Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Twarze sukcesu

60

Sukces ma dwie twarze. Pierwsza, najbardziej znana, kojarzy się z szelestem banknotów, bogactwem, sławą. Wiąże się z docenieniem przez innych. Ale jest też sukces innego rodzaju. Wewnętrzny. Taki, w którym wysokość poprzeczek ustawiamy my sami. Ten sukces nie ma pułapu, nie jest niczym ograniczony. Codziennie możemy odnosić go na nowo - uważa Janusz Czapiński. Prof. dr hab JANUSZ CZAPIŃSKI jest psychologiem społecznym, prorektorem Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania, pracuje też na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Jest autorem kilku teorii dotyczących adaptacji. Od 1991 roku razem z socjologami, demografami i ekonomistami bada jakość życia Polaków.

DOROTA KRZEMIONKA: – Pan Profesor nieodparcie kojarzy się z sukcesem...
JANUSZ CZAPIŃSKI: – Jako ten, kto odniósł w życiu sukces, czy jako ten, który zajmuje się sukcesem?

Jedno i drugie. Bada Pan uwarunkowania jakości życia i powodzenia Polaków, a zarazem niewątpliwie odniósł Pan w życiu sukces. Nie ma Pan takiego poczucia?
– W pewnym sensie tak. Chociaż na co dzień tego nie odczuwam, ponieważ sukces niesie ze sobą sporo obciążeń. To nie jest tak, że ustawicznie towarzyszy mi świadomość, że jestem człowiekiem sukcesu. Szczerze mówiąc, towarzyszy mi raczej świadomość, że jeszcze mam dużo do zrobienia, a nie że już wspiąłem się na sam szczyt, gdzie nikt i nic mi nie zagraża i mogę spokojnie konsumować owoce sukcesu. Ale rzeczywiście, gdy spojrzę wstecz i dokonam bilansu retrospektywnego, to muszę przyznać, że jestem w miejscu, w którym nigdy nie oczekiwałem, że się znajdę. To jest, nawiasem mówiąc, jedna z definicji sukcesu: osiągnąć więcej niż się oczekuje.

A zatem sukces oznacza, że zajdziemy tam, gdzie nie oczekiwaliśmy, że dojdziemy…
– Tak, to dojść po jakiejkolwiek ścieżce dalej niż przewidywaliśmy. Przekroczyć własne granice. Jeżeli osiągamy tylko to, do czego usilnie przez lata dążyliśmy, no to możemy powiedzieć, że jedynie zrealizowaliśmy jakieś zadanie życiowe, a nie że odnieśliśmy sukces. Niezależnie od tego, jak inni by na to patrzyli.

Czym więc jest sukces?
– Zacznijmy od uwagi lingwistycznej. W języku polskim słowo „sukces”, tak jak i „szczęście”, jest zdecydowanie bardziej odświętne niż w języku angielskim (odpowiednio: „success” i „happieness”). Tam w powszechny scenariusz życiowy są jakby wpisane i sukces, i szczęście. Natomiast w Polsce mamy przekonanie, że sukces może odnieść bardzo niewielu, w bardzo szczególnych okolicznościach. I nawet ci, którzy ten sukces odnoszą, mówią z pewnym zażenowaniem, że sukces odnieśli. Kiedy mnie pani spytała, czy odniosłem w życiu sukces, to się zarumieniłem. To wynika oczywiście z uwarunkowań kulturowych a nie czysto językowych.

Czy to taka nasza narodowa skromność?
– Można powiedzieć, że my – a generalnie Słowianie – jesteśmy niezwykle skromni. W związku z tym jesteśmy skłonni raczej rozglądać się za jakimiś niedoróbkami w tym, co zrobiliśmy i podkreślać, że to jeszcze nie koniec, że inni poszli dalej... Bo po prostu nie wypada eksponować swoich osiągnięć, chwalić się nimi. Na dodatek to jest karane społecznie, a nikt nie chce poddawać się takiej karze. I dlatego nawet jeżeli ludzie wewnętrznie cieszą się z tego, co im się udało osiągnąć w życiu, to za Boga nie będą w ten sposób o tym opowiadać.

Czy to jest wyraz obawy przed tak zwanym polskim piekiełkiem lub tym, co Wańkowicz nazwał „kundlizmem”? Przed tym, że z zawiści ściągną mnie zaraz w dół?
– Myślę, że tak. Niewątpliwie w Polsce panuje kultura zawiści. I nie warto chwalić się, pokazywać swoich osiągnięć i kusić tego społecznego diabła, który zaraz zacznie nas do tego kociołka piekielnego ściągać. Choć warto zaznaczyć, że nie w każdym wymiarze sukces grozi społecznym odwetem. Zgodnie z teorią autodeterminacji Edwarda Deciego i Richarda Ryana, profesorów psychologii z Univer­sity of Rochester, w dążeniu do sukcesu wyróżnić można motywację zewnętrzną i wewnętrzną. Są ludzie nastawieni na sukces wewnętrzny, a także tacy, którzy są nastawieni na sukces zewnętrzny. Społecznymi reperkusjami wynikającymi z zawiści oczywiście obdarzani są ci, którzy są nastawieni na sukces zewnętrzny. Ale co to jest sukces zewnętrzny? Jest to osiąganie więcej, zajście dalej – wedle obiektywnych miar funkcjonujących w społeczeństwie.

Jakie są kryteria sukcesu zewnętrznego?
– Wszystko to, co decyduje o pozycji społecznej, a więc: pieniądze, władza, sława, popularność... Sukces zewnętrzny jest to rywalizacja o ograniczone dobra, więc jeśli my zarobimy więcej pieniędzy, to inni będą mieli ich relatywnie mniej. Jeśli my zrobimy karierę i dostaniemy się na wyższe stanowisko, to inni się nie dostaną, bo liczba takich stanowisk jest ograniczona. Sukces zewnętrzny jest zawsze okupiony kosztami innych ludzi, więc nic dziwnego, że ci inni tak wrogo patrzą na tego, który szybko się wspina po drabinie dystansu społecznego.

Mamy więc do czynienia z klasyczną grą o sumie zero – ile inny wygra, tyle ja muszę dołożyć?
– Tak, bilans wspólnoty się zeruje. Natomiast ci, którzy już ten sukces osiągają, albo mają poczucie, że go osiągnęli – wierzą, że ich bilans życiowy jest dodatni, że coś zyskali. Jednak w przypadku sukcesu zewnętrznego, nawet przy osiągnięciu bardzo wysokiej pozycji społecznej, straty w innych dziedzinach mogą sprawić, że bilans indywidualny się wyzeruje... Na przykład, niektórzy w Polsce skorzystali z okazji, jaką stworzył wolny rynek i wyfrunęli bardzo wysoko. W krótkim czasie, w wieku trzydziestu kilku lat zostali prezesami dużych banków czy oddziałów wielkich korporacji międzynarodowych. Jeżdżą wspaniałymi samochodami, ubierają się w markowe ubrania, mogą pojechać wszędzie, gdziekolwiek chcą, na wakacje. Mają też wewnętrzną satysfakcję, ponieważ zazwyczaj realizują to, co sprawia im frajdę, bo widzą swoje mistrzostwo. A przy okazji to mistrzostwo jest doceniane przez innych, również finansowo. Ale znów – nic za darmo. Niedawno ukazała się głośna książka psychologa Barry’go Schwartza pt. Koszty życia. Jak wolny rynek niszczy najlepsze rzeczy w życiu. Okazuje się, że ci wygrani są samotni. I nigdy do końca nie mogą być pewni, czy miłość, jaką deklaruje piękna kobieta, jest miłością do nich, czy też do tego, co osiągnęli.

Może nie warto tego oddzielać, ich osiągnięcia są przecież częścią ich osobowości...
– No nie, przecież każdy wolałby być kochany za to, jaki jest i jaką ma duszę, a nie za to, ile ma pieniędzy. To dlatego niektórzy są nieodporni na sukces. Co więcej, zdają sobie sprawę z tego, że są nieodporni i w związku z tym gubią swoje szanse na sukces...

W jakim sensie są nieodporni na sukces?
– Kiedyś określano to jako lęk przed sukcesem. Częściej przypisuje się go kobietom. Stwierdzono na przykład, że wiele kobiet mogłoby przejść mało kłopotliwą terapię odchudzającą, a jednak rezygnują z tego. Chociaż same nie akceptują swojego wizerunku i bardzo chciałyby być chudsze, nie odchudzają się, bo się boją, że to może radykalnie zmienić stosunek do nich innych osób, na przykład męża. Boją się, że mogą przestać być kochane, albo że zostaną obdarzone fałszywą miłością. Natomiast dopóki są otyłe i ktoś im mówi, że je lubi czy kocha, to mają pewność, że lubi je nie za ciało, a za duszę. A jak się odchudzą, to już nie mogą być tego pewne. Są też kobiety, które nie robią kariery, ponieważ boją się, że to je wpędzi w samotność. Obawiają się zazdrości, a także odpowiedzialności, bo wyższa pozycja, to zdecydowanie więcej obowiązków. I boją się, że gdzieś się pogubią i nie będą mogły spełnić oczekiwań tych, którzy je awansowali.

Czy mężczyźni tej odpowiedzialności mniej się boją?
– Może nie tyle jest to kwestia odpowiedzialności. Mężczyźni mniej się boją samotności, tej niepewności co do uczuć innych ludzi, rzadziej się boją zazdrości otoczenia.

Czyli ci nieodporni, to są osoby z dużym lękiem przed sukcesem?
– Tak. I myślę, że Polacy mają wyższy poziom tego lęku przed sukcesem niż na przykład Amerykanie. I to nie tylko z powodu społeczno-kulturowych reperkusji. Również z powodu mniejszej wiary w to, że podołam temu, co ten sukces życiowy może przynieść. A także z powodu lęku przed nieznanym, przed przyszłością. Bo nastawienie na sukces, to równocześnie otwarcie na nieznane. Przecież nigdy nie mogę przewidzieć, czy jak będę bogaty, to będę tak samo myślał o świecie, a świat o mnie, jak gdy jestem biedny.

Skoro z sukcesem wiąże się tyle lęków, to jak wytłumaczyć tak powszechne parcie do niego? Dlaczego motywacja do osiągnięcia sukcesu jest tak mocna? I tak powszechna?
– Motywacja do osiągnięcia sukcesu z większym czy mniejszym nasileniem towarzyszy nam wszystkim. Nawet tym, których wedle Decigo i Ryana moglibyśmy zakwalifikować do osób sterowanych wewnętrznie – im też towarzyszy apetyt na mnożenie, ograniczonych przecież, dóbr zewnętrznych. Dzieje się tak, bo to jest wpisane w nasze geny. To dalszy ciąg ewolucji. Rywalizujemy z innymi o ograniczone dobra, tak jak dinozaury rywalizowały z innymi dinozaurami o pożywienie, którego brakowało. To dalszy ciąg mechanizmu, który selekcjonuje osobniki najlepsze z punktu widzenia realnych efektów ich działań. Takich ludzi, którzy mogą zbudować większe domy, skonstruować oszczędniejsze samochody, zarobić dla instytucji więcej pieniędzy... To potężny mechanizm, nie uwolnimy się od takiej rywalizacji. Zresztą, ten sam mechanizm decyduje o występowaniu efektu nazwanego przez brytyjskiego psychologa społecznego Henri Tajfela „minimalnym paradygmatem grupowym”: musimy zidentyfikować swoich, a innych zepchnąć do morza. Ale w przypadku sukcesu nie chodzi o rywalizację grupową lecz indywidualną. Ta jednak również służy wspólnocie poprzez wzbogacanie puli genów.

Ale z drugiej strony są i tacy, którzy pokazują, że kooperacja, dzielenie się, na dłuższą metę bardziej się opłaca.
– Bo tamten mechanizm jest równoważony przez inny, który powoduje, że od czasu do czasu także w tych materialistach, nastawionych na namacalny sukces zewnętrzny, odzywa się apetyt na realizowanie potrzeb wewnętrznych, takich, których osiągnięcie nikomu niczego nie zabiera. Do nich zaliczyć można mnożenie przyjaciół – wszyscy możemy mieć sześć miliardów przyjaciół. Wszyscy możemy być genialni, rzetelni, punktualni, czyści, oczytani.

Dochodzimy do sukcesu wewnętrznego...
– Tak. Sukces wewnętrzny to jest mierzenie się nie z innymi ludźmi, lecz z wyzwaniami. A te są nieograniczone, nie mają żadnego pułapu.

Czy te wyzwania sami sobie formułujemy?
– Niektóre z nich fundujemy sobie sami, a inne los nam podsuwa. Ale oczywiście nie wystarczy, że los nam podsuwa jakieś okazje czy wyzwania. Musimy jeszcze je dostrzec. W przypadku motywacji wewnętrznej nie ma intersubiektywnych kryteriów. Genialne dzieło sztuki może być wycenione na aukcji, ale dla twórcy, który kieruje się motywacją wewnętrzną, ono żadnej ceny nie ma...

Osoba, która przygotowała świetne danie, cieszy się, że ludziom smakuje.
– I że zrobiła coś, czego do tej pory nie zrobiła, że przekroczyła jakieś własne granice, przekroczyła siebie. I nie liczy oczywiście na żadną nagrodę. Nagroda jest wewnętrzna – to satysfakcja z tego, że stać mnie na więcej.

A jak mają się do siebie ten sukces wewnętrzny i zewnętrzny w codziennym życiu? Czy jeden stoi w poprzek drugiemu?
– Najszczęśliwsza byłaby sytuacja, w której zrobiliśmy coś wspaniałego, kierując się przy tym motywacją wewnętrzną. Bo po prostu chcieliśmy zrobić to coś, nie oglądając się na żadne zewnętrzne gratyfikacje wynikające z faktu, że nam się udało. A następnie konsumujemy słodkie winogrona na­gród społecznych...

To są opowieści osób, które czasem mówią: „Uw...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy