Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

18 listopada 2015

Uwierz w „da się”

0 400

Cel to marzenie, które decydujemy się realizować. Przestaje ono wtedy być fantasmagorią, a staje się czymś realnym, do czego przykładamy nasze pomysły, energię, plany. Zwykle od wymarzonego celu dzieli nas najwyżej dziesięć kroków - mówi terapeutka Anna Srebrna.

Uwierz w „da się”

ANNA SREBRNA jest psychologiem, coachem, psychoterapeutą i trenerem. Pracuje w Laboratorium Psychoedukacji. Prowadzi coaching i psychoterapię indywidualną w podejściu psychodynamicznym oraz zajęcia na Podyplomowym Studium Coachingu. Jest certyfikowanym coachem ICC, superwizorem akredytowanym w Izbie Coachingu, posiada certyfikat psychoterapeuty Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

MAGDA BRZEZIŃSKA: – Porozmawiajmy o tym, jak nie bać się marzyć, planować i realizować swoje zamiary. Czy jest na to sposób?
ANNA SREBRNA:
– Ja bym trochę zmodyfikowała to zdanie, bo już w samym sformułowaniu jest pewien przeszkadzacz, który może stanąć na drodze do realizacji marzeń. Powiedziałabym inaczej: jak się bać, ale marzyć, planować… I tu otwiera się kopalnia możliwości, jak przerobić nasz lęk z przeszkadzacza w przyjaciela zmiany. Gdy potrafimy rozmawiać z naszym lękiem i usłyszeć go, to on nie rośnie, nie puchnie, nie staje nam na drodze, lecz jest jednym z dyskutantów przy okrągłym stole.

Dlaczego boimy się realizować własne marzenia? Przecież marzymy raczej o czymś fajnym, przyjemnym, dobrym, a nie przykrym dla nas. Skoro tak, to czego się boimy?

– Na przykład tego, że nasze marzenia są nierealne. Możemy sobie wymyślić wyspę z palmą, ale jak nie mamy pieniędzy i czasu, to boimy się, że to się po prostu nie uda. A poza tym – jak to w ogóle zrobić? Tworzymy całą kontrargumentację i w końcu marzenie pada. Czasami ludzie wolą zrezygnować z marzenia, niż zmierzyć się z tym, że jego realizacja może być trudna. Że trzeba będzie włożyć wysiłek, wykazać się determinacją.
Warto przekuwać marzenia na cele. W coachingu jest taka ładna definicja celu: cel to marzenie, które decydujemy się realizować. Wtedy marzenie przestaje być fantasmagorią, a staje się czymś realnym, do czego przykładamy nasze pomysły, energię, plany. Myślę, że wiele osób nie dochodzi nawet do tego, bardzo trudnego dla nich momentu. Wolą nie dotykać marzeń, by nie przejść na kolejny etap, który czasem wymaga pewnych przemyśleń, zaangażowania, determinacji, wyrzeczeń.

Przychodzi mi na myśl scena z filmu „Bogowie”, w której Zbigniew Religa dostaje propozycję stworzenia supernowoczesnej kliniki kardiochirurgicznej w Zabrzu. Opuszcza Warszawę, stawia wszystko na jedną kartę, byleby w nowym miejscu realizować swoje największe marzenie. Z walizką w ręku staje w drzwiach szpitala, a tam, gdzie miał być nowoczesny oddział, jest… plac budowy. Niejeden marzyciel uciekłby na taki widok, a on przełyka ślinę, klnie siarczyście i mówi, że za sześć tygodni przeprowadzi tu pierwszą operację. Jak to jest, że niektórzy są takimi Religami, marzycielami, których nic i nikt nie jest w stanie zniechęcić do działania?

– Tu chyba obecne jest takie zjawisko jak siła marzenia, siła celu i siła wizji. Religa miał wizję, on już sobie wyobrażał swoją salę operacyjną, widział siebie przeprowadzającego operacje. Więc w jego głowie ta klinika już była. Gdy rzeczywistość skonfrontowała go z jego marzeniem, to wizja była silniejsza od lęku przed porażką. A zatem warto wizualizować sobie cele, czy wręcz zanurzać się w nie. Wyobraźmy sobie, że leżymy pod palmą, czujemy piach na plaży, ciepłą wodę oceanu obmywającego wyspę – tę, na którą chcemy pojechać, a nie jakąś wyspę w ogóle. Zapach drinka z parasolką, liście palmy nad głową… Ta wizja jest swoistym magnesem i sprawia, że nie ma już dla nas odwrotu.

No dobrze, mam marzenie, mam jego wizję. Co dalej?

– W coachingu pracuje się na trzech poziomach. Najpierw patrzymy, jak wygląda ten punkt, do którego chcemy dojść, czyli nasz cel. Potem patrzymy, gdzie jesteśmy. Trochę na takiej zasadzie jak wtedy, gdy ktoś dzwoni do nas i pyta, jak dojechać do Białowieży. OK, zaraz ci powiem, ale najpierw powiedz mi, gdzie teraz jesteś. Jeśli jedziesz z Moskwy, to kieruj się na zachód, a jak z Paryża, to kieruj się na wschód. Gdy już wiemy, dokąd chcemy dojść i gdzie jesteśmy, to trzeba tylko zdefiniować, czego nam potrzeba, by dojść z punktu A do punktu B. Odwrotna kolejność spowoduje, że się poddamy. No tak – jestem na kiepskim etacie, zarabiam tysiąc złotych, mam pięcioro dzieci na utrzymaniu… Mnożymy kolejne problemy, więc gdzie tu jeszcze jakieś cele, marzenia, wyspy. Ale gdy najpierw popatrzymy na to, czego chcemy, poczujemy to, a dopiero potem zajmiemy się tym, gdzie aktualnie jesteśmy i jak dojść do celu, to ten cel już pracuje na naszą korzyść. Więc w tej kolejności: najpierw cel, potem rzeczywistość obecna, a potem, jakie kroki nas dzielą od tego.

I jakie kroki nas dzielą?

– W każdym celu inne, ale… Ktoś powiedział, że od każdego pożądanego stanu, od każdego celu dzieli nas najwyżej dziesięć konsekwentnie podejmowanych czynności, działań, które mogą sprawić, że marzenie stanie się rzeczywistością. Maksimum dziesięć kroków. Jak już sobie wizualizujemy nasz cel, to często okazuje się, że od osiągnięcia go dzieli nas jakaś prosta czynność, której zaniechaliśmy. Na przykład niewystarczająca znajomość języka angielskiego sprawiała, że nigdy nie odważyliśmy się nawiązać kontaktu z kimś, z kim współpraca byłaby owocna. No to wszystkie ręce na pokład, uczę się angielskiego, szlifuję, dwa miesiące konwersacji i okazuje się, że czuję się pewnie, dzwonię, jadę. Wizja celu może być takim dolewaczem paliwa w naszym działaniu. Jak uczymy się angielskiego ot tak, to prawdopodobnie nauka nie idzie nam tak dobrze, jak wtedy, gdy uczymy się, aby wykorzystać wiedzę w konkretnym działaniu, w czymś, co zaowocuje rzeczywistymi korzyściami.

Zatem wizja celu jest dolewaczem paliwa. A co jest gaśniczym?
– Wizja wszystkich przeszkód i niemożności, koncentracja na tym, co utrudni osiągnięcie celu. Gaśniczym są też nasze przekonania – przekazywane z pokolenia na pokolenie, zasłyszane w dzieciństwie od rodziców, siostry, brata, nabyte z doświadczeń, jakichś nieudanych działań. Często nie zdajemy sobie sprawy z obecności i siły tych przekonań. Konstruujemy w głowie pewne wiary, tezy, np. W mojej rodzinie nikt nie zrobił biznesu. Jeśli w to wierzymy, te skrypty pracują w nas na niekorzyść – nawet jeśli podejmujemy działania, zakładamy siedem sklepów, to na ogół nic z tego nie wychodzi. Takie przekonania tworzą naszego wewnętrznego montażystę, który do filmu o naszym życiu wybiera tylko klatki z porażkami. I jeśli ten montażysta mówi nam, że się nie da, to się nie da.

Mój znajomy ma ciekawy sposób na to „nie da się”, które często słyszy w różnych urzędowych okienkach, gdy chce coś załatwić. Pyta wtedy o podstawę prawną: na jakiej podstawie ten ktoś twierdzi, że nie da się, jaki za tym przekonaniem stoi przepis, ustawa. W większości przypadków okazuje się, że jednak się da, że nie ma żadnej podstawy prawnej do odmowy. Może tę metodę warto zastosować też we własnym codziennym działaniu?
– Tak, warto siebie samego pytać, w jakim kodeksie wewnętrznych przekonań jest napisane, że to da się w moim życiu zrobić, a tego nie da się. Zosi nie wolno jeździć na Wyspy Kokosowe. Markowi nie wolno zarobić więcej niż dwa tysiące, bo jego rodzice nigdy więcej nie zarabiali, bo „się nie da”. Te „podstawy prawne” są częścią naszej rzeczywistości – pytając o nie, zastanawiając się nad nimi, lepiej orientujemy się, gdzie jesteśmy aktualnie i co nam przeszkadza dojść tam, gdzie chcemy. Pamiętajmy, że z tymi naszymi wewnętrznymi kodeksami, „podstawami prawnymi” jest tak, jak z prawem stanowionym – ono może się zmieniać, może być nowelizowane, można dopisać do niego aneksy. A więc i my możemy dopisywać aneksy do własnych przekonań: W mojej rodzinie nigdy nikomu nie udało się zarobić dużych pieniędzy, ale ja będę tym pierwszym, który to zrobi.

No ale co zrobić, żeby w tym wytrwać? Podjęłam decyzję, mam wizję, rozpoczęłam ten pierwszy, drugi, może nawet już trzeci z tych dziesięciu kroków i… realizacja mojego celu dalej mi nie idzie.
– Bo może to nie jest prawdziwy cel, tylko niby-cel. Takie cele tylko wydają nam się naszymi celami, ale właśnie są niby-celami, jakby-celami i dlatego ich nie realizujemy. Jak coś jest naszym rzeczywistym, spójnym z nami celem, to jest naprawdę następnym przystankiem na naszej drodze. Oczywiście gdy jedziemy autobusem, to między przystankami coś się może wydarzyć, autobus może złapać gumę, ale raczej można przyjąć z 99-procentową pewnością, że gdy wiemy, dokąd chcemy dojechać, to w końcu tam dotrzemy. Jeśli autobus złapie gumę, to poczekam albo na piechotę dotrę do następnego przystanku. Jeśli wysiądę nie tam, gdzie trzeba, to się cofnę i odnajdę właściwy kurs… Tu ważna jest umiejętność elastycznego reagowania na przeszkody. Warto w sobie ćwiczyć tę umiejętność, bo w realizacji celów zawsze będą się pojawiały jakieś przeszkody. Więc wtedy trzeba działać od nowa i definiować drogę do celu ponownie. Ale świadomość, że te przeszkody będą, może być w pewnym sensie ulgą, bo nie tworzy takiej magicznej przestrzeni, że wszystko jest możliwe, łatwe, do zrobienia od ręki. Im więcej trenujemy swój umysł w realizacji celów i im więcej ich osiągamy, tym łatwiej idzie nam z kolejnymi. To daje efekt śnieżnej kuli w dobrym tego słowa znaczeniu – im łatwiej, tym łatwiej. Im więcej doświadczyliśmy tego, że możemy osiągać swoje cele, tym łatwiej nam potem wierzyć, że osiągniemy kolejne.

No to już przestałam się bać tego mojego marzenia. Wiem, co może być moim przeszkadzaczem, wiem, co robić, gdy się pojawi. Boję się, ale…

– To dobrze, że pojawia się lęk przed realizacją celu. Bo to znak, że ten cel jest ważny, trudny, otwierający wiele różnych możliwości. Na przykład jeśli zapiszę się na kurs, dzięki któremu mogę poprawić swój status w firmie, to też pojawia się obawa: Jak to wtedy będzie, a czy to nowe nie popsuje tego starego; A co wtedy stanie się z moim czasem dla rodziny, jak będzie z pieniędzmi itp. Oczywiście, że się boimy. I wtedy trzeba zrobić remanent: przed czym ten nasz lęk chce nas ostrzec? Trzeba ten lęk potraktować nie jak wroga, ale przyjaciela, który chce nas przed czymś ostrzec – i z każdym z tych ostrzeżeń trzeba sobie trochę podyskutować. Życie nie polega na tym, żeby się nie bać, tylko żeby działać mimo lęku. Nie na oślep, ale wiedząc o swoich lękach, jednak wychodzić poza strefę komfortu. Lęk jest ludzki, lęk jest nam potrzebny. Gdyby nie lęk, to wpadlibyśmy pod samochód. Więc bójmy się, ale szanujmy ten nasz lęk, stawiajmy mu granice: Dobrze, dobrze, lęku. Mówisz mi to i dziękuję ci za współpracę, ale ja mam swój pomysł. Rozumiem, że chcesz mnie ostrzec, ale czuję się na tyle silna, że decyduję się działać.

Jaki powinien być nasz cel, żeby w ogóle była szansa na jego zrealizowanie?

– W popularnej metodologii coachingowej w kontekście celów mówi się o metodologii S.M.A.R.T. – od angielskiego Simple, Measurable, Achievable, Relevant, Timely defined. Cel powinien być prosty, mierzalny, osiągalny, istotny, określony w czasie. Dla mnie ważnym aspektem celu jest również to, że powinien być atrakcyjny, musi się nam do niego „śmiać gęba”. Ma nam być fajnie w tej przyszłości, którą sobie wizualizujemy. Jak nam się do celu buzia sama nie śmieje, to znaczy, że trzeba go jeszcze trochę poobracać, pooglądać, przeformułować. Oczywiście im on jest bardziej szczegółowy, mierzalny, tym łatwiej jest nam nie tylko o nim mówić, ale również dotknąć go, poczuć, zmierzyć. Dlatego określanie celu w czasie pomaga nam go zaktualizować. Co kilka miesięcy robimy sobie remanent: co już osiągnęliśmy, a czego jeszcze nam brakuje. Szansa na realizację celu rośnie, gdy jest on ważny, atrakcyjny i daje nam poczucie, że zmieniamy swoje życie na lepsze, że lepiej nam będzie w punkcie B niż w punkcie A. Co to „lepiej” oznacza dla każdej osoby to już indywidualna kwestia.

Co może być pomocne w drodze do celu?
Co może nam służyć jako GPS?
– Takim GPS-em mogą być książki, ludzie, pomocne techniki, metody, wskazówki profesjonalistów, ale też warto pracować nad swoim wewnętrznym GPS-em, któremu ufamy i który mamy zawsze przy sobie. GPS nadaje kierunek, podpowiada nie tylko idź tędy, ale też: nie poddawaj się, mimo że jest ci trudno; jak się potknąłeś
– spróbuj jeszcze raz; o, zobacz, zrobiłeś coś dobrze i jesteś coraz bliżej celu. To jest taki wewnętrzny lub zewnętrzny głos, który w momentach słabości daje nam wsparcie. Dla wielu z nas GPS-em są właśnie ludzie, rodzina albo przyjaciele, ktoś, kto już osiągnął podobny cel, ale też wiedza z książek. Warto jednak dbać o równowagę między motywacją zewnętrzną i wewnętrzną. Nie warto uzależniać się wyłącznie od tych zewnętrznych oznak, że idziemy w dobrym kierunku, bo może przyjść taki moment, w którym nikt z zewnątrz tego nie potwierdzi. Pozostaniemy sami ze sobą i swoim wewnętrznym kompasem. Jeśli ten kompas jest ustawiony wystarczająco dobrze, to mimo lęku i braku potwierdzenia z zewnątrz – jednak idziemy dalej, ufamy sobie.

Jak to się dzieje, że taki kompas wewnętrzny się pojawia? Jak on się konstruuje?

– Wydaje się, że niektórym jest łatwiej, mają taki kompas we krwi, w genach, w przekonaniach, w wychowaniu, a inni budują go od zera. Kluczowym aspektem jest uważność. Ona pomaga nam dostrzegać to, co robimy. I nawet gdy przychodzą trudne momenty na drodze do celu, to pojawia się myśl, że przecież tu sobie poradziłem i tam sobie z czymś poradziłem, gdy byłem w podobnej sytuacji, że byłem sobie przyjacielem. Zaufałem swojej intuicji i udało się. To sprawia, że jesteśmy bardziej gotowi zaufać swojemu wewnętrznemu kompasowi. To wcale nie muszą być spektakularne sytuacje, ale takie prozaiczne, z codziennego życia. Byłam w lesie i zebrałam pięć grzybów, chociaż wszyscy mi mówili, że nic nie rośnie, że lasy są puste. Chodzi o takie momenty z codziennego życia, które dają nam właśnie to „ukompasowienie”, pokazują, że potrafimy odnaleźć drogę – jak nie tak, to tak, jak nie tędy, to tamtędy. Pozwalają być konsekwentnym na obranej drodze.
Co jeszcze może pomagać konstruować taki kompas? Myślę, że każdy cel tylko wtedy staje się żywy, nośny, atrakcyjny, wart różnych poświęceń, gdy jest spójny z naszymi wartościami. Czyli z tym, co dla nas naprawdę ważne – nie w sposób deklaratywny, wyświechtany, ale naprawdę. Co jest dla nas tak ważne, że nawet jeśli w życiu codziennym dokonujemy tysięcy drobnych wyborów, to zawsze wybierzemy to, co jest dla nas istotne. Jeśli dla jednej osoby wartością jest bezpieczeństwo, a dla innej ekscytacja, to ich kompasy wewnętrzne będą kierowały każdą z nich w odpowiednią dla nich stronę. Oczywiście te wartości nie są dane raz na zawsze, one ewoluują w trakcie naszego życia, bo to, co się wydarza w życiu, sprawia, że jedne wartości zanikają, a pojawiają się inne.

Stephen R. Covey, autor 7 nawyków skutecznego działania, pisze, że to, co ważne, nie jest tym, co pilne.
– Tak. Jednak to zawsze będzie punktem odniesienia: o to mi chodzi w życiu. Jeśli dla kogoś bardzo ważna jest pracowitość, pieczołowitość, to wymarzone przez żonę wspólne wakacje na egzotycznej wyspie nie będą dla niego atrakcyjnym celem. No, ale jeśli do tego dojdzie wartość miłości do żony i s...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy