Dołącz do czytelników
Brak wyników

Zdrowie i choroby , Praktycznie

22 marca 2016

Żal od początku do końca

0 720

Codziennie towarzyszy im smutek, myślami są gdzieś daleko. Ich życie stoi w miejscu i nie mogą zrobić kroku, bo... nie dokończyli żałoby po kimś, kogo kochali.

Z polskich badań opinii społecznej na temat śmierci wynika, że niemal 30 procent ankietowanych nigdy nie myśli o śmierci, a połowa – bardzo rzadko. Żałoba kojarzy nam się ze zwyczajem noszenia przez rok ciemnych ubrań – zwyczajem coraz mniej „modnym”, bo uważanym za gest na pokaz. Mówimy, że każdy ma prawo do przeżywania śmierci bliskich po swojemu. Że to indywidualna sprawa, ile trwa smutek. A trwa coraz krócej, bo życie pędzi dalej i trzeba się szybko wziąć w garść.
Efekt? W swojej praktyce psychoterapeutycznej często spotykam osoby z niezakończoną żałobą. Przychodzą na ogół z innym problemem, np. przeżywają utratę pracy, narzekają na trudne relacje, nie mogą się na niczym skupić, nic im się nie chce. Dopiero po głębszej analizie okazuje się, że prawdziwym źródłem trudności, z jakimi zmagają się te osoby, jest brak lub niezakończenie żałoby.

Utrata kogoś bliskiego – matki, ojca, syna, siostry, dziadka – nigdy nie jest obojętna, powoduje w nas trwałą zmianę. Nawet wówczas, gdy wydaje nam się, że ze zmarłym nie łączyła nas więź lub była ona w naszym rozumieniu zła. Mówimy wówczas: „i tak go nie znałem”, „nie lubiłem mojego brata”. Na przeciwnym biegunie relacji jest niezwykle silna pozytywna więź – dziadek był najważniejszą osobą w naszym życiu, dla matki byliśmy zawsze najważniejsi...

W przypadku „złych” więzi nie uświadamiamy sobie uczuć, jakie gromadzą się w nas po stracie. Gdy natomiast śmierć przerywa szczególnie „dobre” więzi, niektórzy zżywają się ze smutkiem i żalem na wiele lat, czasami nawet do końca swoich dni. Takie osoby codziennie lub kilka razy w tygodniu chodzą na cmentarz, nad grobami bliskich „referują” swoje problemy i wspominają wspólne chwile. Zmarli towarzyszą im nawet w snach. Niekiedy źródłem takiego stanu jest jakaś „niezałatwiona” sprawa ze zmarłym, np. rozstanie się w gniewie. Żyjący żałuje, że nie wyjaśnił nieporozumienia, nie powiedział o swoich intencjach i uczuciach, a teraz już nic nie może zrobić.

Poczucie winy trwale łączy go ze zmarłym. Jawna lub ukryta złość cementuje ten związek, tak trudny przede wszystkim dla osoby żyjącej. Ona zostaje i nie wie, jak sobie poradzić z codziennym życiem bez męża, dziecka, matki... Odczuwa złość na innych, siebie, zmarłego, że odszedł nie załatwiwszy pewnych spraw, na los („dlaczego akurat mnie to spotkało?”) i wreszcie na Boga, że jest niesprawiedliwy i niezrozumiały w swoich wyborach dla nas...

Dotrzeć do pierwszej straty

Niektórzy w ogóle nie uświadamiają sobie uczuć po stracie kogoś ważnego w ich życiu, ponieważ np. mieli z nim słaby kontakt. Uczucia dużo wcześniej zostały w nich stłumione i zablokowane, gdy jako dzieci zostali opuszczeni przez rodziców w emocjonalnym sensie, bo np. matka lub ojciec nadużywali alkoholu. Dla małego dziecka są to tak trudne sytuacje, że tylko mechanizm obronny umożliwia mu przetrwanie. Mechanizm ten powoduje jednocześnie, że dziecko nic nie czuje – dorasta nie znając tak naprawdę ojca lub matki, jego świadomość kończy się na tym, że wie o ich istnieniu. Jako dorosły idzie na pogrzeb ojca/matki jedynie z poczucia obowiązku. Mówi wówczas: „tak trzeba, wypada pójść na pogrzeb matki, w końcu to był mój ojciec...” Na pogrzebie nie pozwala sobie na płacz, bo „nie było go przy mnie przez całe moje dzieciństwo, czemu mam teraz płakać?”.

Gdy na terapię przychodzi do mnie osoba, która nie przeżyła w sposób właściwy żałoby, trzeba skojarzyć uczucia z czasem, który dawno minął i dotrzeć do tej pierwszej emocjonalnej straty bliskiego. Jeśli ktoś w dzieciństwie stracił emocjonalny kontakt z matką lub ojcem, został pozbawiony ich uczuć, ciepła...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy