Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

W losie rozmiłowani

0 199

Dlaczego ludzie grają na loteriach? Odpowiedź jest prosta: żeby wygrać. Tymczasem zazwyczaj przegrywają i... grają dalej. Zatem: kto ma szczególne upodobanie do gier losowych?

Zadania, przed którymi stają ludzie, dzielą się z grubsza na dwa rodzaje. Pierwsze z nich – nazwijmy je sprawnościowymi – wymagają zastosowania różnego rodzaju umiejętności: bez nich wynik nie może zostać osiągnięty. Zatem sukces w tych zadaniach zależy od sprawności, inne czynniki są bez znaczenia. Jeśli chcesz wyciągnąć pierwiastek kwadratowy z liczby 23659638, to szanse, że odgadniesz ten wynik, są bliskie zeru. Musisz zastosować znaną procedurę. Jeśli uszkodzisz oponę i musisz wymienić koło, nie wystarczy oczekiwanie na szczęśliwy traf – trzeba wyciągnąć podnośnik i zabrać się do pracy.

Drugi rodzaj zadań – nazwijmy je losowymi – w istocie nie wymaga żadnych umiejętności czy sprawności. O wyniku pozytywnym czy negatywnym rozstrzyga losowanie. Tak więc żadne umiejętności nie są potrzebne, aby wygrać w „orła  i reszkę”. I analfabeta, i profesor uniwersytetu mają takie same szanse na loterii.
Jest jeszcze grupa zadań, które udają zadania sprawnościowe, a w rzeczywistości są zadaniami losowymi. Dobrym przykładem są teleturnieje, np. „Milionerzy”. Najpierw pojawia się pytanie, tak proste, że każdy zna odpowiedź. Czy stolicą Polski jest Lima, Moskwa, Praga czy Warszawa? Czy biegun północny leży na wschodzie, na zachodzie, na południu czy na północy? Rzecz prosta, liczba osób, które znają odpowiedź jest ogromna, wobec tego o sukcesie w teleturnieju decyduje koniec końców losowanie.

Panowie i ofiary

W podobny sposób można sklasyfikować ludzi. Trzydzieści lat temu Julian Rotter (a potem wielu innych, np. De--Charms) pokazał, że ludzie różnie widzą zakres sprawowanej przez siebie kontroli nad otoczeniem. Jedni są przekonani, że konsekwencje ich działań mają wewnętrzne uwarunkowania („zależy to ode mnie”), inni zaś uważają, że leżą one poza zakresem ich osobistej kontroli („nie mam na to wpływu”). Jedni spostrzegają siebie jako sprawców (zdarzeń, konsekwencji itp.), pozostali – jako pionki.

Podział na „panów losu” i „ofiary losu” mocno zakorzenił się w psychologii. Zauważono także, że przekonanie, iż jest się ofiarą losu czy też panem losu może mieć wymiar sytuacyjny (np. „nie mam wpływu na zaopatrzenie sklepu z karmą dla kotów, ale mam wpływ na wiele innych rzeczy”), ale może mieć też wymiar osobowościowy („nie mam wpływu na nic, mam niewielki wpływ, nic ode mnie nie zależy, jestem słaby i bezradny”). Przez długi czas utrzymywało się przekonanie, że każdy chciałby mieć większy wpływ niż ma obecnie. Co więcej, według wielu badaczy (np. Burger i Cooper), pragnienie wpływu było tym większe, im mniejszy wpływ ktoś posiadał. Pobrzmiewa tu adlerowskie przekonanie, że podstawowym motywem zachowania człowieka jest dążenie do mocy. To przekonanie nie ostało się jednak pod naporem faktów. Okazało się bowiem (m.in. Łuka-szewski, Doliński), że między wpływem spostrzeganym i upragnionym nie ma właściwie żadnej istotnej zależności. Niektórzy (i to niezależnie od tego, czy spostrzegają swój wpływ jako mały czy jako duży) zadowoleni są z posiadanego wpływu na zdarzenia i kontroli nad nimi. Inni chcą ich mieć znacznie więcej, ale to również nie zależy od tego, jak spostrzegają swoją aktualną moc sprawczą.

Wszystkow rękach losu

Powyższe wywody są niezbędne, żeby zrozumieć umiłowanie ludzi do gier losowych. Zastanowimy się także nad skutkami uczestnictwa w życiu społecznym pełnym loterii.

Dlaczego ludzie angażują się w sytuacje losowe? Dlaczego grają na loteriach? Odpowiedź jest oczywista – tak się przynajmniej wydaje: żeby wygrać. Tymczasem przytłaczająca większość zazwyczaj przegrywa. Wygrywają nieliczni, a ich wygrana jest drobną częścią składki, jaką wnieś-li do puli wszyscy grający. Mimo to grają dalej. Zatem nasuwają się trzy pytania: kto ma upodobanie do loterii? dlaczego ludzie grają? dlaczego grają dalej mimo doznawanych niepowodzeń?

Odpowiedź na pytanie pierwsze jest najłatwiejsza: grają ci, którzy uważają, że to los albo Bóg decyduje o ich życiu. Inny-mi słowy, w loterie angażują się przede wszystkim osoby, które sądzą, że niewiele od nich zależy. To wyznawcy przekonań w rodzaju: „człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi”, „wszystko jest w ręku Boga”, „o wszystkim decyduje los”. W jednym z eksperymentów u części badanych eksperymentalnie wytworzono przekonanie o małym wpływie na zdarzenia. Następ-nie eksperymentatorzy dali wszystkim uczestnikom do wyboru zadania różnego rodzaju. Osoby przekonane o małym własnym wpływie na wydarzenia wybierały zadania losowe (a więc takie, w których wynik w niewielkim stopniu zależy od osobistych sprawności, np. loterie), bardzo łatwe lub skrajnie trudne (a więc takie, które gwarantują wynik, albo takie, które usprawiedliwiają porażkę), wreszcie wykonywane wspólnie z innymi (a więc takie, w którym osobisty wkład w sukces lub porażkę nie jest jasny). Wygrana na loterii upewnia, że to los rządzi światem, jednakże przegrana także potwierdza to przekonanie.

Tłumem po miliony

Wśród graczy nieliczną grupę stanowią przekonani o sprawowaniu kontroli nad własnym losem. Są to ci wszyscy, którzy mają „system” albo „znaleźli regułę”.
Można zatem powiedzieć, że ofiary losu częściej niż inni wybierają loterię (zadania losowe), zaś wynik losowania loteryjnego umacnia je w przekonaniu o przemożnym wpływie losu, a nie własnej aktywności, na uzyskiwane efekty: osiągane sukcesy czy doznawane porażki. Dlaczego tak się dzieje?

Najpierw zauważamy, że w grę wchodzi wygoda i mały nakład pracy. W zasadzie cały wysiłek, jaki trzeba wykonać, polega na zaopatrzeniu się w los lub wypełnieniu kuponu gry i zapłaceniu ustalonej opłaty. Żadna to praca, żaden wysiłek. Co więcej, trudno ją wykonać lepiej lub gorzej. To, czy ktoś będzie przechowywał los w złotej szkatułce albo starannie wypełniał kupony – równo od brzeżka do brzeżka określonego pola, nie ma większego znaczenia. Wygra albo przegra. Sprawa druga to proporcja między poniesionym kosztem a możliwym zys-kiem. Opłata w totalizatorach i loteriach różnych maści jest zwykle niska z indywidualnej perspektywy (i musi być, w przeciwnym razie loteria nie miałaby sensu).

Wygrane, na które składają się pieniądze tysięcy graczy, są proporcjonalnie wysokie. Opłata jest tu więc błędnie traktowana jak korzystna inwestycja. Tymcza-sem prawdopodobieństwo opłaty jest stuprocentowe, zaś prawdopodobieństwo wygranej wynosi jak jeden do np. czterdziestu milionów. To pokazuje jednak, że gracze bynajmniej nie kierują się wysokością prawdopodobieństwa (zręcznie udowodnił to swego czasu Tadeusz Tyszka). Tak więc jedynym czynnikiem decydującym jest możliwa do osiągnięcia potencjalna korzyść. Gdyby była ona pewna, to kupienie losu istotnie byłoby dobrą inwestycją. Tymczasem pewna jest tylko strata, wygrana zaś bardziej niż niepewna.

Innym czynnikiem wartym rozważenia jest powszechność zjawiska. Owczy pęd, powielanie wzorców zachowań to zjawiska dobrze znane od dawna. Z badań wiadomo także, kiedy wzory są bardziej skuteczne, jakie zachowania są szczególnie podatne na powielanie (Bandura, Bronfenbrenner i wielu innych). Wielkie znaczenie ma liczba osób, które dane zachowanie powielają. Można to przyrównać do epidemii. Wyższa wygrana aktywizuje nowych chętnych, ci z kolei zarażają swoim zachowaniem innych i tak proces podlega mechanizmowi samopowielenia.

Im więcej ludzi uczestniczy w grach loteryjnych, tym więcej będzie ich uczestniczyć.

Warto wreszcie zauważyć, że gotowość do angażowania się w gry losowe może wynikać z ogólniejszych przekonań co do natury świata, a także przekonań religijnych. Protestanci uważają np. że na boskie względy trzeba zasłużyć pracą i oszczędnością. Katolicy nie żywią takich przekonań. Przeciwnie – uważają, że koniec końców o wszystkim decyduje Bóg. Może on dobre uczynki nagradzać, a złe karać, ale bynajmniej nie jest to konieczne. Być może niezwykła popularność loterii w krajach postkomunistycznych wiąże się też z wcześniejszym treningiem bezradności, z doświadczeniami braku wpływu wynikającymi z ograniczeń systemowych, z nauczeniem się strategii radzenia sobie w sytuacjach znacznych ograniczeń wolności wyboru.

Dlaczego nauka idzie w las

Jak to się dzieje, że ludzie, choć przegrywają raz za razem, a w najlepszym razie sporadycznie wygrywają niewielkie sumy, nie tracą ochoty na grę? Jest kilka powodów. Pierwszy, najbardziej może pospolity, to chęć „odwetu na losie”. Gracz kontynuuje grę, bo tylko w niej widzi możliwości odzyskania z nawiązką poniesionych kosztów. Jest to znana cecha hazardzistów-utracjuszy, którzy nie godząc się z porażką finansową lub bojąc się społecznych konsekwencji przegranej, za wszelką cenę usiłują się odegrać. W przypadku loterii, losowych gier liczbowych, stawki są stosunkowo niskie, nie rosną z natury (jak w niektórych grach hazardowych) w postępie arytmetycznym, ale porażki kompensować można przez zwielokrotnienie zakładów.

Drugi mechanizm to reinterpretacja reguł dotyczących prawdopodobieństwa. Kolejne poprawne trafienia na loterii są niezależne od siebie (podobnie jak w ruletce), a więc wynik z poprzedniego losowania nie ma żadnego wpływu na następne. Teoretycznie w każdym losowaniu może być taki sam rezultat – jeśli dziś wylosowano czerwone, wcale to nie oznacza, że jutro wynik nie może się powtórzyć. Skoro w pierwszym losowaniu wyciągnięto 28, to wcale nie zmieniło się prawdopodobieństwo wylosowania tej liczby w następnej grze. Jest takie samo.

W głowach grających problem najczęś-ciej wygląda inaczej. Gracz opisany przez Dostojewskiego jest dobrym przykładem. Ponieważ – rozmyśla – wiele razy z rzędu zdarzył się kolor czerwony,...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy