Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Adoptować żeby... urodzić?

0 273

Adopcja nie jest lekiem na niepłodność, choć kobiety, które nie mogą mieć własnych dzieci, często myślą o adopcji w ten sposób. Zwłaszcza gdy słyszą o tych, które zaszły w ciążę już po złożeniu wniosku o adopcję! Świadomie lub nie – łudzą się, że decyzja o adopcji odblokuje ich ciało. Czy tak się stanie?

– Chciałabym umówić się na spotkanie. Od wielu lat leczymy się z mężem z powodu niepłodności. Wydaje mi się, że potrzebuję pomocy. Chciałabym ułożyć sobie kilka spraw, przyjrzeć się im wnikliwie – głos w słuchawce brzmiał ciepło i serdecznie.
Po kilku dniach w drzwiach mojego gabinetu pojawiła się sympatyczna, trzydziestoparoletnia kobieta. Uścisk jej dłoni był pewny i mocny. Zupełnie zdumiała mnie jej pierwsza wypowiedź. Oczekiwałam, że będziemy rozmawiały – jak to zwykle bywa w przypadku osób leczących się z powodu niepłodności – o smutkach, o problemach związanych z leczeniem, być może o psychologicznych powodach niepłodności. Tymczasem ona zaczęła zupełnie inaczej.
– Podjęliśmy decyzję o adopcji. Nie mam już siły na dalsze leczenie. To trwa za długo. Jesteśmy oboje zmęczeni. To jedyne wyjście z sytuacji. Ostatnio sporo myśleliśmy o adopcji.
– Ale w czym ja miałabym państwu, a właściwie pani, pomóc?
– Widzi pani, co prawda ja już podjęłam tę decyzję, ale tak ciężko mi powiedzieć sobie, że to koniec, że nie będziemy więcej podejmować żadnych działań, przestaniemy się już leczyć, chodzić do lekarzy, robić kolejne próby. Trudno jest nam jednoznacznie zamknąć tamten rozdział. Jednocześnie ja czegoś się obawiam w związku z adopcją, nie potrafię nawet nazwać, czego. O tych dwóch sprawach chciałabym porozmawiać.
– Cóż, te sprawy się wykluczają. Moim zdaniem, nie może pani jednocześnie się leczyć i podejmować procesu adopcyjnego.
Byłam pewna, że to niemożliwe. Od ponad dziesięciu lat spotykałam się z kobietami leczącymi się z powodu niepłodności. Moje doświadczenie terapeutyczne pokazywało, że jedna z dróg musi być zamknięta, żeby mogła pojawić się następna. Nie można jednocześnie przeżywać żałoby związanej z faktem braku własnego dziecka i wyobrażać sobie bycia rodzicem – a potem się nim rzeczywiście stać – dziecka, które pojawi się w inny sposób.
Widziałam, że moja klientka myśli o tym, zastanawia się. Próbowała dyskutować: – Ale właściwie w czym byłby problem, gdybyśmy jednocześnie leczyli się i rozpoczęli drogę adopcyjną?
– Myślę, że to nie byłoby łatwe, gdyż wciąż miałaby pani nadzieję na własne dziecko. Czy wtedy byłaby pani gotowa zaangażować się w zupełnie inną drogę do rodzicielstwa i do dziecka?
Pani Anna zgodziła się ze mną, choć nie było to dla niej łatwe.
– Zatem najpierw muszę podjąć decyzję, czy definitywnie kończę leczenie? – bardziej stwierdziła niż pytała.

[nowa_strona] To już koniec?

Moment decyzji o zakończeniu leczenia nigdy nie jest łatwy. Spotykałam się z tym wielokrotnie w rozmowach z pacjentkami. One wciąż mają nadzieję. Trudno się temu dziwić, bo w gruncie rzeczy nadal niewiele wiemy o powodach niepłodności, a medycyna osiągnęła taki postęp, że mimo braku diagnozy lekarze próbują doprowadzić do ciąży metodą inseminacji lub – ostatecznie – poprzez zapłodnienie in vitro. Kobiety mogą się starać o ciążę praktycznie do okresu menopauzy, chociaż czterdziestolatki mają na to jedynie 5 procent szansy. Ale nawet w tym wieku małżonkowie mają nadzieję na powodzenie zabiegów sztucznego zapłodnienia, więc trudno im podjąć decyzję o zakończeniu leczenia. Nic nie zmieni tego, że największe ich pragnienie – wynikające nie tylko z potrzeb psychicznych, ale również biologicznych – to posiadanie własnego, poczętego i urodzonego przez siebie dziecka. Dlatego pary znoszą bardzo trudne leczenie, nawet gdy wiąże się z ogromnym obciążeniem fizycznym i psychicznym, dotykającym zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Leczeniu towarzyszy wieczny stres, wszystko podporządkowane jest jednemu celowi. Nieustające wizyty u lekarza, ciągłe badania, monitorowanie cyklu, w końcu skomplikowane procedury techniczne, które naruszają najgłębszą sferę intymności. Do tego dochodzą nieraz problemy finansowe pary, bo nowoczesne metody pomagające w zajściu w ciążę i posiadaniu własnego dziecka to duże koszty – każda próba in vitro to około 10 tysięcy złotych, a leczenie bardzo rzadko kończy się na jednej próbie...
Pani Anna przeszła wszystkie etapy tej drogi: od badań, długotrwałej diagnozy, wielokrotnej zmiany lekarzy, poprzez leczenie hormonalne, inseminacje, aż do kilku nieudanych prób zapłodnienia in vitro. Najtrudniejsze dla niej było to, że żaden lekarz nie potrafił określić powodu jej niepłodności. Wyniki męża były dobre, u niej nie znaleziono konkretnego powodu, przez który mogłyby pojawić się problemy z zajściem w ciążę. A ciąży wciąż nie było.
– To wszystko tak bardzo mnie zmęczyło – skarżyła się. – Najgorsze są skoki nastroju, to nieustające napięcie, gdy myślimy tylko o tym, czy w tym miesiącu się uda. Ciąża stała się dla mnie obsesją. Uda się w tym miesiącu, czy nie uda się? Niekiedy mam nawet wrażenie, że sama się blokuję takim nastawieniem, ale to jest poza moją kontrolą. Czasem nie mam siły iść do pracy, nic nie ma sensu. Życie stało się smutne, szare i beznadziejne. I co miesiąc ta nadzieja, która po kilkunastu dniach kończy się łzami, smutkiem i poczuciem kolejnej klęski. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej czuję, że dalej tak nie chcę, już tak nie mogę. Obydwoje mamy już dość takiego życia. Cały nasz seks podporządkowany jest temu, kiedy jest ten właściwy moment, najbardziej płodny dzień i... wtedy zwykle nie mamy ochoty iść do łóżka. Kochanie się „na gwizdek” to coś okropnego.
Coraz bardziej przekonywała siebie samą, że musi sobie powiedzieć „dość”.
– Czy są jakieś inne powody, dla których trudno pani zakończyć proces leczenia i zgodzić z tym, że być może nie będzie pani biologiczną mamą?
Chwilę myślała i stopniowo smutniała. Na jej twarzy pojawiło się przygnębienie.
– To takie przykre czuć się gorszą od innych kobiet – wykrztusiła w końcu przez łzy. – Z trudem znoszę towarzystwo ciężarnych koleżanek, zwłaszcza gdy niektóre wcale się nie cieszą ze swojego stanu. To jest dla mnie bardzo przykre i irytujące. Czuję wtedy, że los strasznie mnie potraktował i pytam: dlaczego akurat mnie? Czuje się nic niewarta i gorsza od koleżanek, które spodziewają się dziecka lub już je urodziły. Nie wiem, co ze sobą zrobić, kiedy pojawiają się tematy dzieci, ich chorób, wychowania, kłopotów... Tak bardzo im tego zazdroszczę. Chciałabym być taka, jak wszystkie kobiety. Może dlatego trudno mi zaakceptować fakt, że nawet jeśli adoptuję dziecko, to i tak będę trochę inna. Może to po prostu zazdrość...
Ścieżka do innej drogi
[nowa_strona] Przez długi czas, na kolejnych spot­kaniach rozmawiałyśmy o jej wyobrażeniu siebie jako kobiety, o niepotrzebnej i niezdrowej rywalizacji, o poczuciu niskiej wartości, o porównywaniu siebie z innymi i wypadaniu w tych porównaniach na niekorzyść. I w końcu – o konsekwencjach patrzenia na siebie i swoje życie z takiej perspektywy.
Anna powoli zaczęła akceptować niepłodność jako stan, który wcale nie świadczy o jej kobiecości, a jest jedynie objawem choroby. Stopniowo zmieniało się jej zachowanie w pracy i podczas spotkań ze znajomymi. Przestała się wycofywać, coraz słabiej odczuwała złość i zazdrość, a zaczęła odważniej mówić o tym, że jest jej przykro i ciężko żyć z chorobą, na którą nie ma wpływu i z którą nie może sobie poradzić. Jej relacje z innymi ludźmi zaczęły się zmieniać. Pomału coś zmieniało się również w niej samej, bo przestawała czuć się gorsza.
– Wie pani, to chyba był jeden z powodów, dla których nie mogłam zakończyć leczenia. To, że czułam, iż gdzieś w głębi zawsze będę czuła się odmienna. Teraz tego tak nie widzę. Myślę, że po prostu znalazłam się na innej drodze... Czy ja mam komuś coś udowodnić? Dlaczego miałabym to robić?
Ten wątek pojawiał się podczas naszych spotkań wielokrotnie. Ciążę – jak zresztą wiele innych spraw w swoim życiu – Anna traktowała bardzo ambicjonalnie. Była typem osoby, która zawsze musi być najlepsza, chce pokazać, że stać ją na wiele. Z trudem znosiłaby porażki i właściwie do tej pory chyba nigdy nie trafiła na nie. Problem z zajściem w ciążę to był pierwszy moment, gdy Anna nie miała na coś wpływu, sytuacja wymykała się spod jej kontroli, coś było przeciwko niej.
Intuicyjnie czułam, że to poczucie braku kontroli nad sytuacją i wypływające z tego faktu napięcie może ją w nieświadomy sposób hamować. Nie jest łatwo sobie z tym poradzić. „Po prostu wyluzuj!”, radzili jej znajomi. Tylko jak to zrobić?
Najważniejsze w naszych spotkaniach było to, by Anna uświadomiła sobie, że nie musi traktować ciąży i posiadania dziecka jako zawodów, rywalizacji z innymi kobietami.
Pewnego dnia przyszła z listem, który napisała do siebie samej. A właściwie do tej części siebie, która jej nie pomagała w byciu mamą, która ją zawiodła. Zaakceptowała ten fakt. Napisała też do siebie, że już nie będzie...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy