Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , Praktycznie

15 marca 2016

Matki dzieci z chmur 

16

One nie urodziły swoich dzieci, lecz je odnalazły, a tym poszukiwaniom towarzyszyło tyle samo niepewności, obaw, marzeń i radości co każdej ciąży.

O drodze swoich rodzin do adopcji Justyna Bigos i Beata Mozer wspólnie napisały książkę pt. Dziecko z chmur, którą kilka miesięcy temu wydało Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”.

MAGDA BRZEZIŃSKA: – Wiele rodzin po adoptowaniu dziecka nie ujawnia tego faktu albo powiadamia tylko najbliższych. Panie zdecydowały się upublicznić adopcję, pisząc o niej książkę... Warto było?
JUSTYNA BIGOS: – Dziś patrzę na wiele spraw inaczej. Opublikowanie tej książki pomogło mi dostrzec
rzeczy, których wcześniej nie zauważałam. Od wielu zupełnie obcych ludzi usłyszałam ciepłe słowa, ktoś z uznaniem poklepał mnie po ramieniu, ale też do dziś czekamy z mężem na telefon od niektórych bliskich nam osób... Dzięki tej książce zobaczyliśmy ludzi prawdziwie nam życzliwych, którzy nie tylko łączą się z nami w problemach, ale również potrafią cieszyć się z naszych sukcesów.
BEATA MOZER: – Ja co prawda zawiodłam się na przyjaźni, ale zerwanie tej znajomości nie miało nic wspólnego z adopcją dziecka lub też z ukazaniem się naszej książki. To naturalne, że ludzkie drogi czasami się rozchodzą, niektóre kontakty wzmacniają się, inne przestają mieć dla nas znaczenie. Dziś największe znaczenie ma dla mnie najbliższa rodzina.

Jak chciałybyście Panie, by traktowano Wasze rodziny?
JUSTYNA BIGOS: – Chcemy być traktowani normalnie. Nie chcemy być bodźcem do spekulacji na temat „co wyrośnie z tych dzieci”. Stereotypy głoszą przecież, że „nic dobrego nie wyrośnie”, bo geny i tak zrobią swoje. Zastanawia mnie, dlaczego ludzie nie zakładają, że rodzice biologiczni adoptowanych dzieci są dobrymi ludźmi, a w ich genach drzemią talenty, których nikt nigdy nie odkrył? Życie ułożyło im się tak a nie inaczej i nie nam oceniać ich postępowanie. My jesteśmy wdzięczni rodzicom biologicznym naszych dzieci za to, że je mamy – wymodlone, wyczekane. Nie muszą wyrosnąć na kogoś wyjątkowego, bo one już takie są. Odmieniły nasz świat, zmieniły priorytety, sprawiły, że bezpłodność nie oznacza dla nas bezdzietności. Każdy dzień to chwile radości i zmartwień, jak w każdej rodzinie. Czasami brakuje cierpliwości, czasami zmęczenie po nieprzespanej nocy daje się we znaki.
BEATA MOZER: – Znam to. Szczególnie gorąco jest, kiedy syn sprawdza naszą wytrzymałość, łobuzuje, protestuje i nie zgadza się na wprowadzane przez nas zasady. Wychowujemy nasze dzieci normalnie, nie traktujemy ich w szczególny sposób – karcimy, kiedy wymaga tego sytuacja, ale głównie bazujemy na pozytywnych emocjach, nagradzamy poprawne zachowanie, a odbieramy nagrodę w przypadku ewidentnej skuchy.
Czasami jednak odnoszę wrażenie, że niektórzy doszukują się przyczyn niegrzecznego i jednocześnie jak najbardziej naturalnego moim zdaniem zachowania naszego dziecka. Tak jakby chcieli udowodnić nam, że to skutek genetycznych uwarunkowań, a potem poklepać nas po plecach z fałszywym współczuciem.

Ranić potrafią nie tylko dorośli, ale i dzieci. Przygotowujecie Panie swoje dzieci na ewentualne ataki rówieśników?
JUSTYNA BIGOS: – Jednym z moich pragnień i jednocześnie misją naszej książki jest zmiana spojrzenia na rodziny adopcyjne i obalenie stereotypów. Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, że adopcja nie będzie sensacją. Jeśli nie zmieni się nastawienie dorosłych do tych spraw, będzie istnieć ryzyko, że nasze dzieci w szkole czy na podwórku usłyszą od rówieśników niemiłe komentarze czy wręcz wyzwiska. Rodzice powinni zdawać sobie sprawę, że dzieci przekazują to, co słyszą w domach i strasznie tym ranią dzieci adop[-]towane.
BEATA MOZER: – Mój synek już spotkał się z podwórkowym ostracyzmem. Po tym zdarzeniu długo rozmawialiśmy i przytulaliśmy się. Ważne jest wzmacnianie samooceny dziecka słowami, ciepłymi gestami, bezgraniczną czułością i ciągłą deklaracją o wielkiej miłości oraz pełną akceptacją. Ważne też, by za każdym razem dementować negatywne zabarwienie słowa „adopcja”. Dlatego nie widzę nic złego w tym, że w zabawie nazywamy naszego synka „naszym skarbem, adoptusiem kochanym”. Przesyłamy mu jasny i wyraźny przekaz: szukaliśmy cię z tatą wiele lat, kochaliśmy cię na długo przed tym, zanim pojawiłeś się w naszym domu i wspólnie dochodzimy do konkluzji, jak to dobrze, że się odnaleźliśmy, że się zaadoptowaliśmy.
JUSTYNA BIGOS: – Chcemy chronić dzieci przed raniącymi uwagami rówieśników czy dorosłych, ale wiemy, że nie jesteśmy w stanie tego uczynić. Będziemy powtarzać synkowi i córci, żeby nigdy nie dali sobie wmówić, że są w czymś gorsze. Chcemy wpoić im, że rel...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy