Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

ZJADACZE ORZESZKÓW MONGONGO

0 224

O tym, jak czas i miejsce akcji określają kształt i treść szczęścia, opowiada MICHAŁ BUCHOWSKI.

Zjadacze orzeszków mongongo

W czasach realnego socjalizmu opowiadano taki dowcip: przedstawicieli trzech narodów zapytano, co dla nich znaczy szczęście. Amerykanin odpowiedział,
że dla niego szczęście to ładny dom, szybki samochód i dobra praca. Francuz – że dobre wino, ładna żona i piękna kochanka. Rosjanin zaś tylko wzruszył ramionami: „Prawdziwe szczęście czujesz wtedy, gdy w nocy bezpieka wali do twoich drzwi i pyta: Iwan Iwanowicz? A ty odpowiadasz: Niet. Etaża wyższe (Nie, piętro wyżej)”. Myślę, że przytoczony dowcip dobrze ilustruje rzecz zasadniczą: rozumienie szczęścia, podobnie jak wielu innych pojęć używanych przez nas do opisu świata, jest zależne od kultury. Inaczej mówiąc, jego kształt i treść określone są przez czas i miejsce akcji. Skrajni relatywiści będą nawet obstawać, że nie tylko rozumienie istoty szczęścia, lecz sama kategoria jest etnocentryczna. Może być bowiem tak, że w jakiejś kulturze pojęcie szczęścia w ogóle nie jest znane i ludzie, opisując swe uczucia, nie powołują się na nie. Każde takie opisanie świata to przypisanie innym ludom kategorii wymyślonej w naszym kręgu kulturowym. Podejrzewać więc możemy, że kiedy Arkady Fiedler tytułował jedną ze swych książek „Spotkałem szczęśliwych Indian”, była to raczej jego percepcja samopoczucia Indian amazońskich, a nie ich własna.

Dylemat dotyczący zasięgu pojęcia szczęścia sprowadzić można do sporu o uniwersalia, czyli o to, czy w sposobie postrzegania, rozumienia i przeżywania świata oraz samych siebie znaleźć możemy cechy wspólne całemu gatunkowi ludzkiemu. Psychikę, podobnie jak nasze zmysły i zdolności umysłowe, wielu uznaje za część naszego wyposażenia biologicznego. Już ewolucjoniści w dziewiętnastym stuleciu twierdzili, iż istnieje jedność psychiczna gatunku. Wprawdzie różne ludy, pisali, znajdują się na innych etapach rozwoju – to jednak zdolność tworzenia symboli, sposób kojarzenia pojęć i stany emocjonalne okazują się wspólne wszystkim. Oznaczałoby to, że na przykład uczucia smutku czy radości i szczęścia właściwe są ludziom pod różnymi szerokościami geograficznymi i w różnych epokach. Nawet jeśli zgodzimy się, iż sposoby reagowania na ból i cierpienie bądź doznania pozytywne, takie jak zaspokojenie głodu albo pragnienia, są określone psychofizycznie, to nie możemy udowodnić, iż wywołują one stany dające się ująć jako „szczęśliwość” lub „rozpacz”. Co więcej, nawet jeśli przyjmiemy, że jednak dadzą się tak ująć, to nie mamy pewności, czy w każdej kulturze objawiają się one podobnie.
Weźmy jako przykład płacz po śmierci zmarłej osoby w tradycyjnej kulturze ludowej. Intuicyjnie wiemy, że może on oddawać odmienne stany emocjonalne, bo inaczej przeżywają to osoby blisko związane ze zmarłym, inaczej natomiast te przybyłe z sąsiedztwa na nocne czuwanie. Pomijam już kultury, w których istniała instytucja płaczek pogrzebowych, zalewających się łzami i skowyczących z racji swej funkcji, a nie stanu emocjonalnego. Łatwo wyobrazić sobie też sytuację, w której te same stany emocjonalne wyrażane są na różne sposoby. Bez trudu zaakceptujemy pogląd, że Włosi okazują swą złość spontanicznie, a Skandynawowie powściągliwie. Jeśli tak, to konsekwentnie winniśmy przyznać, że albo psychika ludzka jest różna i zależy
na przykład od klimatu (wersja skrajna), albo że kultura kształtuje nasze psychicznie uniwersalne reakcje na różne sposoby (wersja bardziej umiarkowana relatywizmu kulturowego).

Osobiście pozostaję umiarkowanie sceptyczny co do uniwersaliów psychicznych, w tym co do powszechności pojęcia szczęścia. Niemniej w tradycji wyrosłej z judeochrześcijaństwa, a zwanej dziś niekiedy euroamerykańską (która po drodze zahacza o starożytne Grecję i Rzym), pojęcie szczęścia ma swe określone konotacje. Niemniej i w tej tradycji nie ma zgody co do tego, czym szczęście jest. Władysław Tatarkiewicz, autor blisko sześćsetstronicowego dzieła „O szczęściu”, pokazuje, jak różnie je rozumiano w kolejnych epokach i jak odmiennie próbowano je zdefiniować. Zwróćmy uwagę na fakt, iż szczęście da się opisać tylko w odniesieniu do innych kategorii – czy to przeciwstawnych, jak nieszczęście bądź cierpienie, czy zbliżonych, w rodzaju radości, przyjemności albo zadowolenia. Stanowi to kolejny argument na rzecz relatywizacji szczęścia nawet w obrębie określonej tradycji kulturowej. Względność ta jest pochodną faktu, iż szczęścia nie można odczuwać bezustannie, gdyż stałoby się nudne, lub wręcz przykre. Możemy je sobie uświadomić tylko w odniesieniu do innych doznań.
Innego rodzaju problemy rodzi pytanie, co sprawia, że człowiek może być szczęśliwy. Czy cnota moralna powoduje szczęście? Czy bycie przyzwoitym, automatycznie czyni nas szczęśliwymi? I na te pytania nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Czyż nie jest tak, że ludzie bardziej wrażliwi są mniej szczęśliwi, bo widzą niedolę innych? Czy człek gburowaty może być szczęśliwy? Starożytni filozofowie stawiali wprost pytanie: Czy lepiej być szczęśliwą świnią, czy nieszczęśliwym człowiekiem? Odpowiedź nasuwała się sama, lecz dylemat moralny wciąż pozostaje aktualny. Niemniej dylemat ten przemawia z kolei
za tym, że nie ma uniwersalnych przyczyn powodujących indywidualne szczęście i każdorazowo należy je odnosić
do konkretnego człowieka.

W historii myśli europejskiej pojawił się też wątek „szczęścia gdzie indziej”. Istotną składową teologii chrześcijańskiej jest przeniesienie szczęścia do krainy zmarłych, odłożenie go w czasie na życie w niebie. Jednocześnie ma to być nagroda za cierpienia na ziemskim padole i za życie zgodne z sumieniem. Zgodność ta w chrześcijaństwie normowana jest Dekalo...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy