Dołącz do czytelników
Brak wyników

Zdrowie i choroby , Praktycznie

27 grudnia 2016

"Złe" matki

124

Co piąta matka w Polsce doświadcza depresji poporodowej. Odrzucona przez najbliższych – cierpi w poczuciu winy. Jakiej pomocy potrzebuje matka z depresją?

– Na terapię poszłam, gdy syn skończył pół roku. Rodziłam przez cesarskie cięcie, do dziś uważam, że nie było ono konieczne. Przez pierwszych kilka miesięcy nienawidziłam siebie, nie miałam na nic siły, płakałam. Miałam dość i wcale nie chciałam tego dziecka. Ciężko było mi je nazywać moim synem, a siebie – matką. A przecież zawsze uwielbiałam dzieci i pragnęłam je mieć, ciąża była planowana, wymarzona – opowiada Monika.

POLECAMY

Po porodzie leżała w szpitalu dziesięć dni. Cały czas płakała i trzęsła się z zimna. Ktoś otworzył okno, czuć było wiosnę, kwitły jabłonie, a ona czuła, że jej życie właśnie się skończyło. Sama poprosiła o wizytę psychologa: – Powiedział mi, że to „normalne”, baby blues. Za trzy dni przejdzie. „Hormony, proszę się nie przejmować”. I zostałam sama.

Po powrocie do domu nie lubiła spędzać czasu ze swoim dzieckiem. Nie czuła do niego miłości, nienawidziła karmienia piersią.

– Czułam się zła, inna, nienormalna. Bałam się poprosić o pomoc psychologa z lęku przed tym, że odbiorą mi dziecko, zamkną mnie w szpitalu psychiatrycznym. W telewizji mówią o depresji poporodowej w kontekście porzucania dzieci na śmietniku i dzieciobójstwa. Straszą elektrowstrząsami, ciężkimi psychotropami. Nie mówią, że czasami wystarczy rozmowa, wsparcie sąsiadki, rodziny. Mam zdiagnozowaną depresję poporodową, ale nigdy nie pomyślałam, aby skrzywdzić albo oddać własne dziecko.

Monika ma dobry kontakt ze swoją mamą, ale nigdy nie powiedziała jej, jak się czuje. Ani jej, ani innym znajomym kobietom. – Mama by mnie nie zrozumiała. Urodziła dziewięcioro dzieci. Opowiadała nam, że po każdym porodzie płakała przez kilka dni, a potem nie mogła się nacieszyć dziec[-]kiem. Inne kobiety zachwycały się moim synkiem, a ja nie widziałam w nim nic szczególnego, tylko mnie denerwował. Było mi też przykro, że inni widzą w nim coś, czego ja nie dostrzegam, i to powodowało, że czułam się złą mamą.

Wreszcie sama zaczęła szukać wsparcia. Terminy na terapię w ramach NFZ były tak odległe, że jedyną szansą była dla niej terapia prywatna. Co miesiąc wydaje na nią 240 zł. Na szczęście stać ją, ale wiele kobiet nie może sobie na to pozwolić. Depresja poporodowa to wciąż temat tabu. – Jesteśmy zdane same na siebie. Brakuje grup wsparcia dla mam i informacji, gdzie szukać pomocy. Trzeba uwrażliwiać społeczeństwo na to, że wiele młodych mam potrzebuje pomocy i wsparcia, a nie wyśmiewania, odrzucenia czy obwiniania.

Biłam samą siebie
Lidia, mama Dawida, przyznaje, że coś w niej pęk[-]ło, gdy urodziła syna: – Byłam cały czas rozdrażniona, płakałam, nie mogłam spać, jeść, krzyczałam na dziecko. Czułam wobec niego niechęć, ale zarazem przeraźliwie bałam się, czy nic mu nie jest. Wszystko mnie denerwowało. Wolałam wyjść, zamknąć się w pokoju, położyć, zniknąć.

Lidia mieszka w małej miejscowości. W szpitalu, gdzie rodziła, psycholog został zwolniony, bo „nie było zapotrzebowania”. – Lekarki i położne tylko oglądały mi piersi i narzekały, bo nie miałam pokarmu. Kazały pić trzy litry wody, ale pokarm i tak się nie pojawił. Krwawiły mi piersi, syn ciągle płakał, bo był głodny. Jedna pielęgniarka zlitowała się i podała mu w tajemnicy butelkę, wtedy przez cztery godziny był spokój.

Mąż odwiózł Lidię z małym do domu. Obiecywał, że pomoże przy dziecku.

– Bałam się powiedzieć mężowi, że nie chcę zostać z dzieckiem sama w domu. On by tego nie zrozumiał. Uważał, że sobie radzę. Przez pierwszy miesiąc widywałam go przez trzy godziny dziennie.

Gdy wracał z pracy, był rozczarowany, że Lidia nie wita go z uśmiechem. Niekiedy wychodził z dziec[-]kiem na spacer. Po godzinie wracał i szedł spać. Nie budził go nawet płacz syna, kilkanaście razy w ciągu nocy. Musiał się wyspać, bo rano szedł do pracy.

– Czułam, że życie toczy się gdzie indziej. Żałowałam, że kiedyś nie umiałam docenić swobody i wolności. Na początku wychodziłam z synem na spacery, ale potem przestałam. Zaczęły się TE myśli. Że może jest chory, upuszczę go, poparzę za ciepłym mlekiem. Nie obcinałam mu paznokci, bo wszędzie widziałam krew. Nocą często sprawdzałam, czy oddycha.

Czy odczuwała presję, że ma być idealną matką? Owszem, nasłuchała się, jaka powinna być, gdy dziecko się urodzi. Naczytała się, że każda kobieta posiada instynkt macierzyński, to znaczy instynktownie wie, jak zająć się swoim dzieckiem. – A ja nie rozumiałam, dlaczego mój syn ciągle płacze. Czułam, że coś jest ze mną nie tak. Płakałam razem z nim. To wszystko mnie przerosło. Izolacja, brak pracy, własnych pieniędzy. Czasami zastanawiałam się, czy po całym dniu z dzieckiem będę jeszcze potrafiła rozmawiać z kimś dorosłym. Działałam jak automat: podnieś, przewiń, nakarm, wykąp. Zero radości, wszystko jak przez szklaną szybę.

Syn ją drażnił, ale nigdy nie podniosła na niego ręki. Biła siebie. – Po sześciu godzinach z dziec[-]kiem sama w domu wpadałam w szał. Zostawiałam syna w pokoju, bawił się, a ja rzucałam różnymi rzeczami: pilotem do telewizora, telefonem, miskami – co mi wpadło w ręce. Gdy to nie pomagało, biłam się z całej siły po głowie, udach. Pięściami chciałam wybić sobie z chorego łba niechęć do dziecka. Potem byłam kompletnie wyczerpana, posiniaczona, obolała. Jakbym stoczyła jakąś walkę.

Raz synek przyszedł do niej po takim ataku. Siedziała z podkurczonymi nogami na podłodze w kuchni. Zapytał: „Mamo, czemu płaczesz?”. Przytuliła go, najmocniej jak potrafiła.

Miesiąc temu Lidia trafiła na forum wsparcia dla matek z depresją poporodową. Odetchnęła, gdy zrozumiała, że nie jest sama. – Nie stać mnie na psychoterapię ani leki. Wiem, że przy niektórych lekach można karmić piersią. Ale teraz jest już za późno. Bogaci mają nianie, a biedni chcą się tylko wyspać. Ja nie mogłam spać przez pół roku.

Czasami mąż zostawał z dzieckiem na kilka godzin. – Dziewczyny pisały: „wyjdź z domu”, „idź gdzieś na kawę”. No to wyszłam. Jechałam tramwajem i czułam się coraz gorzej. Za oknem młode dziewczyny z kolorowymi paznokciami, zadbana kobieta prowadząca volvo. A ja nadal byłam nikim, niczego nie osiągnęłam. Chciało mi się płakać w tym tramwaju. Dojechałam, kupiłam kawę, patrzyłam w telefon, udając, że na coś czekam... Tak się czułam za każdym razem, gdy wychodziłam z domu.

Sen o szczęściu
Anna miała objawy depresji już w ciąży: – Staraliśmy się o dziecko kilka lat. Odkąd dowiedziałam się, że jestem w ciąży, nie mogłam tej myśli zaakceptować, nie potrafiłam się cieszyć... Chodzenie z brzuchem, karmienie, uwiązanie w domu. Myśli o tym, co mnie czeka, były dla mnie przerażające, a jednocześnie czułam do siebie obrzydzenie, że jestem taka nieczuła i nie potrafię znaleźć nic pozytywnego w ciąży, dziecku. Urodziłam i nadal nic. Nie mogłam, nie potrafiłam zaakceptować obecności tego dziecka.

W domu Anna miała stany lękowe. Karmiła córkę piersią i później zapominała, że odłożyła ją do łóżeczka. W środku nocy krzyczała, że udusiła swoje dziecko, że je zabiła, że gdzieś pod kołdrą musi być ciałko. Mąż wtedy potrząsał nią, tłumaczył spokojnie, że przecież córka śpi.

Po kilku tygodniach przestała reagować na płacz dziecka. Paraliżował ją ciągły strach. Gdy dziewczynka miała trzy miesiące, Anna podeszła do łóżeczka i zobaczyła w jej oczach coś dziwnego. Córka miała szeroko otwarte oczy, ku...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy