Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

20 marca 2018

Zostałem i nadal marzę

23

Miałem kilkanaście lat, gdy zacząłem tracić wzrok. Poczułem, że życie mnie zawiodło. Zastanawiałem się, co ze sobą zrobić. Musiałem zacząć wszystko od nowa, zdobyć zawód. Żeglarstwo nauczyło mnie, że nie trzeba walczyć z przeszkodami, tylko współpracować z naturą.

BEATA KOŁAKOWSKA: Żeglarstwo to Pana miłość. A zawodowo czym się Pan zajmuje?
RYSZARD POŻAR: Masażem i rehabilitacją. Już od czterdziestu czterech lat. Mam dużo pacjentów i satysfakcję z tego, co robię. Chwalę się, ale tak jest.

Zawsze chciał Pan być masażystą?
Nie. Jako nastolatek chciałem zostać artystą. Najbardziej interesowały mnie grafika i rzeźba, uczyłem się w liceum plastycznym w Jarosławiu. Ale zacząłem tracić wzrok i musiałem zrezygnować z marzeń, zdobyć zawód.

Był Pan nastolatkiem, którego marzenia legły w gruzach. Tracił Pan wzrok. Jak Pan sobie poradził z tą sytuacją?
Dobrze, jak widać. Serio mówiąc, to miałem wtedy kilkanaście lat i poczułem, że życie mnie zawiodło. Zastanawiałem się, co ze sobą zrobić. Pojechałem do Polańczyka, wziąłem łódkę, taką zwykłą, wiosłową, spakowałem jedzenie i namiot. Nie wiedziałem, czy wrócę...
Wieczorem dopłynąłem do brzegu, rozbiłem namiot i rozpaliłem ognisko. Potem ulepiłem sobie z gliny towarzyszy: kilka glinianych ludzików siedziało lub leżało wokół ogniska. Rozmawiałem z nimi. Przyszła burza, i gdy zaczęło padać, schowałem się do namiotu. Patrzyłem, jak ognisko gaśnie w deszczu. A moi gliniani koledzy rozpłynęli się. Oni odeszli, ja zostałem. I pomyślałem wtedy, że trzeba zostać.

Było warto?
Myślę, że tak.

Rzeźbi Pan jeszcze?
Teraz, na tak zwaną drugą dojrzałość, wracam do rzeźby. Właśnie szykuję pracownię rzeźbiarską w Dąbrowie Białostockiej, nad Biebrzą.

Nie w Bieszczadach?
Nie, w Bieszczady jeżdżę na żagle, robię festiwal. Nie chciałem wracać w Bieszczady, bo to już zakończony etap. Na szczęście tamtejsi znajomi nie uciekają na mój widok, tylko krzyczą: „wódki bym się z tobą napił”. W Dąbrowie też znam sporo ludzi.

A skąd Pan jest?
Sam nie wiem. Urodziłem się we Wrocławiu. Ponieważ zacząłem chorować, rodzice zdecydowali się na przeprowadzkę do Sanoka, bo w górach klimat lepszy. Pamiętam, że jak miałem dziewięć lat, to z ojcem jeździliśmy motocyklem po Bieszczadach, a w potokach łapaliśmy ryby pod kamieniem. W Sanoku skończyłem szkołę podstawową. Naukę w liceum musiałem jednak przerwać. Zawód masażysty, już jako niewidomy, zdobyłem w Krakowskiej Szkole Masażu.

Kiedy zaczęła się Pana przygoda z żeglarstwem?
W 1968 roku. Zaczynałem na Solinie, w Polańczyku. Miałem już poważne problemy ze wzrokiem, mimo to rysowałem, rzeźbiłem, a nawet robiłem zdjęcia. I zrobiłem patent żeglarza. Mam też książeczkę żeglarską, a w niej śmieszne zdjęcie. Wyglądam trochę jak Słowacki: apaszka pod szyją, trencz, tak stylowo. To pewnie efekt szkoły plastycznej. Zasady kompozycji, wyczucie stylu – to zostaje w głowie na zawsze.

Jak już Pan zrobił patent, to…
W 1974 roku rozpocząłem pracę jako masażysta w sanatorium. Po godzinach organizowałem obozy żeglarskie w Polańczyku dla Związku Niewidomych w Rzeszowie. Byłem takim społecznym pracownikiem, specjalistą do spraw turystyki i sportu.

Teraz nazwano by Pana wolontariuszem.
Później przeprowadziłem się do Warszawy, tu też byli niewidomi żeglarze. Stworzyliśmy sekcję wodniacką przy Polskim Związku Niewidomych. Już jako klub Sonar pływaliśmy po Solinie, ale szybko zamarzyły nam się szerokie wody. Kolejne obozy żeglarskie były już na Bałtyku i Adriatyku. Nie chcieliśmy jednak ograniczać naszej oferty tylko do żeglarzy z okręgu Mazowsza. I tak, w 2013 roku, powstała Fundacja Niewidomych Żeglarzy „Ślepa Kura”.

„Ślepa Kura” to chwytliwa nazwa.
I z dużym dystansem. Mówi się: „Trafiło się, jak ślepej kurze ziarno” – my dodajemy: „Trafiło się, jak ślepemu żeglarstwo”. Zresztą my nie tylko żeglujemy, gramy też szanty, bluesa, a wspólnie z gminą Polańczyk organizujemy Ogólnopolski Festiwal Piosenki Żeglarskiej i Turystycznej „Bieszczady pod Żaglem”. W tym roku będzie piąta edycja festiwalu.

Pan żeglował, będąc osobą widzącą, a potem jako człowiek niewidzący. Czy jest jakaś różnica?
Różnica polega na tym, że jak jeszcze widziałem, to potrafiłem omijać przeszkody na wodzie. Na „Omedze” uczyłem się żeglowania, łapania wiatru i współpracy z wiatrem, z wodą. Bo na tym polega żeglowanie, żeby współpracować, a nie walczyć. Jak walczysz z naturą, to giniesz albo masz kłopoty. Jak już byłem niewidomy, to kolega zrobił mi kompas mówiący, jakim kursem płynę. Pojawiły się inne urządzenia techniczne.

Czyli było łatwiej?
Owszem. Ale ja uważam, że warto nauczyć się obsługi jachtu, wyobrażając sobie, że cała załoga jest chora i ty, niewidomy, zostajesz sam. Musisz nadać meldunek przez radio, poprosić o ratunek, ustawić odpowiednio jacht, zatrzymać go.

Pracuje Pan zawodowo, żegluje po świecie – wydaje się, że niepełnosprawność nie jest dla Pana ograniczeniem.
Jest kilka rzeczy, których robić nie mogę, na przykład prowadzić samochodu, choć bardzo bym chciał. Nie udało mi się też zrealizować pewnej ważnej sprawy... Zawsze chciałem namalować portret mojej mamy. Straciłem jednak wzrok, ona odeszła i portretu nie ma.

A co Pan zyskał, jeśli można tak powiedzieć?
Moje zmysły są bardziej wyczulone. Zdecydowanie więcej słyszę i czuję. Ma to duże znaczenie na morzu. Pomaga też w codziennych kontaktach, bo potrafię odczytać wiele emocji z tonu głosu rozmówcy.

Zrobiłam patent żeglarski wiele lat temu. Nie żegluję, ale uprawnienia mam, i wiem, jaki to jest wymagający sport. Jak to się dzieje, że rejs z niewidomą załogą nie kończy się za każdym razem wypadkiem?
Załogę stanowią osoby widzące oraz osoby niewidome i niedowidzące. Na jedną osobę widzącą przypada jedna niewidoma. Kapitan i jego zastępca są oczywiście widzący. Ich zadaniem nie jest bycie przewodnikami dla niewidomych. Oni mają dbać o bezpieczeństwo załogi i statku.
Ważne są procedury, bo one zapewniają bezpieczeństwo i tobie, i innym uczestnikom rejsu. Przykładowo jedna z naszych zasad mówi, że na pokładzie załoganci muszą być w kapokach i przypięci life linami.

Tylko wtedy, gdy jest sztorm?
Nie, bez względu na warunki pogodowe. Bałtyk jest jak „młot”, bije krótsze fale, a Atlantyk bije długie fale, piękne jak połoniny. Przypięci musimy być jednak zawsze.
Wraca...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy