Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

UCZYŁ VICARY MARCINA

0 422

Mówiono, że Key widział męski narząd płciowy w każdym przedmiocie, który był dłuższy niż szerszy. Wszystko inne było intymnym organem kobiecym.Wiele wskazuje na to, że i Polska dorobiła się swojego Vicary'ego. Jednak nie ma sensu demonizować wpływu Piotra Tymochowicza na polityków - twierdzi DARIUSZ DOLIŃSKI.

Firma Kodak na początku lat 50. ubiegłego wieku wynalazła tachistoskop – urządzenie pozwalające otwierać i zamykać soczewkę aparatu fotograficznego w czasie 1/60.000 sekundy, a więc tak szybko, że oko ludzkie nie może tego zarejestrować. Cały świat popadł w zachwyt. „National Geographic” publikował fascynujące zdjęcia dzikich zwierząt, „złapanych” przez fotografów na zachowaniach, z których nikt nie zdawał sobie sprawy. Niejaki James M. Vicary ogłosił wówczas, że dzięki temu urządzeniu obrazy przedostaną się do ludzkiego mózgu, choć nie zostaną zarejestrowane świadomie. W 1956 roku rzekomo przeprowadził w jednym z kin eksperyment na 45.699 widzach. Twierdził, że podczas wyświetlania filmu „Picnic” prezentowano im wielokrotnie – ale każdorazowo tylko przez bardzo krótki, niedostrzegalny dla oka czas – dwa napisy: „Pij colę” oraz „Jedz prażoną kukurydzę”. Vicary utrzymywał, że sprzedaż coli w tym kinie zwiększyła się o 18,1 proc., a sprzedaż prażonej kukurydzy aż o 57,5 proc.! Nie przedstawił jednak żadnej hipotezy tłumaczącej, dlaczego niedostrzegalne dla oka komunikaty bardziej zwiększały apetyt niż pragnienie.
Vicary zaoferował swoje usługi firmom reklamowym. Zachęty do kupowania różnych produktów miały być tak wmontowywane w filmy, transmisje sportowe i relacje z koncertów rockowych, że widz ich nie zauważy. Zadowoleni byliby zatem zarówno telewidzowie (narzekający na spoty przerywające atrakcyjne programy), jak i producenci reklam.
Jednak niektórzy Amerykanie, bardziej wrażliwi na punkcie wolności i praw człowieka, zaczęli domagać się wydania zakazu wykorzystywania obrazów docierających do odbiorcy poza jego świadomością. Skłoniono więc Vicary’ego do powtórzenia eksperymentu w obecności członków Kongresu, dziennikarzy i przedstawicieli różnych agend rządowych. Doświadczenie skończyło się totalną klapą. Oto komentarz wygłoszony przez kongresmana CharlesaE. Pottera: „Miałem ochotę na hot-doga. Po filmie dowiedziałem się, że namawiano mnie na prażoną kukurydzę”. Pojawiły się wątpliwości, czy Vicary w ogóle przeprowadził eksperyment przed prezentacją w Kongresie. Wkrótce potem zniknął. Wcześniej jednak zdołał zarobić fortunę na prowadzeniu różnych kampanii „niewidocznych dla ludzkiego oka”. Dziś wiadomo, że bodźce docierające do odbiorcy poza świadomością mają bardzo ograniczony wpływ na jego decyzje konsumenckie. Wiadomo również, że ich ewentualna skuteczność uzależniona jest od szeregu warunków, które w eksperymencie sprytnego Amerykanina nie były spełnione.
Swojego Vicary’ego miała także Kanada. Kanadyjski socjolog Wilson Bryn Key zarzucił twórcom reklam, że niezwykle podstępnie umieszczają w różnych obrazach obiekty seksualne i tym sposobem wywołują w nas rodzaj specyficznego niepokoju. Stan ten może zniknąć, gdy kupimy reklamowany tą metodą produkt. Może być też tak, że patrząc na obiekt seksualny ukryty na przykład w kawałku żółtego sera, nie odczuwamy przykrego pobudzenia, ale specyficzną przyjemność. Przenosi się ona na reklamowany produkt, co skłania nas do popędzenia do sklepu i kupienia tego właśnie sera.
Key dopatrywał się męskich i żeńskich organów płciowych w kostkach lodu, dymie papierosowym, butelce pepsi, a nawet w ramionach małych dzieci. James Twitchell, wybitny znawca kultury masowej, ironizuje, że Key widział męski narząd płciowy w każdym przedmiocie, który był dłuższy niż szerszy. Wszystko inne było intymnym organem kobiecym.

Co prawda, kanadyjski socjolog stracił posadę profesora na uniwersytecie, ale zarobił na swoich niedorzecznościach jeszcze więcej niż James Vicary na swoich. Jego książki sprzedawały się bowiem w wielotysięcznych nakładach. Ludzie woleli wierzyć „bezkompromisowemu” Keyowi, a nie „przekupionym przez rekiny reklamy” członkom uniwersyteckiego senatu.

Wiele wskazuje na to, że i Polska dorobiła się swojego Vicary’ego. Kilka miesięcy temu niezwykle popularną postacią w mediach był niejaki Piotr Tymochowicz. Fascynacji jego osobą uległ nawet mój ulubiony reporter Jacek Hugo-Bader, przedstawiając w świątecznej edycji „Magazynu Gazety Wyborczej” (nr 51/2001) artykuł „Zakręcę was jak słoiki na zimę”. Tymochowicz prezentował się wszędzie jako świetny specjalista od manipulacji ludźmi. Na internetowych stronach kierowanej przez niego firmy o dumnej nazwie „International Center of Consulting and Education” czytamy: „Piotr Tymochowicz posiada wieloletnie doświadczenie w prowadzeniu i przygotowywaniu negocjacji handlowych, politycznych, często o strategicznym znaczeniu, jest jednym z głównych twórców Teorii Wywierania Wpływu, ze szczególnym uwzględnieniem różnic kulturowych, mentalnościowych, narodowościowych. Piotr Tymochowicz jest autorem wielu artykułów naukowych i publicystycznych z wymienionego zakresu tematycznego”.

Od wielu lat zajmuję się mechanizmami wpływu społecznego. Czytam dużo. Na żaden naukowy tekst Piotra Tymochowicza jednak nie natrafiłem. Nie udało się to również żadnemu z moich kolegów, których o to pytałem. Może wszyscy czytamy nie to, co powinniśmy, a może Tymochowicz naukowe teksty pisze do szuflady i opublikuje je dopiero w przyszłości?

Aby dowiedzieć się, co ma do powiedzenia, musimy więc na razie skoncentrować się na tym, co powiedział dziennikarzom. W tekście Idalii Mireckiej, który znaleźć można było na stronach Onetu, Tymochowicz przekonywał, że istnieje prawie tysiąc technik manipulacji. Hugo-Baderowi mówił już, że jest ich półtora tysiąca. W wywiadzie dla kobiecego pisma „Uroda” podał rozmawiającej z nim Patrycji Matuszewskiej precyzyjną liczbę: 1625 taktyk. Tymczasem w literaturze przedmiotu mówi się o zaledwie kilkudziesięciu technikach opartych na zabiegach werbalnych i emocjonalnych. Dodać do tego można jeszcze pewną liczbę oddziaływań opartych na mimice i pantomimice, ale empiryczne dane dotyczące ich efektywności są zazwyczaj bardzo skąpe i często wątpliwe.

Mirecka i Bader uczestniczyli w szkoleniach prowadzonych przez Tymochowicza. Czego się nauczyli? Przede wszystkim zgodnie stwierdzają, że niezwykle ważna jest mowa ciała. To, co łączy ich doświadczenia, to liczba 80. W tekście Jacka Hugo-Badera czytamy, iż „sukcesy w negocjacjach, sprzedaży, wystąpieniach publicznych i kontaktach osobistych aż w 80 proc. zawdzięczamy odpowiednim technikom języka ciała”. A Idalia Mirecka informuje czytelników, że „na język ciała przypada ponad 80 proc. wysyłanych informacji”.

Dziennikarze zapomnieli jednak zapytać, jak można to obliczyć. Skąd wiadomo, że jest to właśnie 80, a nie na przykład 70 czy 90 proc.? Naukowcy rzetelnie zajmujący się problematyką komunikacji nie podają żadnych liczb. Wiedzą bowiem, iż takiego wskaźnika po prostu nie można obliczyć. Nie mają jednak wątpliwości, że mówienie nawet o 60 proc. jest zdecydowaną przesadą.

Większość interakcji międzyludzkich ma charakter werbalny. I tu pojawia się problem – słuchacz kursu uzna bowiem za banał twierdzenie, że ważne jest przede wszystkim to, co mówi. Może zaś go olśnić i zachwycić powiedzenie mu, iż najważniejsze jest to, jak trzyma rękę, jak poprawia okulary na nosie i jak zakłada nogę na nogę. Tego typu rewelacje są na uniwersyteckich kursach z zakresu metodologii nauk wykorzystywane do pokazania studentom, na czym polega naukowy bełkot.

Idalia Mirecka, kilka dni po szkoleniu, postanowiła sprawdzić skuteczność jednej z tajemnych technik, którą posiadła w trakcie kursu: „Podczas rozmowy z Y uparcie spoglądam powyżej linii jego brwi (przeciętnie człowiek jest w stanie wytrzymać to ok. 4 sekundy). Wytrzymuje około minuty, potem nerwowo przesuwa dłonią po czole, wreszcie pyta, czy czymś się ubrudził”. Jak widać, wspomniany Y okazał się wyjątkowo odporny, bo wytrzymał 15 razy dłużej niż człowiek przeciętny. Mniejsza o to. Nie czepiajmy się drobiazgów. Ważniejsze jest bowiem, czy koniecznie trzeba było wpatrywać się w linię powyżej brwi Y. Nie sądzę. Jestem głęboko przekonany, że równie dobry efekt przyniosłoby wpatrywanie się w ucho rozmówcy albo w szczegół jego garderoby. Ale to wszystko byłoby takie banalne. Jeśli zaś mówi się o...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy