Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

1 grudnia 2015

Cień wielkiej góry

0 532

George Mallory, brytyjski himalaista, na pytanie: Dlaczego ludzie chodzą w wysokie góry? powiedział po prostu: Bo są! Prawie nieosiągalne, wciąż fascynują. Często każą za to płacić najwyższą cenę. A zarazem uczą żyć.

Prawie rok temu, w marcu 2013, na stokach Broad Peak zginęli Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski, w lipcu odpadł od ściany Gasherbrum I Artur Hajzer. W wielu górach świata znajdują się symboliczne cmentarze poświęcone tym, którzy pasję wspinania przypłacili życiem. Nie bez powodu alpinizm jest zaliczany do sportów ekstremalnych, czyli najwyższego ryzyka. „Śmierć i góry są nierozerwalnie ze sobą związane” – pisze w książce Przesunąć horyzont Martyna Wojciechowska, zdobywczyni Mount Everestu.

Strefa śmierci

Wielu doświadczonych alpinistów otarło się o śmierć. Wielu pozostało w górach na zawsze. Do 2005 roku podczas wypraw na ośmiotysięczniki zginęło 668 himalaistów, w tym najwięcej – 192 poniosło śmierć na Mount Evereście. Dalsze miejsca w śmiertelnych statystykach zajmują: Nanga Parbat (62 ofiary), K2 (60 ofiar), Annapurna (58 ofiar), Dhaulagiri (56 ofiar). Najwięcej ofiar, mniej więcej co trzecią, pochłonęły lawiny (233), drugą częstą przyczyną śmierci w górach są upadki z wysokości (185), upadki do szczeliny lodowcowej, błędy w asekuracji. O wielu osobach nie wiemy, co je zgubiło, zaginęły bez wieści. Wiele przypłaciło życiem przebywanie w nieludzkich warunkach, gdzie silny mróz i huraganowe wiatry testują wytrzymałość organizmu – ze statystyk wynika, że około 60 zmarło z wychłodzenia. Dla co jedenastej (77 zgonów) śmiertelna okazała się ostra choroba górska. Przebywanie na dużych wysokościach zagraża życiu. Z uwagi na rozrzedzenie atmosfery spada zaopatrzenie w tlen. Niedotlenienie organizmu pojawia się już na wysokości 2500–3000 metrów. Od 5000 metrów zaczynają się warunki ekstremalne, a powyżej 8000 metrów wkraczamy w tzw. strefę śmierci, gdzie grozi choroba wysokościowa, objawiająca się obrzękiem mózgu i płuc oraz powikłaniami zatorowo-zakrzepowymi.

Wiele śmiertelnych wypadków spotyka tych, którzy wspinają się na ośmiotysięczniki bez użycia tlenu. Pierwszego takiego wejścia na Mount Everest dokonali w 1978 roku Reinhold Messner i Peter Habeler. Do tego czasu ten styl wspinaczki staje się coraz powszechniejszy, używanie tlenu „wyszło z mody”. Nawet najwyższe szczyty Ziemi zdobywane są w stylu alpejskim. A skutek? Jak zauważa Józef Nyka w „Taterniku”, zaczęły się mnożyć „dziwne wypadki śmiertelne podczas powrotu ze szczytów”. Analiza wypadków tylko na dwóch ośmiotysięcznikach dowodzi, że rezygnacja z butli tlenowej znacznie zwiększa ryzyko śmierci. I tak statystyki wypadków śmiertelnych na Mount Evereście mówią, że było ich 1,6 proc. wśród osób używających tlenu i 7,4 proc. wśród tych, którzy go nie używali; na K2 śmierć poniosło 14,9 proc. wspinaczy bez tlenu, i ani jeden z tych, które mieli butle z tlenem.

Większość wypadków śmiertelnych nastąpiła w strefie wysokości 8100–8200 m, bezpośrednio po przymusowych biwakach. Ofiary prawdopodobnie znajdowały się w stanie deterioracji wysokościowej. Raymond B. Huey i Xavier Eguskitza z University of Washington pisząc w „Journal of Experimental Biology” o granicach wytrzymałości człowieka, wiążą ten rodzaj wypadków z upośledzoną kondycją psychiczną alpinistów, głównie z zaburzeniami krytycyzmu, trudnością oceny sytuacji oraz objawami ataksji, czyli zaburzeniem koordynacji psychoruchowej i równowagi. Nie bez powodu zdobywanie Mount Everestu bez tlenu ktoś nazwał „sztuką cierpienia”.

Na śmierć z powodu patologii wysokościowej narażeni są nie tylko himalaiści, ale także uczestnicy wysokogórskiego trekkingu. Chociaż zwykle nie przekraczają oni wysokości ekstremalnych, to może pojawić się u nich obrzęk mózgu i/lub płuc z powodu niedostatecznej aklimatyzacji. Matt Dickinson i współpracownicy opisali w „Thorax” siedem przypadków śmierci wśród turystów górskich w Himalajach. Ofiarami byli mężczyźni w średnim wieku. Trekking rozpoczęli zaraz po podróży samolotem, gdy trafili na dużą wysokość bez uprzedniej aklimatyzacji. Albo kontynuowali wyprawę mimo nasilonych objawów choroby górskiej: wymiotów, duszności i wyczerpania.
Co roku około 10 milionów osób uprawia wspinaczkę górską lub narciarstwo na dużej wysokości. Martin Burtscher w 2007 roku na XV Sympozjum Hypoksja w Lake Louise przedstawił dane statystyczne dotyczące zgonów w Alpach austriackich – wynika z nich, że zanotowano tam 300 przypadków nagłej śmierci, z czego 30 proc. z powodu niewydolności serca. Połowa takich wypadków zdarza się w pierwszym dniu pobytu na dużej wysokości, dotyka zwłaszcza osoby cierpiące na nadciśnienie tętnicze.

Białe piekło

Jakby na przekór statystyce, ratownik medyczny Pietro Bassi, który przeprowadził 1400 autopsji ofiar Alp w Innsbrucku, uważa, że „góry są szkołą życia, a nie śmierci”. Relacje tych, którzy przetrwali w ekstremalnych warunkach w wysokich górach, stanowią niezwykły dokument funkcjonowania człowieka w takiej sytuacji. Przetrwali, choć nikt nie dawał im szansy.

Bliski śmierci podczas wyprawy na Annapurnę był francuski himalaista Maurice Herzog. To on był zdobywcą pierwszego z ośmiotysięcznych szczytów Ziemi – właśnie Annapurny. Podczas biwaku na wysokościach w jamie śnieżnej, w stanie wychłodzenia organizmu, z odmrożeniami, które później zakończyły się amputacjami, doświadczał zaburzeń świadomości. W książce Annapurna pisał: „Śnię na jawie. Czuję, że koniec jest bliski. Ale takiego końca pragną wszyscy alpiniści, gdyż zgodny jest z ich pasją. Jestem wdzięczny górom, że są dziś dla mnie tak piękne. Ich cisza wzrusza mnie jak cisza kościoła. Nie cierpię wcale i nie czuję żadnego lęku. Mój spokój jest przerażający”.

Na taki spokój daremnie czekał w Boże Narodzenie 1991 roku mój przyjaciel José Antonio Pujante, hiszpański lekarz-alpinista, zagubiony na stokach Aconcagua. Załamanie pogody zmusiło go do samotnego odwrotu spod wierzchołka. Podczas zejścia stracił orientację i nie odnalazł schronu, w którym zamierzał przeczekać załamanie pogody. Po 20 godzinach zmagań z huraganowym wiatrem, przy temperaturze około -40oC, zdecydował się na biwak pod gołym niebem, w osłonie skały. W pozycji płodowej przeczekiwał huraganową noc. Jego udręka zaczęła się od spazmatycznych drgawek i bólu odmrażanych kończyn. Jak pisał potem w „Caleidoscopio Literario”, po kilku godzinach poczuł się dosłownie skamieniały, jakby przyspawany do skały. Śnieg pokrył go sztywnym gorsetem. Pomyślał, że nigdy go nie odnajdą. Martwił się, co zrobi jego rodzina i przyjaciele. W pewnym momencie usłyszał głosy w oddali. Rozpoznawał je: był to głos zmarłego przed dziesięciu laty ojca, a także niedawno zmarłej cioci.

Wydało mu się to całkiem naturalne, że ich słyszy, przecież znalazł się blisko nich. Pomyślał: „Ostatecznie spotkamy się ponownie. Proszę jedynie Boga, aby to nie trwało długo. Nie wytrzymam dłużej strasznego bólu rąk i stóp z powodu zatrzymania krążenia. Medycy nazywają ten stan »białą śmiercią«. Umieranie z powodu hipotermii uważa się za »słodką śmierć«, przechodzącą łagodnie w odurzenie i śpiączkę. Taka śmierć pozostawia błogi wyraz na twarzy ofiary. Ja czułem jednak nieludzki ból. Jedyne, czego pragnąłem, to zasnąć, stracić przytomność, skończyć z sobą, ale mój umysł był jasny i krytyczny. Myślałem, co będzie ze mną po oddaniu ostatniego tchnienia, co lub kogo tam spotkam? Dokąd się udaję? Czy będzie tam Bóg? Czy stanę przed diabłem; czy spotkam tych, którzy odeszli przede mną? Lęk ustępuje miejsca nadziei, że wszystko się kończy.

Lecz nagle czuję, że serce zaczyna bić mocniej, jego skurcze docierają do mózgu z większą siłą niż huragan wokół. W gardle odczuwam wyraźnie arytmię serca i ekstrasystole [skurcze dodatkowe]. Od wielu godzin jestem całkiem sparaliżowany, jak posąg z lodu, już się z tym pogodziłem. Lecz ta sensacja sercowa wywołuje silny dreszcz. Nagle pojawia się duszność. Usiłuję złapać powietrze pod lodowym pancerzem, lecz moje płuca i klatka piersiowa nie reagują. Mec...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy