Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Zbadałem mnóstwo charakterów

0 232

Ponieważ w scenariuszu życia nie da się doświadczyć wszystkiego, to aktorstwo pozwala na przeżycie większej liczby życiorysów. Przeżyłem ich co najmniej kilkadziesiąt. Ale przede wszystkim mam swój własny, niepowtarzalny – mówi Zbigniew Zapasiewicz.

Piotr Żak: – Jakie są różnice między kreacjami, których dokonujemy w codziennym życiu, a tymi, które dokonują się na scenie?
Zbigniew Zapasiewicz:
– Życie każdego człowieka to pewnego rodzaju scenariusz. Można je opowiedzieć od początku do końca, przynajmniej teoretycznie. W trakcie swojego życia człowiek przeżywa najróżniejsze przygody emocjonalne, spodziewane lub zupełnie zaskakujące. I w każdej jakoś się zachowuje, przybiera instynktowny, ale odpowiedni dla siebie sposób reakcji. Natomiast w teatrze mamy scenariusz zastany. Znamy wypadki, które nastąpią, więc sięgamy do swoich umiejętności, do swojego rzemiosła, do swojej wyobraźni, do swojej wiedzy o człowieku – żeby te sytuacje uwiarygodnić. A więc nie działamy instynktownie, tylko świadomie. Wiemy na przykład, że Otello zabije żonę, bo mamy określony scenariusz. Możemy spokojnie analizować, dlaczego on to zrobił. Ale ja nie wiem, czy zabiję swoją żonę. Pan też nie wie. Mogę się zarzekać, że nigdy nie zabiję człowieka, ale przyjdzie wojna i będę musiał zabić. W życiu są wypadki nieprzewidywalne, do których nie mogę się przygotować. Natomiast w kreacji teatralnej czy filmowej znam przebieg zdarzeń i droga jest odwrotna. Wyobrażam sobie, co by było, gdybym stanął wobec rzeczywistości, która jest udziałem granego przeze mnie bohatera, i jak powinienem się zachować, żeby to było dla widza przekonujące i niebanalne. Nagromadzanie różnych okoliczności powoduje taką, a nie inną reakcję. Przy kreowaniu postaci na scenie musimy odtworzyć te okoliczności, żeby wiarygodnie dla widzów rozegrać zdarzenia. To jest ta różnica: w teatrze mamy zastaną rzeczywistość, a w życiu rzeczywistość niespodziewaną.

– Pan mówi o korzystaniu z codziennych doświadczeń w tworzeniu postaci scenicznych. A czy zdarza się, że to, co Pan kreuje na scenie lub w filmie, pomaga czasem w normalnym życiu?
– Nie dopuszczam do tego, żeby rola, którą gram, bezpośrednio na mnie wpływała. Natomiast niewątpliwie jest tak, że te wszystkie doświadczenia sceniczne gdzieś się odkładają. Moim zdaniem aktor ma obowiązek bronić poglądów postaci, którą gra, znaleźć powody, dla których ona tak postępuje – niezależnie od tego, czy jest to Hitler, czy Janusz Korczak. Analiza tych przyczyn bardzo pomaga w rozumieniu racji drugiego człowieka. Zbadałem mnóstwo charakterów ludzkich, a to powoduje, że jestem spokojniejszy w ocenach. Ale role nie mają bezpośredniego wpływu na moje zachowanie. Jeśli – to bardzo rzadko. Może czasem instynktownie. Dlatego od trzydziestu lat interesuję się poezją Zbigniewa Herberta, że odpowiada mi jego sposób myślenia o świecie. Korzystam z jego myśli i próbuję się nimi w życiu posługiwać. Rozumiem, co to jest zgodność z własnym sumieniem, o którą on apeluje. Rozumiem, gdy mówi, że trzeba iść, choć na szczęście nie mówi gdzie. W stanie wojennym Herbert miał spotkanie w szkole teatralnej i ktoś go zapytał, dokąd on każe nam iść. A on odpowiedział: „Nie wiem. Pan ma być wierny sobie i iść w kierunku, który panu jest potrzebny. Nie można stać w miejscu, ale kierunku ja panu nie nadaję”. To jest piękny pogląd, pełen tolerancji dla drugiego człowieka.

– Miałem niedawno przyjemność rozmawiać z Gustawem Holoubkiem. Uderza mnie duże podobieństwo spojrzenia Panów na sztukę aktorską. Czy to cecha pewnego pokolenia aktorów, które dojrzało do takiego spojrzenia, czy też jest ono wspólne dla wszystkich aktorów?
– Gustawa Holoubka dobrze znam, przyjaźnimy się, przez wiele lat był moim dyrektorem, więc prawdopodobnie jakiś wpływ na mnie wywarł, a może i ja na niego. Ale my należymy do ludzi próbujących uporządkować rzeczywistość. Jeżeli ludzie porządkują rzeczywistość, to w pewnym momencie dochodzą do wspólnych wniosków i najprawdopodobniej stąd pochodzi ta zbieżność z Holoubkiem. To wynika też z tego, że staramy się wprowadzić jakiś ład w naszych głowach, żeby wiedzieć, na czym polega nasz zawód, co to właściwie jest, skąd bierze się tęsknota ludzi do teatralizacji życia. Jeśli w plemionach prymitywnych szaman się maluje i mówi, że będzie deszcz ściągał, to oni mu wierzą. Gdyby był prywatny, to by mu nie wierzyli. Musi się zatem pomalować, włożyć specjalny kostium i wtedy ludzie mu wierzą – choć wiedzą, że to ich kolega z plemienia. A jeśli jeszcze ma siłę przekonywania, to wtedy wierzą mu bezwarunkowo. I ta rzeczywistość teatralna zaczyna być rzeczywistością wiarygodną.

– Kiedy aktor staje się dojrzały?
– Nigdy. Herbert powiedział: „Idź, bo tak zdobędziesz dobro, którego nie zdobędziesz”. Znaczy to, że nie można osiągnąć ideału. Zawsze bowiem można być jeszcze lepszym albo jeszcze bardziej dojrzałym. Ludzie przeżywają tragedie, załamania, są alkoholikami, erotomanami, mają za sobą więzienie. Przede wszystkim jednak liczy się suma tych doświadczeń. Im więcej ich jest, tym człowiek staje się bogatszy. Ale ponieważ wszystkiego przeżyć nie można, to uzupełnia się to własną wyobraźnią, opartą na obserwacji innych ludzi, zdarzeń, na literaturze, która dotyka rzeczy istotnych.

[nowa_strona] – Czy zdarzyło się, że analizując postać, dostrzegł Pan w niej siebie?
– Nie. Są postaci bliskie mojemu charakterowi, sposobowi myślenia czy zachowania, ale nigdy nie są mną. Mogę próbować za pomocą swoich cech nagiąć tego człowieka do siebie, jeśli jego charakter jest mniej określony, albo wyobrazić sobie, kim on jest, i w niego wejść. Mogę to zrobić, ponieważ jako człowiek i jako aktor jestem różny w różnych okolicznościach. Było kiedyś takie głośne zdarzenie. W Andach rozbił się samolot i część pasażerów dotrwa...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy