Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

WOLNOŚĆ I OBŁĄKANIE

0 225

Obłąkanie to przede wszystkim zamknięcie, odcięcie od świata innych ludzi – twierdzi ANDRZEJ LEDER.

Czy wolność potrzebna była błąkającemu się po ulicach Nowego Jorku oszalałemubohaterowi filmu „Fisher King”, któregoporuszająco zagrał Robin Williams?Czy kiedy uciekał przed ognistym rycerzem, stworzonym przez jego własny umysł, kiedy umierał z przerażenia stojąc twarzą w twarz z grozą wyłonioną ze snu, pomocne mu było pełne dystansu uszanowanie okazywane przez mijających go przechodniów? Uszanowanie polegające na tym, że nie mieszali się w życietego dziwnie ubranego człowieka, stojącego ze skamieniałym obliczem i wpatrującego się w przestrzeń ulicy, wypełnionej przecież tylko wolno sunącymi samochodami?

Ten człowiek, który popadł w obłęd, kiedy przypadkowy morderca wtargnął do baru i zastrzelił jego żonę, i który żyje jako bezdomny na marginesie miejskiego świata, znakomicie ilustruje charakterystyczny dla naszej kultury dylemat relacji pomiędzy wolnością a szaleństwem. Albo inaczej – dowodzi bezużyteczności takiej wolności, jaką niesie nowożytność dla tych, którzy w tej kulturze żyć nie potrafią.

W swoim słynnym eseju „Dwie koncepcje wolności” Isaiah Berlin tak zdefiniował istotę wolności „negatywnej”, która stała się fundamentem kultury Zachodu: „(...) być wolnym w tym sensie oznacza, że nikt nie wtrąca się w moje sprawy. Im większy jest obszar tego nie-wtrącania się, tym większa jest moja wolność.” Ponieważ wolność jest wartościąfundamentalną i stanowi podstawowe prawo człowieka, ten jej rodzaj rozciągany jest na wszystkich, którym przysługuje status człowieczeństwa. Niezależnie od tego, jakie poglądy głoszą, czy są w prawdzie, czy nie, muszą miećzagwarantowane podstawowe prawo do tego, że niktnie będzie mieszał się w ich sprawy.

Mniej więcej trzydzieści lat temu wielka fala kontestacji społecznej, która kwestionowała prawie wszystkie instytucje nowoczesnego Zachodu, uderzyła też w azyle psychiatryczne. Antypsychiatria oskarżyła je o odbieranie człowiekowifundamentalnych praw, traktowała jak jakieś relikty starego świata. W krajach, w których nurt antypsychiatrycznybył najbardziej znaczący – a więc przede wszystkimwe Włoszech i w Stanach Zjednoczonych – zamknięto wiele oddziałów psychiatrycznych, skrócono czas pobytu w szpitalu, ograniczono prawnie możliwość przymusowego zamknięcia. Chroniono wolność szaleńców. Okazało się – szczególnie w Ameryce – że największe korzyści z tych zmian odniosłaadministracja służby zdrowia, bowiem znacząco zmniejszyły się koszty funkcjonowania instytucji psychiatrycznych. Pacjenci zasilili rzesze bezdomnych, samotnych postaci krążących po ulicach wielkich miast. Wszyscy już się do nich przyzwyczaili. Ich obecność razi tylko wtedy, gdy ktoś z nich wpadniena pomysł, żeby wypróżnić się przed hotelem Hilton.Dlaczego więc idea praw i wolności poniosła klęskęw konfrontacji z losem obłąkanych?

Błąd tkwił w sposobie definiowania istoty obłąkania. Przyjrzyjmy się definicji podstawowego przeżycia obłędu, czyli urojenia, w takiej czy innej formie powtarzającej się we wszystkich podręcznikach psychiatrii: „Urojenie jest fałszywym sądem, całkowicie odpornym i nie poddającym się korekcji za pomocą żadnych argumentów”. Otóż w tej definicji mniej ważne jest to, na co zwykle zwraca się uwagę, czyli fałszywość sądu. Istotne natomiast jest zamknięcie, odcięcie się od świata wszystkich innych ludzi.

Spróbujmy więc zdefiniować obłęd posługując się nie tyle kategoriami prawdy lub fałszu, co otwarcia i zamknięcia.Szybko okaże się, że to kategoria niewygodna dla tych, którzy siebie chcą uznawać za „normalnych”, zaś innych odrzucić w piekło choroby. Otwartym bowiem lub zamkniętym– na świat, na innych – można być mniej lub bardziej.Nie „albo-albo”, tak jak to jest w wypadku prawdy lub fałszu, kiedy można powiedzieć: „Ja mam rację, a ty się mylisz”.Jeśli mamy tu do czynienia z continuum pomiędzy pełnymzamknięciem i pełnym otwarciem, to zapewne każdy możena nim znaleźć swoje miejsce. Pomiędzy całkowicie odciętymi, jak autycy, i „naprawdę widzącymi” (np. święci mężowiekażdej kultury) jest miejsce dla każdego z nas. I każdy może– o ile zechce – zadać sobie pytanie: ile jest we mnie tegozamkniętego? W jakim stopniu moje sądy „nie poddają siękorekcji pod wpływem żadnych argumentów”? W jakimstopniu mój ukryty, nieuświadomiony gąszcz założeń odcina mnie od innych, od świata, od autentycznego doświadczenia?

Ukryty, nieuświadomiony gąszcz? To, co porządkuje świat, nigdy nie jest bezpośrednio uchwytne. Kiedy z mrokunaprzeciwko mnie, w niewyraźnym świetle latarni, wyłania się jakaś szara postać, to jest ona dla mnie tylko zarysem,kształtem na siatkówce, dwiema plamami, jedną w drugiej.To, czy czuję spokój, czy lęk, czy rozpoznaję w tej postaci przechodnia, niedawno zmarłego bliskiego, zaczajonegomordercę albo wychodzącego naprzeciw przyjaciela, zależyod czegoś ukrytego we mnie samym, od nieuświadomionejinterpretacji, obrazu świata zbudowanego z doświadczeń i zbiorowej pamięci. Czyli od własnego mitu.
Żeby widzieć i rozumieć, człowiek musi interpretować, czyli w jakimś sensie kłamać. Kłamać znaczy tutaj: nieświadomie okłamywać siebie samego. Dostrzegać to, czego nie maw fizjologicznych bodźcach powstających na siatkówce oka. Wierzyć w to, czego nie można dotknąć. Wierzyć. Okazuje się, że wszystko, co jest, jest tak daleko, że musimy w to wierzyć. Powtórzmy: bez takiego kłamstwa nie postrzegalibyśmyrzeczywistości, otaczałby nas chaos niezrozumiałych wrażeń, plam, dźwięków, odczuć. Nasza świadomość musi cośzakładać, sięgając do zapisanej gdzieś głęboko przeszłości, do mitu,...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy