Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

BRUKSELA SIĘ GNIEWA, PARYŻ POUCZA

0 444

Każde oczekiwanie zmiany wzbudza pewne nadzieje, ale i rozmaite lęki. Im bliższy jest moment integracji z Unią Europejską, tym bilans emocji z nią związanych wydaje się bardziej negatywny. Dlaczego tak się dzieje?

Każde oczekiwanie zmiany, zarówno w prywatnym życiu człowieka, jak i w życiu własnej grupy czy społeczności, do której należymy, wzbudza pewne nadzieje, ale i rozmaite lęki. Im bliżej tej zmiany, tym emocje są żywsze. Jedni koncentrują się na kosztach i trudnościach, inni patrzą na zmianę z nadzieją i optymizmem. Proces integracji międzynarodowej w ramach Unii Europejskiej stanowi nie tylko zapowiedź zmiany, ale uruchamia także proces porównań społecznych. Nic więc dziwnego, że wzbudza w nas żywe emocje. Im bliżej maja 2004, tym bilans emocji związanych z obecnością Polski w UE wydaje się bardziej negatywny.
Dlaczego tak się dzieje? Jedno z wyjaśnień psychologicznych jest takie, że widocznie wynik naszego porównywania się z innymi krajami (członkami UE), zarówno w sferze funkcjonowania instytucji, państwa i gospodarki, jak i w sferze kontaktów międzyludzkich, wypada dla nas niekorzystnie. Gdy jest się gorszym od pożądanego wzorca, zazwyczaj samoocena obniża się i pojawiają się negatywne emocje. Rzecz jednak w tym, że nie jest jasne, z kim naprawdę się porównujemy i jakich kryteriów używamy. Sądzę, że odwołujemy się do jakiegoś nieistniejącego realnie „przeciętnego Europejczyka”. Tymczasem Europejczycy i poszczególne kraje Unii poważnie różnią się między sobą, i to zarówno w zakresie funkcjonowania gospodarki i państwa, jak i podzielanych wartości, postaw i przekonań. Również nasze społeczeństwo nie jest monolitem: nie ma „jedności narodu” niemal w żadnej ważnej sprawie społecznej czy politycznej. Ale w międzynarodowych badaniach porównawczych operuje się danymi uśrednionymi, co koncentruje uwagę na zróżnicowaniu między krajami, a nie wewnątrz nich, oraz między „starą Europą” a Polską.

Przekonanie o jednolitości społeczeństwa Europy, o spójności UE, ma ważną konsekwencję psychologiczną: wzbudza lęk przed kontaktem z jednolitą całością, potężnym monolitem. Prawie pół wieku temu Donald Campbell zauważył, że grupy mogą być postrzegane jako spójne jedności lub raczej jako zbiory jednostek, tworzących większe całości. Zbiorowość (np. kraje UE) jest tym bardziej „spójną jednością”, im jednostki wchodzące w jej skład są bliżej siebie (w sensie fizycznym i psychologicznym), bardziej podobne i podzielają wspólny los. W ostatnich latach przeprowadzono serię badań wskazujących, że informacje dotyczące zbiorowości różniących się poziomem owej „spójnej jedności” są rozmaicie przetwarzane. O zbiorowościach bardziej jednorodnych myśli się podobnie jak o silnych osobach, przypisuje się im cechy, zamiary czy motywy wywierania wpływu. Następuje specyficzna antropomorfizacja tej całości, czego przejawem mogą być takie sformułowania: „Bruksela gniewa się”, „Paryż poucza”, „Waszyngton starszy”, „Warszawa czuje się dotknięta”.
Zarówno własne społeczeństwo, jak i społeczeństwa innych krajów można postrzegać jako mniej lub bardziej jednorodne całości. Gdy własna grupa jest widziana jako wewnętrznie spójna, to członkowie czują się silni i bardziej bezpieczni, mniej obawiają się działań grup zewnętrznych. W analogiczny sposób interpretowana jest spójność i jednolitość grup zewnętrznych. Jednak siła grupy zewnętrznej nie zawsze wydaje się nam dobra: zależy to od tego, czy postrzegamy ją jako przyjaciela, sprzymierzeńca, czy też jako wroga.

Ten kontekst teoretyczny stanowił punkt wyjścia badań nad stosunkiem amerykańskich studentów do Unii Europejskiej, przeprowadzonych w roku 2003 przez Emmanuela Castano, Simonę Sacci i Petera Haysa Griesa. Okazało się, że postawę młodych Amerykanów wobec Unii najlepiej wyjaśnia interakcja wyobrażenia UE jako organizacji kooperującej bądź rywalizującej oraz spostrzeganego poziomu jej jednorodności. Im bardziej Unia Europejska wydawała się monolitem (całością o podobnych doświadczeniach historycznych i podobnej mentalności, podkreślającą silne wzajemne związki między krajami UE) lub gdy była prezentowana na mapie świata jako wyraźnie wyodrębniona całość (wszystkie kraje UE w jednym kolorze, nie ma zaznaczonych granic państwowych) – tym bardziej młodzi Amerykanie widzieli ją jako zagrożenie dla interesów USA, zwłaszcza kiedy przypisywali jej tendencje rywalizacyjne.
Nie mamy jeszcze w Polsce wyników analogicznych badań. Na razie możemy więc tylko przypuszczać, że nasze lęki przed akcesją do Unii Europejskiej mogą być pochodną traktowania jej jako „jednolitej spójności” i ogólnej postawy nieufności, czyli widzenia świata jako raczej ponurego miejsca, w którym inni próbują nas wykorzystać, ograbić i poniżyć.

Nie tylko my dokonujemy porównań ze „starymi” członkami UE. Oni także bacznie nas obserwują i od tego, jakie są wyniki tych obserwacji, zależą ich nastroje wobec rozszerzenia wspólnoty. Wprawdzie zasadniczą deklarowaną wartością europejskiej wspólnoty jest pluralizm, ale psychologicznie zrozumiała wydaje się niechęć tych, którzy patrzą na nas jako na nowy element wspólnoty, wyraźnie różniący się od reszty w ważnych zakresach życia społecznego czy w mentalności. Pamiętając, że postrzeganie społeczeństwa polskiego jako jednorodnego jest uproszczeniem, przyjrzyjmy się jednak takim sferom mentalności społecznej, w których różnimy się od innych społeczeństw Europy. Najlepiej udokumentowane empirycznie są różnice w trzech obszarach: zaufanie do ludzi, aktywność obywatels...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy