Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Uwierzyć, by zwyciężyć

0 497

Jadwiga Koźmińska-Kiniorska jest psychoterapeutą, pracuje w Świętokrzyskim Centrum Onkologii. Ukończyła warsztaty Simontona. Prowadzi terapię indywidualną oraz zajęcia psychologiczne w klubie Amazonek.

Michał Gumowski: – Zdarza się Pani pracować z osobami, które mają poczucie, że już zrobiły to, co mogły zrobić – są po operacji, leczeniu, radioterapii. Przychodzi czas podtrzymywania pacjenta w dobrym samopoczuciu, kiedy medycyna już zrobiła to, co mogła. Jak obudzić nadzieję w takich przypadkach? Co zrobić, jeśli pacjent mówi, że „nadzieja jest matką głupich”?
Jadwiga Koźmińska-Kiniorska: – To bardzo trudne, szczególnie u takich osób, które sądzą, że i tak nie mają żadnych szans. Zdarzają się osoby, które przychodzą do szpitala zrezygnowane. Wtedy wykorzystuję jedną z zasad programu Carla Simontona i opieram się na tym, co z pacjentem jest w porządku, a nie na tym, co jest nie w porządku. Jeśli jestem wzywana do pacjenta na oddział lub przychodzi on sam do gabinetu i mówi, że nie ma nadziei, to staram się mu pomóc w tym, żeby uznał swoją decyzję. Przecież przyjechał tu dobrowolnie kontynuować leczenie. Nawet jeżeli myśli sobie: „nie mam wyboru”, to mówię, że w moim odczuciu jednak dokonał wyboru. Mówię: „Nie został pan w domu, tylko przyjechał pan tutaj. To znaczy, że jednak coś pan wybrał. Chce pan żyć. Chce pan zdrowieć”. Niech uzna swoją decyzję, wolę życia. Może być tak, że ma za sobą rok ciężkiej pracy nad swoim zdrowiem, a choroba pojawia się ponownie. Wtedy naturalnie pacjent może nie czuć nadziei tak jak na początku. Przywołuję przykłady innych osób, które były w podobnej sytuacji. Chcę zwiększyć obszar zrozumienia dla siebie w tym trudnym momencie. Ciągle wracam do tego, że pacjent jest tu i wybrał leczenie.
Badania wykazują, że w leczeniu i profilaktyce przeciwdepresyjnej najważniejszą rolę odgrywa zmiana pesymistycznego stylu atrybucji na optymistyczny. Służy temu terapia poznawcza, m.in. praca z przekonaniami pacjenta, dążenie do tego, aby były bardziej korzystne dla jego zdrowia. Dzieje się tak wtedy, gdy nasze odczucia są oparte na faktach, chronią nasze życie i zdrowie, pomagają osiągać bliższe i dalsze cele, rozwiązywać nasze konflikty oraz czuć się tak, jak chcemy się czuć. Swoją wyobraźnię też możemy zatrudnić, aby nam służyła, a nie działała przeciwko nam poprzez zamartwianie się. Lubię powiedzenie Marka Twaina: „W życiu przeżyłem wiele strasznych rzeczy, na szczęście większość z nich się nie wydarzyła”.

Jaką rolę odgrywają wiara i nadzieja w leczeniu chorób nowotworowych?
– Nadzieja jest przekonaniem, wiarą w to, że pożądane przez nas stany mogą być osiągnięte, niezależnie od stopnia prawdopodobieństwa ich osiągnięcia. Może on być znikomy, a dalej pozostaje nadzieja.
Można sobie wyobrazić osobę, która wyzdrowiała, bo podeszła do choroby z impetem, potraktowała ją jak wyzwanie i wspierała się nadzieją, która była bardzo duża. Jest przekonana, że teraz może być tylko lepiej. Jednak zdarza się, że choroba wraca. I wtedy do osoby, która podjęła tak ogromny trud, dociera, że nagroda była krótkotrwała, wyniki są niekorzystne i należy jeszcze raz podjąć leczenie. W takiej sytuacji nadzieja, a także stopień prawdopodobieństwa osiągnięcia pożądanego stanu zdrowia są mniejsze. Trudniej jest się zmobilizować, podnieść. Można to zrozumieć.

– Nie oznacza to chyba, że nie warto żyć nadzieją i wiarą?

– Cały program Carla Simontona oparty jest na badaniach potwierdzających, że im więcej w danej osobie optymizmu, nadziei, twórczej postawy wobec życia, brania odpowiedzialności za siebie, swoją chorobę i swoje zdrowie, im większa możliwość sięgania po pomoc, czy to najbliższych, czy to profesjonalną, tym większa szansa na przeżycie bądź przedłużenie życia. Zdarza się, że osoba, u której lekarze wysoko oceniają prawdopodobieństwo wyjścia z choroby, subiektywnie ocenia je jako znikome i, niestety, często to ona decyduje. Nie jest tak, że lekarze robią swoje, a to, co przeżywa pacjent nie ma znaczenia. Zdarzają się też takie paradoksy, że osoba, która dobrze rokowała umiera, a osoba, która źle rokowała, natomiast subiektywnie dobrze oceniała swoje szanse, zdrowieje.

– A jeżeli pacjent mówi, że nie widzi żadnych rezultatów leczenia?
– Miałam kiedyś wezwanie do pacjentki, która była w nastroju depresyjnym. Była po kolejnej chemioterapii. Kiedy do niej poszłam, powiedziała, że bardzo przygnębiająco wpływa na nią to, że nie ma żadnego postępu i nic się nie zmienia w wynikach. Powiedziała, że przyjdzie tu za dwa tygodnie i może wreszcie coś się zmieni, coś się ruszy. Zwróciło moją uwagę to, że mówiła o sobie, charakteryzując się wynikami, jak sportowiec. Powiedziałam, że ją rozumiem, bo lekarze, którzy do niej przychodzą, operują jakimiś cyframi i wskaźnikami z karty chorobowej. Moja praca z nią polegała na tym, żeby ją zaznajomić z wartością nieprzywiązywania się do rezultatów. To trudne, bo nasze myślenie jest przyczynowo-skutkowe, coś robimy i oczekujemy nagrody, a tu nagle ktoś nam mówi: „Rób to, co masz do zrobienia, co będzie to będzie”. To szczególnie trudne, jeśli tym rezultatem ma być życie. Rozmawiałam z nią o tym, że może nie jest warto odkładać swojego życia na później, na jutro, na to, kiedy wyzdrowieje. Mariusz Wirga, psychiatra, który popularyzuje w Polsce warsztaty Simontona i jest jego współpracownikiem, porównuje nieprzywiązywanie się do rezultatów do ubezpieczenia: kupuję ubezpieczenie na życie, ubezpieczam swój samochód od...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy