Dołącz do czytelników
Brak wyników

Między słowami

14 czerwca 2020

NR 2 (Luty 2018)

Znów wszystko jest inne

55

Wesele Wyspiańskiego należy oglądać przynajmniej raz na dziesięć lat – ku przestrodze.

Wspaniała wystawa poświęcona twórczości Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie skłoniła mnie nieoczekiwanie do dziwnych rozważań. Artysta genialny, jak chcą twórcy wystawy: totalny. Malarz, dramaturg, poeta, grafik, projektant mebli, autor wspaniałych witraży do kościoła Franciszkanów w Krakowie oraz projektów witraży i rysunków związanych z katedrą wawelską. Ówczesny biskup odrzucił projekty artysty jako nazbyt odważne.

Wyspiański, najlepszy uczeń Matejki, odszedł daleko od idei swego mistrza, ale ostatecznie spotkał się z nim na krańcach swojej genialnej, wizjonerskiej sztuki. Opętany – jak Matejko – polskością, zamierzał przebudować Wawel tak, aby stał się polskim Akropolis, i pisał sztuki o tematyce, a jakże, narodowej, takie jak Wyzwolenie, Bolesław Śmiały czy szalone i ponadczasowe Wesele, wyreżyserowane przez Wajdę w 1972 roku, ze słynną rolą Czesława Niemena.

Sztuka Wyspiańskiego raczej „mąci w narodowej kadzi”, niż ją gloryfikuje. Dlatego tytuł jednego z wykładów towarzyszących wystawie: „Dziedzictwo Wyspiańskiego – Wyspiański dziedzic dziedzictwa”, wydaje mi się w swoim pomyśle już nazbyt barokowy, żeby nie powiedzieć koturnowy. A przecież „dziedzic dziedzictwa” był człowiekiem trudnym, chodził na dziwki, miał nieślubne dzieci i zmarł na syfilis w wieku zaledwie 38 lat. Miał ciężkie dzieciństwo, ojciec, krakowski rzeźbiarz, był alkoholikiem, a matka wcześnie umarła. Żona Wyspiańskiego, Teofila Pytko, była prostą dziewczyną z podtarnowskiej wsi, i zanim artysta się z nią ożenił, żyli w związku, jak byśmy dzisiaj powiedzieli partnerskim i mieli troje dzieci. Portrety Teofili, jak...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy