Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

WISZĄCY CHRYSTUS, LEŻĄCY BUDDA

0 233

Dawno temu, za czasów dynastii Tang, pewien buddyjski mnich imieniem Tanka znalazł się w środku zimy w stolicy jednej z prowincji Państwa Środka. Zatrzymał się w świątyni. Było tak zimno, że zaczął poszukiwać czegoś do rozpalenia ogniska, by się ogrzać. Znalazł drewniany posążek Buddy. Widok mnicha grzejącego się przy płonącym wizerunku Buddy rozgniewał stróża świątyni: „Jak śmiesz palić mojego Buddę?”. Tanka pogrzebał w popiołach i rzekł: „Szukam właśnie resztek świętości”. „Przecież to niemożliwe, żebyś znalazł osad świętości w drewnianej figurze!” - zaprotestował stróż. „Skoro tak mówisz, to czy możesz mi przynieść dwa pozostałe wizerunki Buddy dla podtrzymania ognia?” - odpowiedział Tanka.

Ta buddyjska przypowiastka daje przedsmak tego, jak wielkie są różnice między duchowością Dalekiego Wschodu a chrześcijańskiego Zachodu. Trudno sobie wyobrazić chrześcijańskiego mnicha tak samo obchodzącego się z wizerunkami Chrystusa. W tradycji Zachodu uznano by go za winnego świętokradztwa. Również w buddyzmie zen, w którym przypowiastka powstała, czyn Tanki nie jest podawany za wzór dla pobożnych wyznawców. Pewien mistrz zen, zapytany przez ucznia, co sądzi o postępku Tanki, odpowiedział: „Kiedy jest nam zimno, siadamy wokół ognia, kiedy jest nam gorąco, kryjemy się w cieniu zagajnika bambusów nad rzeką”. Tanka postąpił źle i nie postąpił źle.

Duchowość zen nie znosi abstrakcji, jest praktyczna do bólu. Na pytanie: „Czy ćwiczysz się w prawdzie?”, mistrzowie tej tradycji odpowiadają: „Kiedy jestem głodny, jem. Kiedy jestem zmęczony, śpię”. „No tak, ale to robią wszyscy ludzie” – odpowiemy. „Nie – mówi mistrz – bo oni, kiedy jedzą, to nie jedzą, ale myślą o czymś innym i się rozpraszają. A kiedy śpią, to nie śpią, tylko śnią o tysiącu spraw i dlatego nie są podobni do adeptów zen”.

Ten typ duchowości Wschodu wyraża głęboką afirmację rzeczywistości i niechęć do tego, by ujmować ją w opozycjach dobra i zła, grzechu i świętości, Boga i szatana, zbawienia i potępienia. Nie ma w niej miejsca na spekulacje metafizyczne. Już sam podział na to, co „fizyczne” i co „ponadfizyczne”, na sferę ducha i sferę ciała, na „ja” i „nie-ja” – tak zasadniczy dla filozofii i nauki Zachodu – zamazuje prawdę o głębokiej „holistycznej’’ jedności całego stworzenia. Taki podział nastawia człowieka na podbój i rywalizację, zamiast na koegzystencję i poszukiwanie harmonii. Symbolem tej ostatniej jest chiński znak jin-jang, czyli dwie uzupełniające się „rybki”, czarna z białym oczkiem i biała z czarnym.

Wyobraźmy sobie człowieka – mówił jeden z chińskich mistrzów zen (po chińsku mistrz to czan, co znaczy zarazem „medytacja”) – trzymającego się zębami gałęzi wysokiego drzewa, na które się wdrapał. Wyobraźmy sobie, że pod drzewo podchodzi inny człowiek i pyta wiszącego: „Jaka jest główna zasada buddyzmu?”. Co ma zrobić nieszczęśnik? Jeśli odpowie, runie na ziemię. Jeśli nie odpowie, zlekceważy pytającego. W późniejszym o 1200 lat komentarzu japońskiego mistrza zen czytamy: „Jeśli otworzysz usta z zamiarem potwierdzenia czy zaprzeczenia, jesteś zgubiony. Zen znika. Ale samo milczenie też nie zda się na nic. Leżący obok kamień milczy, milczy kwiat za oknem, lecz ani kamień, ani kwiat nie rozumieją zenu. Musi istnieć jakiś sposób, dzięki któremu milczenie i dar wymowy utożsamiają się ze sobą, to znaczy przeczenie i twierdzenie jednoczą się w wyższej formie wypowiedzi. Kiedy to osiągamy, poznajemy zen’’.
Buddyzm ma dwa i pół tysiąca lat. Przypomina rozłożyste drzewo z mnóstwem gałęzi i gęstą koroną, ma liczne, zróżnicowane odłamy, bogatą literaturę, wiele szkół duchowych. Dał początek wielu kulturom narodowym, a jednocześnie wykazuje niezwykłą żywotność i elastyczność. Nie ma centralnej struktury, dyscypliny i administracji, tak jak Kościół katolicki. Nie ma instytucji wymuszających posłuszeństwo doktrynalne. Nie traktuje Buddy jako Boga w sensie religii monoteistycznych, nie oczekuje bezwzględnej lojalności wobec doktryny i kapłanów. Szuka wyzwolenia od cierpienia, złudzeń i egocentryzmu. Wyzwolenie nazywa oświeceniem, a nie zbawieniem duszy jednostkowej. Może to wszystko sprawia, że właśnie buddyzm – a nie hinduizm czy chiński taoizm – odnosi dziś największe sukcesy na Zachodzie.

Wybitny buddyjski „apostoł’” Zachodu, Japończyk Daisetz Teitaro Suzuki (który zmarł w 1966 roku), tak porównywał obraz ukrzyżowanego Chrystusa – kształtujący od wieków wyobraźnię religijną i psychikę chrześcijan – z wizerunkiem oświeconego, czyli wyzwolonego duchowo, Buddy: „Ilekroć widzę rozpiętą na krzyżu postać Chrystusa, nieodparcie nasuwa mi się myśl o przepaści dzielącej chrześcijaństwo od buddyzmu. Przepaść ta jest symbolem różnic dzielących Wschód od Zachodu. Na Zachodzie indywidualne »ego« przejawia się bardzo silnie. Wschód nie zna »ego«. »Ego« nie istnieje, a jako nieistniejące, nie może być ukrzyżowane. Ukrzyżowany Chrystus przedstawia straszny widok; nieodparcie kojarzy mi się to z sadystycznym impulsem chorego psychicznie mózgu. Chrześcijanin odpowie, że ukrzyżowanie oznacza ukrzyżowanie siebie i swego ciała, gdyż bez zwycięstwa nad sobą nie możemy osiągnąć moralnej doskonałości. W tym właśnie leży różnica między buddyzmem a chrześcijaństwem. Buddyzm głosi, że od samego początku nie ma żadnego »ja«, które by mogło być ukrzyżowane. Przypuszczenie, że »ja« istnieje, jest źródłem wszelkiego błędu i zła. Ignorancja leży u korzeni wszystkich rzeczy, które kończą się niepowodzeniem. Skoro nie istnieje żadne »ja«, nie ma potrzeby krzyżowania, wyzwalania sadyzmu. Chrześcijaństwo akcentuje cielesność naszej egzystencji. Stąd jej ukrzyżowanie, stąd symbolika spożywania ciała i picia krwi. Dla niechrześcijanina sama myśl o piciu krwi jest wstrętna. Czyż to, że Chrystus umarł zawieszony pionowo na krzyżu, a Budda skonał w pozycji poziomej, nie jest symbolem podstawowej różni...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy