Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

8 marca 2016

W kokonie złości

86

Ja wcale nie jestem zły, tylko od rana boli mnie głowa! - tak tłumaczą się osoby, które od dziecka uczono tłumienia złości. W efekcie nie potrafią wyrażać jej wprost. Co w ten sposób zyskują, a co tracą? Dlaczego boją się skonfrontować ze swoją złością?

Osoby nerwowe często reagują złością, nie zdając sobie z tego sprawy. „Wszystko mnie denerwuje”, mówią wówczas. Ale zapytane wprost, na co się złoszczą, odpowiadają: „na nic, ja wcale nie jestem zła”. Kiedy w gabinecie pytam takie osoby, kiedy po raz ostatni się zezłościły, np. na swoją matkę, słyszę kategoryczne zapewnienia: „na mamę – nigdy”. Dlaczego jest im tak trudno skontaktować się ze swoją złością?

Myślę, że to skutek ciągle obecnych w wychowaniu dzieci przekonań, że „nie wolno się złościć” czy „złość piękności szkodzi”. Od wieków w tzw. dobrych domach dziewczynki były wychowywane na grzeczne, spokojne i powściągliwe damy, a chłopcy na ułożonych dżentelmenów. Prawdopodobnie dzieci przeżywały wówczas konflikty wewnętrzne, gdyż nie mogły wyrażać tego, co czuły – nie wolno im było sprzeciwić się ojcu lub matce, a nawet wujowi czy ciotce. Czy takie wychowanie pradziadków mogło mieć realny wpływ na nasze życie? Z jakim emocjonalnym „spadkiem” zmagamy się we włas[-]nych rodzinach?

Wymusić lub uniknąć

Pracując z osobami z zaburzeniami nerwicowymi, często mam wrażenie, że ktoś je zmusił, by były uległe, tłumiły złość i starały się być za wszelką cenę grzeczne. Oczywiście w pewnym momencie nie wytrzymują i... nieświadomie zaczynają emanować złością. Przejawiają tzw. bierną agresję – w pewnych sytuacjach czują negatywne emocje (skierowane do konkretnych osób), ale nie wyrażają ich wprost.

Często przez lata tłumią złość. Nic w przyrodzie nie ginie, tłumione emocje też w końcu znajdują ujście, np. w chorobie. Gdy ktoś mówi, że źle się czuje, to może w ten sposób wymuszać coś – np. czas dla siebie, odpoczynek od dzieci, zainteresowanie swoją osobą lub opiekę – czego nie dostaje od bliskich, bo nie prosi o to wprost. Innym przykładem biernej agresji jest unikanie współżycia, zdrada, która pojawia się zwykle wówczas, kiedy w małżeństwie się nie układa, oczernianie w towarzystwie.

Osoby biernie agresywne nie potrafią odmówić rodzicom lub teściom zaproszenia na niedzielny obiad, w zamian mają potem „ciche dni” z partnerem lub męczą je migreny. Często w ogóle nie wyrażają swojego sprzeciwu w wielu sprawach – z lęku, że nie zostaną zrozumiane, że ich sprzeciw i tak nic nie da, niczego nie zmieni. Milczą, bo boją się odrzucenia i zranienia. W zamian fundują sobie powolne stany depresyjne, które mogą prowadzić nawet do myśli samobójczych, lub zaburzenia nerwicowe – wybuchają w najmniej spodziewanych sytuacjach, gdy np. ktoś wprasza się przed nich w kolejkę do okienka pocztowego.

Dlaczego osoby biernie agresywne, gdy czują złość, szybko jej zaprzeczają: „ja nie jestem zła, tylko od rana męczy mnie ból głowy”? Boją się skonfrontować ze swoją złością, ponieważ stawiają znak równości pomiędzy myśleniem „jestem złą osobą” a „jestem zezłoszczona”. Takie osoby często są krzywdzone i wykorzystywane przez otoczenie, bo nie wyznaczają granic. Stawiają się w pozycji ofiary we własnej rodzinie i w pracy – pracują po godzinach, ulegają mobbingowi, są molestowane i upokarzane. Przyczyny powstania mechanizmu zaprzeczania i tłumienia złości tkwią w dzieciństwie. Ojciec nieobecny lub alkoholik, matka zajęta ogarnianiem domu, dominująca, więc dziecko nie chce jej dokładać zmartwień, złoszcząc się na nią. W innych domach dorośli wprost mówią dzieciom, że nie wolno się złościć na matkę i ojca.

Nie, nie nienawidzę!
Do biernej agresji może również prowadzić inne uczucie – nienawiść. Skrywamy ją nawet przed samym sobą, bo jak tu się przyznać, że nienawidzi się ojca za to, że go nie było, kiedy najbardziej go potrzebowaliśmy, albo matki za to, że nie pozwalała nam dokonać własnych wyborów. Wybierała ubrania, zabawki, szkołę, a nawet studia – przecież to dla dobra dziecka, a że przy okazji nie szanowała jego zdania...

Taka matka drażni dorosłego już syna czy córkę, nie wiadomo dlaczego. Często dziecko wybiera drogę zawoalowanego odwetu, np. nie kończy studiów, popada w nałóg, traci kolejną pracę, nie wychodzi z domu, marnuje swoje życie. Mówi wtedy – nie wprost, lecz zachowaniem – „zobaczcie, jak źle mnie wychowaliście, nie umiem sobie poradzić i to jest wasza wina”.

Niektórzy ludzie całe swoje życie budują na pokładach tej nienawiści, przez wiele lat mszczą się w ten sposób na rodzicach, choć nie zdają sobie z tego sprawy. Bywa, że przez otoczenie są postrzegani jako grzeczni i kulturalni, tylko czasami dzieje się z nimi coś dziwnego – upijają się albo stosują autoagresję, popadają w apatię, mówią, że do niczego się nie nadają, życie jest smutne, a świat beznadziejny. Zadręczają się własnymi myślami, a każdą porażkę uważają za swoją winę.

Ten mechanizm również może mieć źródło w dzieciństwie, gdy dziecko było nieustannie wpędzane w poczucie winy. Postępują tak np. matki, które postrzegają dziecko jako zagrożenie, pokrzyżowanie planów, niespełnienie oczekiwań, lub wyznają pogląd, że to nie rodzice popełniają błędy w wychowaniu, lecz dziecko jest złe (nie słucha, ma swoje zdanie, zamiast matki wybiera koleżanki, nie uczy się, kłamie, jest podobne do „złego” ojca lub jest niechciane).

Matka konkuruje z dzieckiem, w efekcie przeżywa ono wewnętrzny...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy