Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Tragedia bez dna

74

Wszystkim się wydawało, że następnego dnia wrócą do domów, a tu zalało miasto i nie ma gdzie jechać, bo wokół wszystko jest zatopione i zniszczone. Większość z tych ludzi nadal nie doświadczyła tego punktu, w którym czujemy, że najgorsze jest już za nami. Punktu, od którego zaczyna się początek rekonwalescencji, odbudowy i odnowy. Dla tysięcy ludzi w Nowym Orleanie tego punktu nie będzie jeszcze przez długi czas. Przewiduję, że Katrina okaże się jednym z najbardziej dramatycznych wydarzeń ostatnich lat i wstrząśnie tą częścią świata - mówi Krzysztof Kaniasty.

Dorota Krzemionka-Brózda: Od dawna przewidywano, że w Nowym Orleanie może dojść do katastrofy. Czy można się było lepiej na nią przygotować?
Krzysztof Kaniasty: – Z pewnością tak. Nowy Orlean od jakiegoś czasu uznawany był za miasto zagrożone. Od lat bezskutecznie monitowano, że należy wzmocnić tamtejsze wały przeciwpowodziowe. Tak się nie stało. Aktualna sytuacja udowodniła amerykańskiej administracji, jak bardzo zostały zaniedbane przygotowania na wypadek klęsk żywiołowych. Przyczyną zaniedbań jest między innymi to, że od 11 września 2001 roku przygotowywano się na ataki terrorystyczne. Większość pieniędzy i działań szła w tym kierunku. Zapomniano, że naszym podstawowym zagrożeniem są nadal siły przyrody. Katastrofa w Nowym Orleanie ujawniła również problemy w koordynacji i zarządzaniu na poziomie rządowym i lokalnym. Do tej tragedii nie wolno było dopuścić, ale kłopoty USA związane z terroryzmem i wojną w Iraku wykazały, że nawet ogromne mocarstwo nie jest w stanie podołać nakładającym się na siebie sytuacjom kryzysowym. A kryzys to przecież sytuacja, która obnaża słabości. W kryzysach nawet najlepiej zorganizowane, wytrenowane formy działania potrafią zawieść.

– Patrząc na to, co się dzieje w Nowym Orleanie, jesteśmy wstrząśnięci, ale i zdziwieni. Wyobrażaliśmy sobie, że amerykańska administracja działa na tyle sprawnie, że nie dojdzie do takiego chaosu.
– Takie oczekiwania miała i sama administracja, i obywatele amerykańscy, i ludność całego świata. Okazało się, że są one bezpodstawne. Zdumiewające, że doszło do takiego chaosu, ale też zaistniały szczególne warunki. Katrina dotknęła cztery stany, które – oprócz Florydy – nie są najbogatsze, za to cechują się różnorodnością etniczną, rasową i kulturową.

Może w myśleniu instytucji i ludzi zadziałał mechanizm obronny polegający na przekonaniu, że mnie się nic złego nie zdarzy...
– Rzeczywiście, w kulturze Nowego Orleanu i delty Missisipi powszechne jest zaprzeczanie tragedii. Proszę zamknąć oczy i przywołać obraz, który się kojarzy z Nowym Orleanem. To kondukt żałobny, gdzie gra się wesołą, taneczną muzykę. Ta muzyka zaprzecza temu, że tragedia i śmierć są sensem ostatecznym. To jest mentalność tego regionu, będącego zbitką kultury kreolskiej, hiszpańskiej, afroamerykańskiej, karaibskiej i amerykańskiego Południa. One stworzyły przekonanie, że tragedia nie jest czymś ostatecznym, lecz przejściem z jednego stanu istnienia w inny. Stąd popularność spirytualnych obrządków i kultów w tym rejonie. W Nowym Orleanie śmierć tańczy w rytm muzyki marszowej. Te 100 tysięcy ludzi, którzy zostali w mieście, zrobiło to przede wszystkim dlatego, że byli biedni i nie mieli czym wyjechać. Ale część z tych, którzy się uparli, że nie wyjadą, kulturowo uznaje nieszczęście i zagrożenie za powszedni składnik życia. W efekcie zaprzeczają nieszczęściu jako czemuś ostatecznemu.

– W czasie powodzi w Polsce w 1997 roku obserwowano dużą solidarność ludzi. Z kolei zalany Nowy Orlean pokazywany był w mediach jako miasto opanowane przez szabrowników i bandytów. Co sprawiło, że dochodziło tam do tak wielu rabunków?
– To pytanie jest za wcześnie postawione. Nie wiemy, czy było więcej przestępstw niż wzajemnej pomocy i społecznej solidarności. Nie wiemy, czy morderstw, gwałtów i rabunków było więcej niż zazwyczaj. Ile spośród 100 tysięcy osób, które pozostały w mieście, okradało sklepy, gwałciło i rabowało? Nie wiadomo. Zresztą – sklepów spożywczych nie okradano, lecz korzystano z nich, by przeżyć. Na stadionie Superdome i w Convention Center zgromadziło się blisko 40 tysięcy osób w poczuciu niepewności i chaosu, zwłaszcza z dzielnic biednych, które zazwyczaj mają duży problem z przestępczością. Jeśli tak wiele ludzi zgromadzi się w jednym miejscu, gdzie jest ciemno, gorąco, nie ma wody, toalet, pomocy lekarskiej, policji, to oprócz tych, którzy sobie pomagają, może pojawić się grupa reagujących inaczej. Dla większości ludzi zachowaniem dominującym w sytuacji tragedii jest afiliacja, połączenie się, solidarność i wzajemna pomoc. Ale w pewnych środowiskach zachowaniem dominującym jest utrzymanie kontroli siłą, za pomocą przemocy. Nie doszłoby do tego, gdyby lepiej działała administracja i natychmiast pojawili się ludzie z insygniami władzy. To byłoby sygnałem, że obowiązują te same reguły życia co przed tragedią. Nagle okazało się, że nie ma tych reguł, i znaleźli się ludzie, którzy próbowali z tego skorzystać. Jak dużo tych przypadków było, na dobrą sprawę nie wiemy. Było ich na tyle dużo, że cały świat się o tym dowiedział. Jestem jednak przekonany, że dominowały poczucie straty, szok, ale też wzajemna pomoc i poczucie wspólnoty.

Jak to możliwe, że w obecności tysięcy osób, na przykład w Superdome, doszło do gwałtów. Przecież ludzie powinni przeciwdziałać.
– Pod warunkiem, że to widzą i że się nie boją. Nie sądzę, żeby widzieli, co się dzieje. Byli zmęczeni, przeciążeni, zaabsorbowani wspólnym cierpieniem. Tym ludziom brakło czegoś, co w większości kataklizmów pojawia się dość szybko, tak zwanego punktu dolnego, punktu, w którym wiemy, że coś się zdarzyło, skończyło i nie może już być gorzej. W Nowym Orleanie w poniedziałek uderzyły wiatry, wszyscy odetchnęli z ulgą, że przeżyli i nie jest źle. Po kilku godzinach puściły tamy, pojawił się kolejny punkt dolny. Ale nagle okazało się, że 100 tysięcy ludzi z różnych względów pozostało w mieście. Ci biedni zazwyczaj ludzie przerzucają się do centrum miasta, na stadion i do centrum zjazdowego. Miasto nie jest na to przygotowane, nie ma pomocy z zewnątrz, pojawia się chaos, służby nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa. Znów brakuje punktu dolnego. Co więcej, wszystkim się wydawało, że następnego dnia wrócą do domów, a tu zalało miasto i nie ma gdzie jechać, bo wokół wszystko jest zatopione i zniszczone. Większość z tych ludzi nadal nie doświadczyła tego punktu, w którym czujemy, że najgorsze jest już za nami.

– Punktu zwrotnego w nieszczęściu?
– Tak. Punktu, od którego zaczyna się początek rekonwalescencji, odbudowy i odnowy. Dla tysięcy ludzi w Nowym Orleanie tego punktu nie będzie jeszcze przez długi czas. Przewiduję, że Katrina okaże się jednym z najbardziej dramatycznych wydarzeń ostatnich lat i wstrząśnie tą częścią świata. Negatywne konsekwencje tego wydarzenia będą trwały dłużej niż zazwyczaj.

Pojawiły się głosy, że tragedia Nowego Orleanu ujawniła ukryty rasizm. Ofiary miały głównie czarną twarz.
– Niewątpliwie 100 tysięcy ludzi, którzy nie wyjechali mimo obowiązkowej ewakuacji, to ludzie biedni. A wśród biedoty amerykańskiej dominują osoby czarnoskóre, taka jest struktura społeczna. Reakcje lokalnej administracji wynikały z zaskoczenia, czasem z braku kompetencji, nie można jej jednak posądzać o rasizm. Przypuszczalnie rząd amerykański zlekceważył zagrożenie Katriną, bowiem Nowy Orlean jest miastem nieistotnym politycznie. Gdyby był w Teksasie, reagowano by inaczej. Z kolei media relacjonowały czasem wydarzenia w sposób wskazujący na rasisto...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy