo to wszystko jest kruche, złudne. Firma, w której pracujemy, nagle upada, partner/partnerka zakochuje się w kimś innym, dzieci wyjeżdżają na studia i cały dom, cała rodzina się zmienia, architektura naszego życia się przeobraża. Ze sztywnością podejścia, postaw, zazwyczaj wiąże się spore ryzyko. Owszem, może nadawać pewne ramy życiu, pomagać w szybkim podejmowaniu decyzji – bo jak wiemy, że to jest dobre, a to złe, to czarne, a to białe, to jakoś łatwiej w tym gąszczu życia – ale może też odciąć nas od alternatyw, które uczyniłyby nasze życie pełniejszym. Byle się w tych licznych alternatywach nie zagubić, nie utknąć. Niektórzy tak długo wahają się między A i B, że w końcu nie podejmują żadnej decyzji, a brak wyboru też jest wyborem – co często boleśnie sobie uświadamiają, gdy los, rzeczywistość za nich wybierze. Taka sytuacja bywa dla tych osób mocno konfrontującą pobudką. Wreszcie widzą, że nie da się nie decydować. Że muszą w dorosły sposób zmierzyć się ze swoimi wyborami. 

Niepewność, wątpliwość, ostrożność poznawcza służą dobrym wyborom.

 

W popularnych poradnikach można znaleźć dwie – odmienne – rekomendacje na to, co zrobić, kiedy nie wiadomo, co zrobić. Jedna mówi, żebyśmy wtedy zrobili cokolwiek, byle tylko zrobić pierwszy krok, ruszyć z miejsca, nie trwać w marazmie. Druga – żeby nic nie robić, rozwiązanie samo przyjdzie, a jak zdecydujesz za szybko, to będziesz żałować.

Może jedno i drugie jest prawdą na jakimś poziomie. Są sytuacje, w których warto zrobić cokolwiek, a są też takie, kiedy warto poczekać. Ale oczywiście tu nie chodzi o czekanie polegające na tym, że będziemy leżeć i pachnieć. Czekamy, obserwując, co się w nas dzieje. Drugi dzień nic nie robię, brzuch mnie boli... Nie do przecenienia jest znajomość własnej reaktywności cielesnej i uważność. 

Używam często metafory, że pewne rzeczy czuje się „w brzuchu” – jako obrazu ogólnego sygnałów wysyłanych przez ciało. Czasem rzeczywiście będzie to brzuch, czasem spięcie w barkach albo problemy dermatologiczne, kłopoty z sercem, bezsenność. Myślom nie zawsze możemy ufać, bo one nie są pierwotne, ale wtórne – racjonalizując, czasem siebie oszukujemy. Emocje też bywają zwodnicze, bo są obarczone naszymi doświadczeniami – na przykład z jakiegoś powodu boimy się konfrontacji, więc gdy mamy okazję skonfrontować się z czymś, co będzie dla nas dobre, to i tak się boimy, a skoro się boimy, to myślimy, że może lepiej tego nie robić. To nie zawsze jest dobry azymut.

I właśnie ciało da nam dobry azymut?

Warto czasem wyświetlać sobie różne scenariusze, wizualizować różne warianty i obserwować, co na to „powie” nasze ciało, bo ono jest źródłem tego, co najbardziej pierwotne i prawdziwe. Ciało najmniej oszukuje, jest najmniej skażone racjonalizacjami. Oczywiście niekiedy na myśl o skonfrontowaniu się z kimś lub z czymś boimy się i boli nas brzuch, ale jeśli wiemy, że ta konfrontacja nam coś udrożni, to jednak robi nam się ciepło na sercu i oddech staje się głębszy. Ciało mówi: zmierz się z tym lękiem, spróbuj. Zatem wzięcie pod uwagę tych trzech aspektów, próba zobaczenia, co mówią myśli, co mówią emocje i co mówi ciało, może dać nam wiedzę bardzo pomocną przy podejmowaniu decyzji.

Ty i niepewność

Nie wiemy, co zrobić, ale musimy podjąć decyzję.

Jedni dobrze radzą sobie w sytuacji niepewności, inni nie. Zależy to od potrzeby poznawczego domknięcia – opisanej przez psychologa Ariego Kruglanskiego.

Jak silna jest ta potrzeba u ciebie? Odpowiedz na każde z pytań (1 – zdecydowanie się nie zgadzam; 2 – nie zgadzam się; 3 – raczej się nie zgadzam; 4 – raczej się zgadzam; 5 – zgadzam się; 6 – całkowicie się zgadzam).

  1. Zwykle biorę pod uwagę różne opinie na dany temat. 
  2. Unikam niejasnych sytuacji. 
  3. Preferuję uporządkowane życie. 
  4. Czuję się źle, kiedy nie rozumiem powodów, dla których pewne sytuacje zdarzają się w moim życiu.
  5. Unikam brania udziału w wydarzeniach, jeśli nie wiem, czego mogę się spodziewać. 
  6. Zwykle podejmuję ważne decyzje szybko i pewnie. 
  7. Mógłbym opisać siebie jako osobę niezdecydowaną. 
  8. W ważnych decyzjach borykam się ze sprzecznościami.
  9. Zwykle dostrzegam racje obu stron konfliktu. 
  10. Unikam przebywania wśród ludzi, którzy są zdolni do nieoczekiwanych działań. 
  11. Ustalenie reguł umożliwia mi cieszenie się życiem. 
  12. Cenię sobie zorganizowany styl życia. 
  13. Czuję dyskomfort, gdy czyjeś czyny są dla mnie niejasne. 
  14. Zwykle dostrzegam wiele rozwiązań problemu. 
  15. Unikam sytuacji z nieprzewidywalnymi konsekwencjami.

Wymiar poznawczego domknięcia obejmuje kilka podskal. 

Są to: preferowanie porządku (pytania 3, 11, 12), preferowanie przewidywalności (5, 10, 15), nietolerancja wieloznaczności (2, 4, 13), zamkniętość umysłowa (1*, 9*, 14*), zdecydowanie (6, 7*, 8*). Im wyższe wyniki w każdej ze skal, tym większe prawdopodobieństwo, że jesteś osobą z dużą potrzebą domknięcia poznawczego. Taka osoba szybciej podejmuje decyzje. Preferuje przewidywalność.

Osoba z niską potrzebą domknięcia potrzebuje więcej czasu na decyzje, lepiej znosi niepewność.

Uwaga: w pytaniach z gwiazdką należy odwróć punktację (tj. za odpowiedź 1 przypisz 6 pkt., za odpowiedź 2 – 5 pkt. itd.)

Oprac. dj. na podst. Skali Potrzeby Poznawczego Domknięcia

 

Czyli na przykład mam pracę, którą lubię, ale z różnych powodów jest mi coraz ciężej w firmie. Dostaję propozycję innej pracy, w nowym miejscu, i nie wiem, co wybrać, bo i tu, i tu są jakieś plusy i minusy. Do firmy chodzę z nogami tak ciężkimi, jakbym miała kule do nich przyczepione, zapominam zabrać ze sobą różnych rzeczy, źle sypiam. Ale na myśl o nowej pracy wcale nie czuję, że skrzydła mi rosną.

Większość naszych życiowych wyborów nie jest zero-jedynkowa. To nie jest tak, że zamieniam straszną pracę na jakieś błogosławione miejsce, że z piekła idę do raju. Stara praca, choć odczuwana jako zła, jest znajoma. Nowa praca to niewiadoma. Przepuszczamy zatem ten dylemat przez trzy filtry, o których wspomniałam. Zastanówmy się, jakie racjonalne argumenty przemawiają za pozostaniem w starej pracy, a jakie za zmianą – zapiszmy je na kartce. Popatrzmy na uczucia, zmapujmy emocje: czy bardziej boję tej nowej pracy i dlatego czuję się niepewnie, czy kojarzy mi się z jakimś nieprzyjemnym doświadczeniem i dlatego pojawia się napięcie? Może obecna praca wcale nie jest taka zła, tylko ja nie umiem reagować w asertywny sposób, więc wystarczyłoby popracować nad własną asertywnością? Może od lat nie wyrażam złości i dlatego ta praca zaczęła mnie tak męczyć? A gdybym lepiej przeorganizowała zakres obowiązków, nauczyła się ustawiać relacje z innymi tak, żeby mi nie wchodzili na głowę? Może wtedy okazałoby się, że odejście do innej firmy wcale nie jest konieczne.

Wreszcie trzeci filtr – ciało. Owszem, boli mnie brzuch na myśl o starej pracy, ale może to wcale nie oznacza, że mam z niej natychmiast uciekać, tylko: boli mnie brzuch, bo zalega we mnie dużo niewyrażonej złości. Rezultatem tej trójfiltrowej analizy będzie zobaczenie, czego potrzebuję, żeby nauczyć się asertywności i ułożyć sobie relacje. I jeśli mi się to uda, to może zostanę w dotychczasowej pracy, a jeśli za trzy miesiące okaże się, że to nie to – otwieram się na szukanie czegoś nowego.

Zatem przepuszczenie problemu przez filtr „myśli – emocje – ciało” nie zawsze daje gotową decyzję?

Nie zawsze. Pozwala natomiast otworzyć się na inne persp...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy