Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

WOJNA W IRAKU

0 572

DANIEL BAR-TAL wyjaśnia, skąd się biorą wojny; URSZULA JAKUBOWSKA opisuje mechanizmy wojennej propagandy; KRZYSZTOF SZYMBORSKI pokazuje, jak Pentagon wykorzystuje dziennikarzy; MACIEJ TOMAL analizuje obiektywizm mediów arabskich.

Musisz wierzyć tylko nam

Konfliktem iracko-amerykańskim świat żyje od kilku miesięcy. Jego eskalacja doprowadziła ostatecznie do wybuchu wojny. Wiele osób zadawać sobie może pytania o przedmiot konfliktu, o racje skonfliktowanych stron, o to, czy zbrojna interwencja jest niezbędna do rozwiązania tego konfliktu, o możliwe następstwa tej wojny dla układu sił międzynarodowych.

Trzeba zauważyć, że zrozumienie wszelkich wydarzeń i procesów politycznych nie jest proste. Przeciętny obywatel ma bowiem ograniczony dostęp do informacji politycznych. Jedynym ich źródłem są media, a one: po pierwsze – dokonują selekcji informacji, po drugie – eksponując je lub bagatelizując, nadają im określoną rangę w hierarchii innych wydarzeń politycznych.

Media troszczące się o rzetelny przekaz starają się go maksymalnie zobiektywizować. Oznacza to przede wszystkim, że podają pełną informację o faktach oraz oddzielają informację o określonym zdarzeniu politycznym od dziennikarskiego komentarza na jego temat. Komentarz zaś zawiera możliwie wszechstronną interpretację problemu, przedstawia argumenty i kontrargumenty. Dzięki temu odbiorca może wyrobić sobie własny pogląd.

Śledząc wydarzenia w Iraku (piszę ten tekst w ósmym dniu wojny), zadaję sobie pytanie, czy w relacjach o nich zostały spełnione warunki obiektywnego przekazu. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z propagandą polityczną. Opiera się ona na manipulowaniu informacjami. Jej celem jest pozyskanie przez manipulujących jak najwięcej zwolenników własnych zamierzeń politycznych. Propagandę polityczną kieruje się do obywateli własnego państwa, do międzynarodowej opinii publicznej oraz politycznego przeciwnika. Preparowanie informacji ma służyć wytworzeniu w odbiorze społecznym pozytywnego wizerunku własnej strony w konflikcie i negatywnego obrazu politycznego oponenta. W tym celu podaje się na przykład niepełne informacje, wybierając te, które dyskredytować mogą przeciwnika i uzasadniać własne decyzje polityczne.

Ten rodzaj manipulacji zauważyć można było w okresie poprzedzającym wejście wojsk amerykańskich i brytyjskich do Iraku. Systematycznie informowano opinię publiczną o prowadzonych przez Saddama Husajna wojnach w Iranie, Kuwejcie i stłumieniu powstania kurdyjskiego, pomijano zaś przyczyny tych konfliktów. Odbiorcy systematycznie dowiadywali się, że Saddam Husajn to „krwawy tyran”, „nieobliczalny szaleniec”, „despota” oraz drugi Hitler. Nacechowane afektem sformułowania i porównania miały podsycać nienawiść do wroga.

Omawiane właściwości przekazu – wybiórczość i emocjonalność – sprawiały, że odbiorcy mieli niewielkie szanse, aby zrozumieć istotę powstałych w tamtym regionie konfliktów. Zamiast tego prezentowano im czarno-białą rzeczywistość, w której był wyraźny podział na zło (uosabiane przez Saddama Husajna) i dobro (w postaci amerykańskiej interwencji). W ten sposób manipulujący starali się przekonać opinię publiczną o konieczności interwencji zbrojnej do rozwiązania konfliktu, nawet z łamaniem międzynarodowych konwencji prawnych (notabene trzymanie się ich przez ONZ prezentowane jest jako jej słabość). Natomiast naród arabski miał uwierzyć, że obce wojska przyniosą wyzwolenie spod tyranii Saddama Husajna.

Akcja militarna poprzedzona więc była wojną psychologiczną, której instrumentem jest polityczna propaganda. Obecnie polityczna propaganda towarzyszy operacjom wojskowym. Obie strony konfliktu informują o własnych sukcesach militarnych. Niepowodzenia starają się ukryć bądź bagatelizować albo odwrócić od nich uwagę (na przykład po emisji obrazu schwytanych do niewoli Amerykanów koncentrowano się głównie na łamaniu Konwencji Genewskiej przez Husajna). W ten sposób „swoich” zagrzewa się do walki, a we „wrogu” budzi zwątpienie w zwycięstwo i niechęć do uczestnictwa w wojnie. Siły sprzymierzone starają się pozyskiwać miejscową ludność transportami żywności i leków, a nawet nadawaniem ulubionej muzyki. Wszystko zmierza do jednego: wygrania wojny i przekonania opinii publicznej do sensowności jej prowadzenia.

Pojawić się może pytanie o skuteczność opisanych manipulacji informacjami politycznymi. Przez Stany Zjednoczone i wiele państw świata przetoczyła się fala antywojennych demonstracji. Nawet ceremonia rozdania Oscarów wykorzystana została przez artystów do wyrażenia sprzeciwu wobec wojny. Przeciwnych wojnie jest niemal 70 proc. Polaków. Z dwóch powodów jest to optymistyczny wynik. Po pierwsze, stanowi wyraz powszechnej niezgody na zbrojne rozwiązywanie konfliktów międzynarodowych. Po drugie, ludzie pomimo na ogół słabej orientacji w świecie polityki (co pokazują badania) zachowują krytycyzm myślenia, przejawiając odporność na próby propagandowej manipulacji.

Urszula Jakubowska jest psychologiem politycznym, profesorem Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, a także członkiem zespołu Pracowni Psychologii Politycznej Instytutu Psychologii PAN.


Medialne gry wojenne

Jeśli operacja „Iracka Wolność” różni się czymś radykalnie od wcześniejszych zbrojnych konfliktów, to nie mam wątpliwości, że jest to jej „informacyjna obsługa”. Wojna ta – wobec zdecydowanej technicznej przewagi jednej ze stron, niepozostawiającej właściwie wątpliwości co do ostatecznego militarnego wyniku – to w zasadniczej mierze wojna psychologiczna, w której prawdziwym celem ataku jest światowa opinia publiczna. I stąd ogromna rola, jaką spełniają w niej środki masowego przekazu. Po raz pierwszy w historii, nie opuszczając naszych mieszkań, obserwować możemy wojnę „na żywo”. Możliwości takiej nie mieliśmy nawet w czasie nie tak dawnej przecież wojny w Afganistanie, kiedy telewizyjne i radiowe relacje docierały do Europy i Ameryki z pewnym opóźnieniem.
Jak wspomina amerykański weteran radiowo-telewizyjnego reportażu Daniel Schorr, którego zawodowa pamięć sięga drugiej wojny światowej, wykorzystanie nowych technicznych możliwości emitowania telewizyjnych sprawozdań prosto z placu boju wymagało odnowienia starej przyjaźni pomiędzy wojskowymi i dziennikarzami. W czasie drugiej wojny światowej dziennikarze byli „akredytowani” przy jednostkach wojskowych, nosili mundury, stołowali się w oficerskiej kantynie i dla dobra sprawy godzili się z wymogami oficjalnej cenzury. Tak jak żołnierze, byli uczestnikami „zbrojnego wysiłku”.

Jedno pokolenie później, w czasie konfliktu wietnamskiego, braterska współpraca zamieniła się w nieufność bądź otwartą wrogość. Cała generacja wojskowych przywódców, którzy przeszli wietnamskie doświadczenie, przekonana była, że wojna ta przegrana została nie w indochińskiej dżungli, lecz na amerykańskiej ulicy opanowanej przez protestujących przeciwników wojny. Z ich punktu widzenia dziennikarze obsługujący wojnę znajdowali się po stronie tych ostatnich. W konsekwencji, w latach osiemdziesiątych XX wieku Pentagon podjął aktywne kroki zmierzające do trzymania przedstawicieli prasy, radia i telewizji możliwie daleko od miejsca wojskowych akcji, takich jak inwazja na Grenadę czy na Panamę. Kiedy Schorr skarżył się na taki stan rzeczy jednemu z wyższych oficerów, ten odrzekł, że w czasie następnego konfliktu najchętniej pośle dziennikarzy na pierwszą linię frontu, bez zabezpieczenia.

Cień wzajemnej nieufności pomiędzy armią a korpusem prasowym unosił się jeszcze nad „Pustynną Burzą”, pierwszą wojną w Zatoce Perskiej, kiedy reporterzy wożeni byli stadami w miejsca wybrane przez wojskowych i ich dostęp do informacji był bardzo ograniczony. Na dłuższą metę taki układ stosunków nie mógł jednak dobrze służyć amerykańskim interesom – nawet czysto militarnym. Planując inwazję na Irak, Pentagon postanowił więc złożyć przedstawicielom mediów ofertę trudną do odrzucenia – miejsce w pierwszym rzędzie z widokiem na pole bitwy. Tak jak dawniej dziennikarzy „akredytowano”, tak teraz, według nowej nomenklatury, zostali oni „wcieleni” („embedded”) do poszczególnych jednostek bojowych i uzyskali prawo transmitowania przebiegu działań w „rzeczywistym czasie”.

Z punktu widzenia wojskowych propozycja ta okazała się niemal całkowitym sukcesem. Medialna popularność wojny, w dob...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy