Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

ZAWSZE WRACAM NA BRZESKĄ

0 213

Warto angażować swoje życie po to, by kochać innych i być przez nich kochanym. Ograniczanie otwartości i ucieczka od życia w prawdzie jest niebezpieczną pokusą - mówi brat Moris. O pokusach niepokojących nie tylko zakonników opowiada brat MORIS. Brat Moris jest w zgromadzeniu Małych Braci Jezusa od blisko 50 lat. Święcenia kapłańskie przyjął 30 lat temu. Przebywał w Maroku i Algierii, następnie zajmował się formacją Małych Braci Jezusa we Francji. Od 13 lat mieszka w Polsce, a od 10 przy ul. Brzeskiej w Warszawie. Jest autorem książek „Brat Karol de Foucauld” i „Za Jezusem z Nazaretu”.

Adam Cedro: Skąd się biorą pokusy?
Brat Moris: – Jestem zakonnikiem, i to już niemłodym. Mam więc spore doświadczenie i zrozumiałem, że w życiu prawie wszystkie pokusy są związane z naturalną chęcią posiadania –rzeczy czy wpływu. Ci, którzy nic nie mają, nie mają także wpływu. Nikt nigdy nie pyta biednych o zdanie. Mamy też ciało, a więc dochodzą pokusy zmysłowe. Według mnie nasze śluby zakonne są odpowiedzią na te trzy rodzaje pokus. Ze względu na Jezusa trzeba próbować być wolnym wewnętrznie od chęci posiadania – stąd ślub ubóstwa. Trzeba też zgodzić się z tym, że nasi bracia mogą mieć wpływ na nasze życie. Dla Małych Braci to posłuszeństwo podwójne. Po pierwsze, jesteśmy podporządkowani przełożonym w miejscu naszego zatrudnienia, a po drugie – w naszej wspólnocie. To wypływa ze ślubu posłuszeństwa. Jest również coś, co dotyka nas bardzo głęboko, bo przecież jesteśmy zwykłymi ludźmi i chcemy kochać i być kochanymi. Te pragnienia nigdy nie ustaną. I to jest bardzo piękne.

– Niektórzy ludzie sądzą, że im nigdy nie zdarzy się ulec pokusie.
– Wtedy są bardzo biedni. Bywają zakonnicy, którzy na przykład chcą być wyżej niż inni, nie akceptują swojej słabości lub nie potrafią się do niej przyznać – dla wspólnoty to bardzo niedobre. Inni nie mają wówczas do nich dostępu. Warto angażować swoje życie po to, by kochać innych i być kochanym nie tylko przez naszych braci, ale i przez otaczających nas ludzi. Ograniczanie otwartości i ucieczka od życia w prawdzie jest niebezpieczną pokusą.

– Za pokusą stoi zawsze jakaś wartość – piękno, pieniądze. Coś nam jest oferowane. Jak rozróżnić, czy stoimy wobec oferty dobra czy zła?
– Przywołajmy ewangeliczną scenę kuszenia Jezusa na pustyni. Szatan zbliżył się do Niego, aby na różne sposoby kusić Zbawiciela możliwościami okazania Jego mocy. A On odrzucił to wszystko. Wrócił do Słowa Bożego, do ludzi, jak prosty człowiek, z pustymi rękami, jedynie serce miał wypełnione miłością i miłosierdziem. Do głoszenia Królestwa Bożego wykorzystywał bardzo proste środki. Do końca został Jezusem z Nazaretu, który miał jedynie miłość w sercu i który objawiał, czym jest Bóg. Kościół ma głosić Królestwo Boże po Chrystusie. Ale jak? Czy misję tę powinno wspierać bogactwo? Rozumiemy, że Kościół jest też strukturą, która potrzebuje rozmaitych środków, ale cały czas trzeba pamiętać, że główną jego troską powinna być przyszłość człowieka. Papież powtarzał w San Domingo w 1992 roku, że Kościół kocha ubogich uprzywilejowaną miłością. W Ameryce Południowej mówi się teraz zresztą, że Kościół jest nie tylko Kościołem ubogich, ale że ma też być Kościołem ubogim. Wtedy będzie jak Jezus z Nazaretu. I powinien używać takich środków, z jakich korzystał Zbawiciel. Przekraczanie tych ograniczeń jest wielką pokusą. Tam, gdzie Kościół jest ubogi, czy czasem nawet prześladowany, staje się podobny do Jezusa i wiarygodny. Tam zaś, gdzie odchodzi od ducha ośmiu błogosławieństw, rośnie antyklerykalizm. To przecież one wskazują drogę, jak żyć w duchu Jezusa i Ewangelii: myśleć o ubogich, rozumieć ich i pomagać im, ale i samemu zmierzać do prostoty życia.

– Czy Mali Bracia różnią się tu czymś szczególnym od innych wspólnot?

– Chyba tylko tym, że zostaliśmy powołani, aby żyć w kontemplacji wśród prostych ludzi, w ich warunkach życia, by dzielić ich los, pracować z nimi. Kiedy idziemy do pracy, nie zaczynamy od tego, że jesteśmy zakonnikami. Moglibyśmy zostać odrzuceni albo potraktowani nieufnie. Z czasem okazuje się, że nie mamy żon czy narzeczonych, nie oglądamy telewizji. Pytani dlaczego, tłumaczymy, że to nasz wybór dokonany ze względu na Jezusa. Stopniowo ujawniamy, że jesteśmy zakonnikami. Ale dopiero wtedy, gdy ludzie nas znają i żyją z nami w przyjaźni. Czasami podejrzliwie pytają, czy jesteśmy katolikami, no bo przecież katoliccy duchowni nie pracują.

– Kościół ubogich zakłada korzystanie z „ubogich” środków ewangelizacji. Jakie ograniczenia stąd wynikają?

– Zdarza się, że te ubogie środki utrudniają nam życie. Czasami jestem zapraszany do innych zakonów i widzę, jak są świetnie zorganizowane, jakie mają możliwości – samochody, mieszkania, jak dużo robią, jak są skuteczne, mają też dużo powołań. Wybór życia za Jezusem z Nazaretu powoduje, że tego nie mamy i czasem nie możemy tyle robić dla ludzi, ile byśmy chcieli. Stąd niekiedy pojawia się pokusa, aby wyjść poza ograniczenia narzucone przez naszą regułę. Musimy na przykład podróżować, a nie mamy samochodu. A przecież gdybym miał samochód, załatwiłbym o wiele więcej spraw.

– Jakie argumenty każą Braciom zostać tylko w przysłowiowych sandałach?

– Dla nas jedynym wzorem jest Jezus z Nazaretu, zatem także warunki, w jakich żył. A Bóg nie wybrał przecież dla swojego Syna rodziny kapłańskiej czy faryzeuszów. Ale tu pojawiają się pokusy, a ja chyba jestem na nie – jako starszy brat – bardziej wrażliwy. Chciałbym, abyśmy mieli więcej powołań, więcej możliwości działania, abyśmy mogli założyć więcej wspólnot w najbiedniejszych środowiskach, w których bardzo bylibyśmy ludziom potrzebni – na przykład na wsiach. Ale cóż, na razie nie możemy liczyć na więcej. Inna poważna pokusa wiąże się z tym, że mamy żyć w kontemplacji, to znaczy trwać w modlitwie sam na sam z Bogiem i trwać w zjednoczeniu z Nim. Ale jak to w życiu: łatwo się denerwuję, myślę, czy zdążę odpisać na listy, ktoś przychodzi i trzeba z nim porozmawiać – i tak dalej. Na szczęście mamy pustelnię. Raz w miesiącu każdy z nas spędza w niej dwa, trzy dni sam na sam z Jezusem. Nic nie musimy wtedy robić, tylko trwać na modlitwie. Pierwszego dnia zwykle trochę przysypiam. Jestem zmęczony. Drugiego dnia już się odnajduję i wchodzę w pewien rytm: modlitwy rano, modlitwy po południu, w nocy – mogę trwać bez problemu. Trzeciego dnia jest mi tak dobrze, że pojawia się pokusa, czy nie byłoby lepiej cały czas żyć w ten piękny sposób. Zamiast gubić się w tym świecie i środowisku, zrezygnować z takiego życia...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy