Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Zerwane więzi

70

Nasza kondycja psychiczna pogarsza się w wyniku destrukcyjnej konkurencji, ekspansji postaw konsumpcyjnych, zaniku i rozbicia więzi między ludźmi. Wcześniejsze reguły współżycia zastąpić ma tajemnicza ręka rynku. To prowadzi do odwrócenia hierarchii wartości i do erozji solidarności - uważa ANDRZEJ CECHNICKI. Dr n. med. ANDRZEJ CECHNICKI jest psychiatrą, pracuje w Katedrze Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest polskim koordynatorem programu „Schizofrenia - otwórzcie drzwi”, redaktorem naczelnym „Dialogu” - pisma Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Zdrowia Psychicznego. Jeden z pomysłodawców sieci hoteli „U Pana Cogito”, w których zatrudnienie znajdują ludzie chorujący psychicznie i wykluczeni ze społeczeństwa przez stereotypy. Współtworzy Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego.

Dorota Krzemionka: Czym jest zdrowie psychiczne? Po czym można je poznać?
Andrzej Cechnicki: – Zdrowie psychiczne oznacza taki wewnętrzny stan harmonii, gdy, doświadczając nawet różnych sprzeczności i rozdarć, potrafimy je w sobie scalić. Zazwyczaj intuicyjnie rozpoznajemy, że ktoś się czuje zdrowo. Ten stan wyraża się w naszym samopoczuciu i w tym, co mówi nasze ciało, co mówią oczy. Osoba zdrowa odtwarza swoją energię w czasie snu i ma harmonijne relacje z ludźmi. Są ludzie, przy których jest nam dobrze, a przy innych czujemy się jak przy gejzerze pełnym napięcia, złości, irytacji, krzywdy i wrogości. To wszystko psuje nasz dobrostan. Osoba zdrowa psychicznie też przeżywa trudne momenty, też odczuwa lęki i smutki. Bo życie przynosi nam trudne chwile i stres. To niemal pewne. Pytanie jednak: co dominuje w naszych uczuciach i jak sobie radzimy z tym, co przeżywamy, gdzie szukamy pomocy, jakie mamy związki z innymi ludźmi, jakie pasje i sposoby ochrony na wypadek przeciwności losu?

Radzimy sobie chyba coraz gorzej. Czy nasza kondycja psychiczna się pogarsza?
– Tak. Coraz więcej Polaków cierpi z powodu zaburzeń psychicznych. Papierkiem lakmusowym, który sygnalizuje narastanie przeciążenia stresem, jest rosnąca liczba samobójstw. Więcej osób popełnia samobójstwo niż ginie w wypadkach samochodowych. Rośnie liczba osób cierpiących na depresję i uzależnionych. Dotyczy to szczególnie osób młodych. Oznacza to, że duża grupa ludzi przestaje sobie radzić z wymaganiami, jakie niesie współczesne życie. Różne mogą być przejawy tego nieradzenia sobie. Ktoś z powodu nadmiernego stresu dostaje choroby wrzodowej żołądka albo zawału serca, a ktoś inny zaczyna odczuwać niepokój, lęk, popada w depresję. Depresja zajmuje trzecie miejsce na liście najczęstszych chorób.

Z czego wynika pogarszanie się naszej kondycji psychicznej?
– Nasza kondycja psychiczna pogarsza się w wyniku destrukcyjnej konkurencji, ekspansji postaw konsumpcyjnych, zaniku i rozbicia więzi między ludźmi. Ulrich Beck, niemiecki socjolog, określa współczesne, wysokorozwinięte społeczeństwo jako „społeczeństwo ryzyka”. W życie społeczne wdziera się kategoria „zysku”, zarezerwowana wcześniej dla rywalizacji w gospodarce. Wcześniejsze reguły współżycia zastąpić ma tajemnicza ręka rynku. To prowadzi do odwrócenia hierarchii wartości i do erozji solidarności. A jest tak, że o ile pieniądz kształtuje stosunki gospodarcze, władza – stosunki polityczne, to solidarność wpływa na stosunki partnerskie. Coraz więcej osób czuje się zagubionych i skazanych na wypadnięcie, wykluczenie z tej konkurencji. Rośnie bieda i bezrobocie, również to dziedziczone z pokolenia na pokolenie, a w efekcie utrwala się w tych osobach obraz siebie jako kogoś bezczynnego. Wiele osób gubi motywację i nadzieję na zmianę swego losu. Oddziela się przestrzeń bogatych i biednych. Narasta stres.

Czy nie bardziej byliśmy zestresowani kiedyś, w czasach PRL-u lub później, gdy był stan wojenny?
– Tamta sytuacja była związana ze stresem jasno określonym, z zewnętrznym zagrożeniem, które było odległe od „ja”. Zagrożeniem była władza, owi „oni”, a równocześnie rosła wewnętrzna solidarność. Nie obawiałem się, że mogę stracić przyjaciół. Praca zaś była wtedy obowiązkiem, uchylanie się od niej było społecznie naganne. A przyjaźń i praca są czynnikami ochronnymi dla zdrowia psychicznego. Tworzyło się wiele nisz zawodowych i powstawały alternatywne sposoby ratowania się z opresji.

Dysydenci nie mogli znaleźć pracy.
– Ale to byli ludzie twórczy, mieli oparcie w swoich organizacjach. Wiedzieli, że cieszą się poparciem i szacunkiem społeczeństwa. Byli naszymi bohaterami narodowymi. Prześladowano ich, ale zarazem spełniali misję, która nadawała ich życiu sens. Czuli oparcie społeczności, które za nimi stały, broniły ich. A za osobami chorymi psychicznie nikt nie stoi. Nie ma lobby, które artykułuje ich potrzeby i udostępnia im zasoby. Paradoksem jest, że w czasie wojny nie rośnie liczba zachorowań, poziom nerwic wręcz spada. A w okresie pozornego spokoju przeciwnie.

Dlaczego?
– Jest to spokój pozorny. Procesy, których teraz doświadczamy, wyzwalają więcej wymagań i mocniej konfrontują nas ze sprzecznościami. Wolny rynek jest może dobry dla ekonomii i produkcji, ale nie dla więzi społecznych. Zapewnia on większą swobodę i zmianę, ale są obszary, które powinny być wyłączone z tego, co zmienia się z dnia na dzień. Dyktat „konkurencji lokalnej”, „obniżania dodatkowych kosztów pracy” konfrontuje służbę zdrowia z tak zwanym imperializmem ekonomicznym. Szpitale i praktyki lekarskie powinny ze sobą konkurować, decyzje terapeutyczne mają podlegać kalkulacjom ekonomicznym. Sztuka medyczna zamienia się w ekonomię zdrowia, publiczna służba zdrowia – w rynek usług medycznych, a chory – w klienta. Gospodarka potrzebuje człowieka elastycznego i dyspozycyjnego, który jest ciągle na walizkach, gotów przenieść się w każdej chwili do innej firmy. To znaczy, że nigdzie nie zapuszcza on korzeni. Rwą się więzi społeczne. W różnych miastach Europy aż 60 procent populacji to single. Ludzie wykupują miejsca w ośrodkach, żeby w sobotę poleżeć sobie przy kimś, poczuć czyjąś obecność... Co jest największym ludzkim problemem? U nas ksiądz powie, że grzech. A pastor w Hamburgu – że samotność. Wielu jego parafian wie, że gdzieś tam jest żona ich dziecka, gdzieś są ich rodzice. A kiedy pan ich widział ostatnio? Może 20 lat temu... Samotność staje się dramatem. Deregulacja niszczy więzi między ludźmi.

W kogo to najbardziej uderza?
– Na przykład w ludzi starszych. Cała Europa się starzeje. Powoli piramida wieku odwraca się, a solidarność pokoleniowa staje pod znakiem zapytania. W kryzysie stanu wojennego fundamentem była idea solidarności, a teraz została ona zakwestionowana u samych źródeł. Bo jak mała grupa młodych ludzi ma wypracować środki na utrzymanie coraz większej rzeszy osób starzejących się? Człowiek stary chce się czuć zaopiekowany w znanym mu środowisku. A cóż robi rynek? W małym miasteczku niemieckim ogłasza się przetarg na opiekę nad osobami starymi. I wygrywa firma portugalska, która zrobi to taniej i efektywniej. Co to znaczy dla tych staruszków? Nagle pojawiają się wokół nich obcy ludzie. W polityce społecznej powinien być obszar stabilności wyjęty spod działań rynku.

A ludzie młodzi – na przykład studenci? Co zagraża ich zdrowiu psychicznemu?
– Coraz mniejsze perspektywy realizacji siebie, szans rozwoju i ciekawej pracy. A duża część studentów siedzi już na spakowanych walizkach, koledzy za granicą trzymają dla nich miej...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy