Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

„Pożyteczne jest dla was moje odejście”

0 324

Zmarł Jan Paweł II. Kim był dla każdego z nas? Jaki testament nam zostawił? Dlaczego tak wyrastał ponad wszelkie podziały? Czemu z takim smutkiem żegnali Go wierzący i niewierzący, chrześcijanie i wyznawcy innych religii? Swoimi refleksjami dotyczącymi osoby i nauki Ojca Świętego dzielą się: Alosza Awdiejew, Wojciech Eichelberger, Krzysztof Jedliński, Stanisław Krajewski, Selim Chazbijewicz, Jacek Prusak SJ, Andrzej Płoski, Michał Płoski, Dariusz Bugalski i słuchacze radiowej Trójki.

Żebym rozumiał innych ludzi inne języki inne cierpienia
Zbigniew Herbert  "Modlitwa Pana Cogito - podróżnika"

Jak można teraz pisać o naszym Wielkim Pasterzu, kiedy jeszcze boli pępowina, która łączyła nas z Nim i którą zerwał bezwzględny los. Trudno zebrać myśli i znaleźć słowa, takie słowa, które by w sposób chociaż zbliżony oddawały uczucia, jakie przeżywamy.
Sięgając do pamięci, przywołuję w mojej wyobraźni wspaniałego kardynała Karola Wojtyłę, którego spotkałem, kiedy mnie, zabłąkaną owieczkę, studenta ze Związku Radzieckiego, moi koledzy zaciągnęli do „Beczki” w kościele Dominikanów w Krakowie. Było to w roku 1968, roku rewolucji studenckiej. Tam, w tym kościele, z młodzieżą często spotykał się przyszły Papież. Powiodło mi się, bo Go tam zobaczyłem. Podczas spotkania z nami uśmiechnął się do mnie tym uśmiechem, który pokochały miliony ludzi na całym świecie, i zapytał, czy mógłbym zaśpiewać jakąś rosyjską pieśń religijną. Zaśpiewałem mu „Modlitwę” Bułata Okudżawy. Nie znałem innych rosyjskich pieśni religijnych, bo pochodziłem z kraju, gdzie wszystkie święta były państwowe, a największym z nich była rocznica rewolucji październikowej. Dobrze chociaż, że moja babcia ochrzciła mnie po kryjomu. Zaśpiewałem więc Okudżawę. Starałem się, jak mogłem. Podejrzewam, że byłem bardziej zadowolony niż On.

W październiku 1978 roku szedłem ulicą Szewską. Nagle koło mnie zatrzymał się samochód, z którego wyskoczył mój znajomy, aktor, z żoną, też zresztą aktorką. „Polak Papieżem!” – krzyknęli do mnie radośnie. W euforii zaczęliśmy tańczyć naokoło samochodu. W tamtych czasach, czasach gierkowskiego socjalizmu, natężenie ruchu drogowego na to pozwalało.
Karol Wojtyła opuścił więc Kraków i stał się Ojcem Świętym dla całej ludzkości. Z ogromnym zadowoleniem śledziłem Jego wielki wzlot i rosnącą popularność na całym świecie. Ten Człowiek przerósł nawet instytucję, której przewodził. Dla nas wszystkich był nie tylko Papieżem, lecz również Ojcem, który mocą swej charyzmy zjednoczył ludzi różnych wiar i niewiar i wskazał drogę wspólnego pojednania i zrozumienia.
Teraz, kiedy Jan Paweł II odszedł, nazywamy Go Wielkim. A przecież wielkim był zawsze, bo obok Niego czuliśmy się lepsi, mocniejsi, natchnieni nadzieją. Był potężną dźwignią, która podnosiła nas do Boga. Był tak wielki, że w każdym z nas została Jego cząstka, która – chociaż nie może Go zastąpić – zawsze będzie ożywiać nasze serca. Przekażemy ten płomień miłości i mądrości swoim dzieciom i wnukom, będziemy im opowiadać o wielkim szczęściu naszego życia: że przypadło nam na własne oczy i uszy pobierać nauki Jana Pawła II – nauki Proroka, który w ciemnościach naszego świata podłości i nienawiści rozświetlał nas głoszeniem Miłości i Pokoju, który swym wielojęzycznym Słowem utwierdzał nas w przekonaniu, że możemy być lepszymi, że możemy kochać i wybaczać. Uczył nas cierpienia i radości życia.
I niech ci, którzy krzyżowali i krzyżują Go swoim cynizmem i niewiarą, popatrzą w miliony żegnających go oczu, oczu pełnych miłości i wdzięczności dla Niego – za to, że żył, walczył, cierpiał i zmarł dla nich. Może zobaczą coś, czego wcześniej nie dane im było zobaczyć i zrozumieć.
Alosza Awdiejew

Jego wiara – tak całkowicie, tak głęboko i niewzruszenie zakorzeniona w świadectwie i przekazie Chrystusa, z takim oddaniem i radosnym entuzjazmem praktykowana i głoszona – nieuchronnie musiała dotknąć uniwersalnego, ludzkiego wymiaru wiary, tej powszechnej tęsknoty za Prawdą, od zawsze obecnej w ludzkich sercach, bez względu na epokę dziejów i wyznawaną religię. Tak więc dla świata ten wielki orędownik Chrystusa stał się jednocześnie orędownikiem Wiary i wcieleniem Wiary w jej uniwersalnym, ponadczasowym i ponadreligijnym wymiarze. Dlatego płacze po Nim świat – nie tylko ten chrześcijański, nie tylko świat religii, wiar, kultów i Kościołów; płacze po Nim świat cały, świat ludzi, świat istot spragnionych Prawdy.

Jego serdeczność, naturalność, spontaniczność i szczerość, Jego nieustraszoność i pracowite, pełne poświęcenia życie – stały się dla miliardów ludzi wspaniałym, zachęcającym dowodem tego, jakim człowieka czyni prawdziwa wiara. Dlatego w tylu ludzkich sercach obudził żywą i gorącą tęsknotę za naszą wolną od lęku i wątpliwości, zdolną do miłości i poświęcenia prawdziwą istotą. Widział uwielbienie tłumów, więc – jak każdy prawdziwy nauczyciel – kiedy tylko mógł wskazywał na swego ukochanego Mistrza i mówił: to nie ja – to On, na Niego patrzcie, nie na mnie, to On mówi przeze mnie, szukajcie Go w waszych sercach, tam mieszka i nazywa się Miłość. Tylko przed Nim i tymi, którzy Go poznali, przed ostatecznym człowieczym powołaniem i spełnieniem, pozwalał klękać i opuszczać głowę. Nie zgadzał się, abyśmy klękali przed ideologiami, władzą i bogactwem, przed tyranami i przemocą. Niezmordowanie wzywał nas do wolności, godności i wzajemnego szacunku. Więc nie straszył, nie karał, nie kazał się bać, lecz budził gorące pragnienie Prawdy, nadzieję i determinację. Zarażał nas boskim wymiarem miłości, w którym sam tak wyraziście i naturalnie uczestniczył, i uczył cieszyć się zachwycającym dziełem stworzenia. Tym bardziej cierpiał, widząc, jak często zaprzeczamy swemu prawdziwemu, boskiemu dziedzictwu i powołaniu. To, że świat cały i my, ludzie – bez względu na religię czy światopogląd, które wyznajemy, bez względu na kolor skóry, bez względu na etniczną czy kulturową przynależność – czerpiemy z jednego źródła życia, będąc jedynie jego przejawem, że pijemy z jednego kielicha i jednym chlebem się dzielimy, że wszyscy niesiemy w sercach potencjał zbawienia i że mamy prawo realizować go na różne sposoby – było dla Niego oczywiste. I takie też było Jego nauczanie: oczywiste, proste, elementarne i uniwersalne. Wiedział, że losy świata i jego przetrwanie zależą od tego, na ile oczywistą świadomość podstawowej jedności i braterstwa wszystkich istot będziemy budzić i podtrzymywać każdego dnia, w każdej chwili naszego życia, od tego, jak blisko będziemy Prawdy i czy zdołamy ją obronić. Obiecywał, że im więcej w nas będzie Wiary, tym mniej lęku, chciwości, nienawiści i arogancji, a także przywiązania do ciała i do życia przeżywanego z perspektywy „ja” – a więc tego wszystkiego, co tworzy cierpienie, konflikt i wojnę. Prosił, aby Mu wierzyć, że gdy porzucimy nasze egocentryczne przywiązania i całkowicie oddamy się temu, co stanowi naszą prawdziwą istotę i dzieloną z całym stworzeniem tożsamość, to wtedy naturalną treścią naszego życia staną się miłość, współczucie, współpraca, wybaczenie i radość. Ostrzegał, że w realizacji tej najważniejszej ze spraw patriarchalna tradycja i obyczaj stanowią istotną przeszkodę. W swojej mądrości wskazywał, że współczesny świat pilnie potrzebuje Matki, tego, by kobiecy sposób rozumienia, odczuwania i istnienia mógł w pełni przejawić się w naszym życiu społecznym, politycznym i religijnym. Dlatego opiece i trosce Matki świat, Polskę i Kościół powierzył.

Jakże wyrazić Mu wdzięczność za to, że tak wielu zatęskniło za Prawdą, że tak wielu uwierzyło, że tak wielu przekonał, że tyle trudu włożył w zasianie w ludzkich sercach nadziei. Trudźmy się sami wytrwale nad tym, by Jego praca nie poszła na marne. Niech trwa w naszych sercach. Jesteśmy Mu to winni – wszyscy, których serc dotknął.
Wojciech Eichelberger

Papieża Jana Pawła II spotkałem bezpośrednio tylko raz, i to wtedy, gdy był jeszcze „tylko” kardynałem Karolem Wojtyłą – pamiętam mocny męski uścisk dłoni i głębokie, uważne spojrzenie w oczy. Rodzaj kontaktu, jaki nawiązywał, był osobisty i tak zwyczajny, że w tej zwyczajności nadzwyczajny. Myślę, że to spotkanie spowodowało, że mój stosunek do Papieża jest również w jakimś sensie osobisty i zwyczajny.
Ostatnie na tej ziemi godziny Jana Pawła II ja i moja żona Jola spędziliśmy na dialogu nad piękną książką Zbyszka Nosowskiego „Parami do nieba. Małżeńska droga do świętości”. Wynikało to z pewnej konieczności – następnego dnia mieliśmy aktywnie uczestniczyć w spotkaniu tej książce poświęconemu (nie wiedzieliśmy przecież, że zostanie ono odwołane). Z drugiej strony taka forma przeżycia tego trudnego czasu wydawała się nam najbardziej sensowna. Pozwalała oderwać się od nerwowego i lękowego oceniania kolejnych wiadomości o stanie zdrowia Papieża (bądź ich braku). Dialog – jeśli się w niego wejdzie – jest nieodmiennie czymś pięknym. Jestem pod wrażeniem komplementarności – mój praktycyzm łączył się z uduchowieniem Joli (a przecież „normalnie” mogłyby się ścierać), i zbieżności – doszliśmy między innymi do wniosku, że w odniesieniu do małżeństwa pojęcie „świętość na co dzień” należałoby zastąpić przez „miłość” (tak jak ją rozumie św. Paweł – 1 List do Koryntian). Nigdzie tak dobrze jak w małżeństwie czy w rodzinie nie widać, że we wzajemnej relacji zastąpienie miłości przez sprawiedliwość prowadzi do śmierci. Innymi słowy, małżeństwo jest w jakimś sensie skazane na miłość, a to znaczy: na świętość. Chodzi często o zupełne drobiazgi. Czy zlew pełen brudnych naczyń „należy się” temu, kto go napełnił, czy też może mnie? Czy szklankę herbaty przyrządzam, a potem wypijam „aby szybciej”, czy z miłością? Czy naprawdę słucham (a jak Papież potrafił słuchać!)? Mojego zawodu nie sposób wykonywać bez intensywnego słuchania. Ale jakże często w domu „odpoczywam” po tej intensywności, i to do tego stopnia, że moje roztargnienie jest przysłowiowe! A jeszcze zdolność do zadziwienia bliskich świętością, czyli miłością, która to miłość „kumuluje się” w swoisty wspólny kapitał rodzinny.

I tak mam pierwsze punkty testamentu Papieża dla mnie. Następny to, aby patrzeć w oczy przeciwników (często chce się uciekać wzrokiem), i to z życzliwością. Przy tym stanowczo trwając przy swoim w sumieniu wyważonym stanowisku. I w dodatku jeszcze poszukiwać choćby najmniejszego terenu wspólnego! Dalej, odpisywać szybko na listy. Znam dwie zupełnie zwykłe osoby, które systematycznie korespondowały z Papieżem. Do jednej z nich napisał już po Nowym Roku...
Przeczytać te encykliki Jana Pawła II, których jeszcze nie przeczytałem, a pozostałe przejrzeć na nowo. Obejrzeć „Przed sklepem jubilera”. Przeczytać literackie książki Papieża, a zwłaszcza jego poezję. Zgłębić teologię ciała – patrz: małżeństwo. Pielęgnować w sobie miłość do Kościoła jako instytucji – dzięki Janowi Pawłowi II zrozumiałem, że jest to po prostu rodzina (która przecież ma też aspekt instytucji). Jeśli ojciec jest dobry i „ojcowski”, to można się poczuć na tyle bezpiecznie, że da się przyjąć, zaakceptować nieznośnych wujków, kuzynów czy nieznośne ciotki. W wolności i z szacunkiem pozwalać sobie na krytykę, gdy taka jest potrzebna. Ale nade wszystko trwać w miłości. Bo przecież próbować oddzielać istotę od instytucji to tak, jakby oddzielać duszę od ciała – to też zrozumiałem dzięki Papieżowi.
Wreszcie jeździć na nartach dokąd się da, studiować filozofów i wybrać się do Ziemi Świętej. Nie wstydzić się zamiłowania do słodyczy i tego, że nie przepadam za kremówkami.
I jeszcze ostatnie przesłanie: uciekać od czczych prognoz, kto zostanie wybrany i co zrobi, a potem za wszelką cenę opierać się pokusie porównywania następnego papieża z Janem Pawłem II. I ufać, że Duch Święty nie przestaje działać w Kościele i w świecie.
Krzysztof Jedliński


Jestem uczestnikiem dialogu międzyreligijnego. Ten dialog, pojęty głęboko, a więc nie jako dyplomacja czy miły uśmiech, ale jako celebracja inności partnera, staje się możliwy wtedy, gdy założymy, uwierzymy, że... jest on możliwy. Jan Paweł II mówi mnie, nam: nie poddawaj się zwątpieniu, trwaj w wierze, że tak właśnie jest. Mówi też: nie lękaj się, nie trać nadziei. Te słowa brzmią potężnie, choć podobne słowa wypowiadają także inni. Jednak Jego wiarygodność jest szczególna. Wiem to, choć nie wiem, skąd ta pewność. Może poddałem się nastrojowi tłumów? Może mediów? Zwłaszcza polskich? Nie mogę tego wykluczyć, ale pamiętam przecież piorunujące wrażenie, jakie wywarła na mnie wizyta Papieża w 1979 roku. Potem wrażenie było coraz słabsze. Wśród wypowiedzi trafiających w sedno były też słowa, które mi nie odpowiadały i wymagały (nadal wymagają) dyskusji. Ale przecież zawsze wyczuwałem czystość intencji, wiarygodność. Dzieło całego pontyfikatu Jana Pawła II, całego Jego życia stopniowo ogromniało. Bez Niego o ileż trudniej byłoby wszystkim uczestnikom dialogu chrześcijańsko-żydowskiego! Dlatego słyszę: trwaj w wierze, nie lękaj się, nie trać nadziei.
Mówią to również inni. Nie trać nadziei – przemawia do mnie cała tradycja żydowska. A jednak to przesłanie Papieża, człowieka innej wiary, jest dla mnie wyjątkowo ważne. Dlaczego?

Chyba dlatego, że słowa wypowiada się łatwo. A w przypadku Jana Pawła II za słowami stoi postawa, cały człowiek, całe Jego życie. Nawet to Jego cierpienie, które działo się publicznie. Uosabiał wiarę – nie moją, ale poruszającą i inspirującą. Wydawał się bardzo mocno osadzony w swojej tradycji, a to może umacniać także uczestnika innych tradycji. Jednocześnie wyrażał sobą postawę otwartości i szacunku, miało się poczucie, że widział innego człowieka. Dzięki temu wyrażał postawę dialogiczną – nigdy nie wątpiłem, że dialog był Jego żywiołem.
Zarazem Papież chciał ewangelizować, głosić prawdy swojej wiary. Był przekonany, że tylko w Jego Kościele jest „pełnia zbawczych środków”. Taka teza wymaga dyskusji. Ale z góry wiem, że On mógł ją tak rozumieć, by ograniczyć – a może nawet zupełnie usunąć – wynikające z niej zagrożenie, to znaczy zagrożenie dla mnie. Najwyraźniej łączył przeciwstawne żywioły: mocne przekonanie o właściwości swojej tradycji, chęć jej głoszenia – z jednej strony, a z drugiej – otwartość, głęboko pojęty dialog. I jeszcze bardziej sprzeczne ze sobą: afirmację swojej tradycji, dumę z niej, a z drugiej strony – bezprecedensową modlitwę pokutną, uznanie win ludzi, którzy tę tradycję tworzyli. Jak takie połączenie jest możliwe?
Odnosząc się do jednego z najtrudniejszych punktów dzielących teologicznie żydów i chrześcijan, Jan Paweł II rzekł: „O ile zaś Stare [Przymierze] może odnaleźć w Nowym swoje spełnienie, jest oczywiście sprawą Ducha Świętego. My, ludzie, staramy się temu tylko nie przeszkadzać”. Właśnie: miał w sobie nie tylko wiarę i uczoność, ale i wiele pokory, która jest – jak mówił Abraham Joshua Heschel – niezbędnym, a tak rzadko obecnym kluczem do poprawnej teologii.
Stąd wiarygodność przesłania, które pojmuję jako skierowane do mnie: Dialog ma trwać. Nie lękaj się. Nie trać nadziei.
Stanisław Krajewski
...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy