Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

UDAWAĆ NAPRAWDĘ

76

Najtrudniej jest podjąć decyzję, czy się obnażyć, czy odkryć swoje kompleksy. Śmieję się, że różnica między mną a ekshibicjonistą jest cienka, ale wyraźna. Ekshibicjonista lubi to robić, a mnie to męczy. Jerzy Stuhr jest aktorem teatralnym i filmowym, reżyserem, profesorem w dziedzinie sztuk teatralnych, rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Ukończył polonistykę na UJ i Wydział Aktorski krakowskiej PWST. W Starym Teatrze, w spektaklach Konrada Swinarskiego, Jerzego Jarockiego i Andrzeja Wajdy, stworzył wybitne kreacje aktorskie. Grał m.in. Piotra Wierchowieńskiego w „Biesach”, Piotra Wysockiego w „Nocy listopadowej”, AA w „Emigrantach”, Horodniczego w „Rewizorze” i Porfirego w „Zbrodni i karze”. Od początku lat 80. współpracuje z teatrami włoskimi. Zagrał główne role w filmach „Wodzirej” Feliksa Falka i „Amator” Krzysztofa Kieślowskiego. Od lat 90. tworzy kino autorskie. Wyreżyserował „Spis cudzołożnic”, „Historie miłosne”, „Tydzień z życia mężczyzny”, „Duże zwierzę” i „Pogodę na jutro”; zagrał w tych filmach główne role. Należy do Europejskiej Akademii Filmowej.

Dorota Krzemionka-Brózda: Czy aktorstwo to zawód bezwstydny, czy wymaga pozbycia się wstydu?
Jerzy Stuhr: – Wymaga przełamania się. Aktor cały czas zmaga się z własnym wstydem. Najtrudniej jest podjąć decyzję, czy się obnażyć lub – jak powiedziałby ktoś inny – wywnętrzyć albo wyspowiadać; czy odkryć swoje kompleksy, słabości i jeszcze mówić o tym publicznie. Śmieję się, że różnica między mną a ekshibicjonistą jest bardzo cienka, ale wyraźna. Ekshibicjonista lubi to robić, a mnie to męczy.

Wydaje się, że aktor nie musi się obnażać, bo przecież mówi cudzy tekst...
– Ale on musi w ten tekst uwierzyć, musi go przez siebie przefiltrować, aż czyjeś słowa stają się jego tekstem. Dzięki wyobraźni aktor może kreować postacie psychologicznie mu obce. Iluż tchórzy widziałem w życiu, moich kolegów, którzy wspaniale grali bohaterów. Bo grali swoje marzenie o bohaterstwie. Pamiętam, jak występowałem z moim synem, wtedy małym chłopcem, w „Dekalogu, dziesięć” u Kieślowskiego. W czasie kręcenia wspólnej sceny on był spokojny, a ja wciąż się myliłem, nie mogłem zrobić ujęcia. Wstydziłem się tego, że coś przed nim udaję. Napisałem książkę pod tytułem „Udawać naprawdę”. Spodobał mi się ten termin. Udawać, ale naprawdę. Na scenie mówimy o sprawach, które podsuwa Szekspir. Ale musimy uwierzyć w nie tak mocno, że aż w naszych oczach odbije się, czy bylibyśmy zdolni zrobić to, o czym opowiadamy. Gdy lady Makbet mówi, że trzeba zabić, i widzę w oczach partnerki, że jej taka myśl przechodzi przez głowę, to jest straszny moment. Gdy tego nie ma, trudno mówić o aktorstwie.

A jeśli ktoś nie odczuwa wstydu? Czy bezwstyd pomaga aktorowi?
– Wstyd uważam za coś szlachetnego. Zawód aktora jest piękny, ponieważ aktor decyduje się powiedzieć od siebie coś intymnego ludziom. To wymaga przełamania bariery wstydu. Jeśli ktoś nie ma takich oporów, to frymarczy intymnością. Nie cierpię ludzi bezwstydnych. Wielu moich kolegów to osoby skryte, nieśmiałe. Najwięksi z nich za wszelką cenę przełamują się – i ten koszt się docenia. Kieślowski czy Swinarski tak cenili aktorów, bo wiedzieli, że to, co oni robią, musi ich sporo kosztować. A dziś to traci znaczenie, teatr pachnie raczej bezwstydem niż przełamywaniem wstydu. Ludziom łatwo – za łatwo – przychodzi opowiadanie o własnej seksualności. Tak się tym lubują, że staje się to podejrzane. I we mnie rodzi się wstyd, gdy na to patrzę. Często wstydzę się w teatrze.

Jaka rola wymagała od Pana największego przełamania się?
– Chyba rola AA w „Emigrantach”. Oparłem ją na moim kryzysie psychicznym. Wyobrażałem sobie, jak bym się czuł, gdybym był pozbawiony kraju i możliwości uprawiania zawodu, samotny. Spotkałem takich aktorów, którzy nie mieli możliwości grania. Są trzy podstawy budowania roli: pierwsza to autopsja, druga to obserwacja. Jestem voyeurem życia, cały czas podglądam reakcje  ludzi.

Lubi Pan podglądać?
– Nie, robię to zawodowo, inaczej bym się wstydził. Podglądam w różny sposób. Żona coś mówi, a ja patrzę na męża. Albo on coś paple, a ja się przyglądam, jak ona się za niego wstydzi. Wypadek na drodze, wszyscy biegną zobaczyć nieszczęśnika, a ja patrzę, jak na nich odbija się ten moment, gdy ujrzą śmierć. Potrzebuję zobaczyć, jak człowiek reaguje w obliczu śmierci. A trzecią podstawą budowania roli jest wyobraźnia. Jeśli rola jest łatwiejsza, bardziej opieram ją na obserwacji. Myślę sobie: „Widziałem takiego typka, spastiszuję go”. Najpiękniejsza jest wyobraźnia, o której Stanisławski mówił „magiczne gdyby”. Gdybym ja się znalazł w tych okolicznościach, jak bym się zachował. Tu dopiero zaczyna się prawdziwy teatr, kreacja.

Jest Pan również pedagogiem. Czy uczy Pan młodych ludzi przełamywać wstyd?
– To nie jest proste, bo epoka zrobiła się bezwstydna. Zawsze mówię, że aktor to ktoś, kto decyduje się pokazać to, czego inni nie chcą ujawnić. Podjęcie tej decyzji jest kryterium przesądzającym o tym, czy ktoś może zostać aktorem. Na egzaminach wstępnych do szkoły aktorskiej zwracam uwagę nie na to, czy ktoś ma dykcję lub umie interpretować tekst, bo tego można go nauczyć, lecz na to, czy ma w sobie tę decyzję pokazania siebie. A studenci mi odpowiadają, że przecież wystarczy włączyć telewizor, by usłyszeć, jak ludzie opowiadają o sobie wszystko, z kim i jak żyli. Mówię im wtedy: „Ale wy to robicie w imię sztuki, a nie dla pokazania się i zarobienia na tym pieniędzy”.

W jaki sposób można pomóc przełamać wstyd?
– Wobec mnie stosowano kiedyś inne metody. Na przykład profesor wyciągał sztuczną szczękę, kładł ją na stół i sepleniąc, mówił: „To jest pozbycie się wstydu”. Albo zwracał się do dziewcząt: „Proszę mi podać swoje okresy miesiączkowe, żebym wiedział, kiedy zmniejszyć intensywność ćwiczeń”. Dziś młodzi ludzie są dziwni. Miałem studentkę, która bez wahania potrafiła się przede mną rozebrać, gdy graliśmy odważne sceny erotyczne. A kiedy miała mi powiedzieć: „Kocham cię”, to unikała mojego wzroku. Oburzyła się, gdy jej powiedziałem: „Ty się wstydzisz, wstydzisz się powiedzieć mi to tak, żebym ja w to uwierzył”. Mówię studentom: „Zaczniesz być aktorem, jak odważysz się spojrzeć partnerce w oczy”. Spotykam młodych ludzi, którzy są pozbawieni wstydu w najszlachetniejszym tego słowa znaczeniu. Ucząc studentów, po pół roku widzę, kogo można tylko nauczyć zawodu, a które osoby, nieliczne, trzeba wtajemniczyć. Tym ostatnim...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy