Wyciągam seniorów spod dywanu

Ja i mój rozwój I

Młodzież zaprasza mnie nie dlatego, że jestem świetnym DJ-em, ale z ciekawości. Chcą zobaczyć, jak sobie daję radę. Patrzą i nie wierzą. Odpowiadam, że ich babcie chociaż coś uszyją, upieką, a ja jestem do niczego - mówi DJ Wika.

Antoni Rokicki: – W jednym z wywiadów powiedziała Pani: „To, że jestem didżejką, zawdzięczam jednemu człowiekowi. Ten człowiek był miłością mojego życia”.
DJ Wika: – Mojemu drugiemu mężowi. Dzięki niemu poczułam, że miłość buduje, łagodzi spojrzenie na życie. Kochając, odrzucamy wstyd i zażenowanie, oddajemy się cali drugiej osobie. Jest wiele rodzajów miłości, na przykład dziecka i matki. Ludzie, którzy jako dzieci nie zaznali miłości, są zagubieni. Nie potrafią kochać innych, są zaborczy wobec partnera. Byłam jedynaczką, silnie związaną z mamą. Chociaż miałam już męża i dzieci, to ciągle czułam się dzieckiem. Dzieckiem mojej mamy. Konsultowałam z nią wiele rzeczy, dzięki niej czułam się taka młoda. Gdy wychodziłam na wieczorki, zawsze pytałam ją, czy dobrze wyglądam. Po jej odejściu nie wiedziałam, jak żyć, musiałam stać się dorosła.

A Pani ojciec?
– Jako syn oficera, carskiego generała, był prześladowany, zesłano go na Syberię. Cała rodzina była na indeksie. To dramatyczna historia. Ojciec był świadkiem, jak spalono jego ojca. Potem trafił do domu dziecka w Wilnie. Nie chciał opowiadać o tych czasach. W Polsce nie mógł znaleźć sobie miejsca. Zmieniał pracę, jeździł z miasta do miasta, a my za nim. Wiele razy zmienialiśmy miejsce zamieszkania. Miałam takie cygańskie życie, może dzięki temu łatwo dostosowuję się do wszystkiego?

Ale do emerytury początkowo trudno było się Pani dostosować?
– Przeraziłam się. Wcześniej byłam dyrektorem, co dzień szłam do pracy, gdzie byłam kimś, miałam pozycję. A komu jestem potrzebna na emeryturze? – zastanawiałam się. Mężowi, żeby zrobić obiad? Wnuczkom? Nikt nie dzwonił, o nic mnie nie prosił. Nic, tylko iść i wybrać miejsce na cmentarzu, posadzić sobie kwiatki. Kiedy przeszłam na emeryturę, miałam dopiero sześćdziesiąt lat, mogłam jeszcze pożyć ze trzydzieści.

Nie chciała ich Pani spędzić przed telewizorem?
– Ani siedzieć przy herbacie i rozmawiać, kto z kim i dlaczego. Nawet gdy chorowałam, nigdy nie leżałam. Dopiero ostatnio choroba przykuła mnie do łóżka. I, powiem panu, że mi się to nawet spodobało. Leżałam sobie, czytałam... Poczułam się wolna.

Choroba czy emerytura zwalnia nas z różnych zadań. Pojawia się wiele wolnego czasu. To miłe, ale można wpaść w pułapkę...
– I wiele osób w nią wpada. Jest im dobrze, nie muszą iść do pracy. Mają niewielkie emerytury, więc zaczynają myśleć oszczędniej, zrobią sobie placuszek i już! Jedynym ich celem staje się klikanie pilotem telewizora. Część osób godzi się ze stereotypem, że emeryt zajmuje się pieleniem ogródka. Stopniowo zapominają ogolić się, uczesać – bo po co? Woda przecież kosztuje. Pójdą na bazar, ponarzekają na polityków – taki obraz roszczeniowych, niedomytych starszych ludzi ma młodzież. Na szczęście nie wszystkim to wystarcza. Uważam, że nie można nie wymagać od siebie. W drugiej połowie życia trzeba znaleźć sobie drugi zawód. Czegoś chcieć. Bo inaczej popadniemy w pułapkę wygody i lenistwa. Kiedyś uważano, że nawet wejście do innego kościoła jest grzechem, starsze osoby żyły według utartych schematów. Dziś są Uniwersytety Trzeciego Wieku, można uczyć się czegoś nowego, poszukać pracy, np. wyprowadzać psy, zajmować się dziec[-]kiem. Nie wyobrażam sobie, żeby na emeryturze nic nie robić.

Postanowiła więc Pani pracować z seniorami...
– Początkowo kluby seniora nie wydały mi się zachęcające. Starsi spotykali się i narzekali na świat, na zdrowie. Co to za przyjemność? To już lepiej posiedzieć na ławce na świeżym powietrzu. Miałam wątpliwości. Ale potem powstały teatrzyki, zespoły wokalne, organizowano wycieczki i spotkania z ciekawymi ludźmi.

Skąd pomysł, by organizować imprezy taneczne dla seniorów?
– Mój sąsiad, słysząc to, stwierdził, że mam świra: „W pani wieku trzeba siedzieć w domu”. A ja chciałam dać ludziom szansę na bycie blisko. Taką szansę stwarza zaś taniec – pozwala na ruch, przyjemność bycia razem, poznawanie innych ludzi. W tańcu jest bliskość. Niektórzy wstydzą się jej. Zastanawiają się, co inni sobie pomyślą. A przecież potrzebujemy czułości, akceptacji i miłości w każdym wieku, a szczególnie potrzebują tego osoby starsze, które często czują się samotne, bo dzieci wyprowadziły się, wyjechały, nie mają czasu na odwiedziny. Zmienia się model rodziny, rozpada się więź międzypokoleniowa. Samotność prowadzi do depresji, do chorób i zamknięcia się w sobie. Jeśli zaś spotykam się z ludźmi, którzy mają takie same jak ja problemy, czuję więź i wsparcie. Ubieram się i idę grać, tańczyć! W domu kultury była piękna sala, chciałam tam organizować imprezy. Najpierw była pogadanka, a potem zabawa.

A ponieważ domu kultury nie stać było na profesjonalnego DJ-a, sama się Pani tym zajęła. Nie bała się Pani, że nie da rady?
– Muzykę kochałam od dawna. W młodości uczyłam się gry na pianinie, ale zarzuciłam to, bo mi się nie chciało. Wolałam uprawiać gimnastykę lub grać w piłkę. Ale muzyka towarzyszyła mi zawsze, dziś też wypełnia mi czas, zmusza do nauki, poznawania. Do obcowania z nią nie trzeba mieć nikogo obok.

Pierwszy raz zagrała Pani na dyskotece dwa tygodnie po śmierci męża. Muzyka pomogła Pani przetrwać ten czas?
– Wypełniła mi samotność, dała towarzystwo. Dzięki muzyce wracam do moich marzeń, bardzo intymnych przeżyć i wspomnień. Ci, którzy zajmują się muzykoterapią, twierdzą, że muzyka kształtuje nasz mózg. Wycisza, relaksuje, podczas jej słuchania uwalnia się dopamina, czyli hormon szczęścia. Dzięki niej mam co robić. Opiekuję się też kotami w moim bloku. Osobom starszym kontakt z czworonogami jest potrzebny. Uczy czułości i sprawia, że czujemy się
potrzebni.

Jak rozwija Pani swój warsztat DJ-a?
– Młodzi DJ-e podpowiedzieli mi, że nie wypada występować z odtwarzaczami pod pachą. Pożyczyli mi swój mikser, kilka razy zagrałam i już nie chciałam wracać do odtwarzaczy. Kupiłam własny mikser. Nauczyli, jak go obsługiwać. Gdy jeżdżę po Polsce, starsi pytają mnie, jak zacząć grać. Mówię, że najpierw trzeba nauczyć się obsługi komputera. Trzeba też kupować płyty, ja mam ich około tysiąca, i dziesięć tysięcy melodii na komputerze. Musiałam kupić sobie dysk przenośny, bo zapchany komputer zawieszał się. A mimo to czasami zdarzają się dni, że żaden utwór mi nie odpowiada, nie wiem, co ma...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Zobacz więcej

POLECAMY

Przypisy