Dołącz do czytelników
Brak wyników

Zdrowie i choroby , I

10 listopada 2016

TO

Choroba psychiczna to w Polsce ciągle tabu. Reportaż Katarzyny Jabłońskiej.

Ostatnie pięć lat bez stałej pracy, to było nieustanne borykanie się z niepewnością: o alimenty, które nieregularnie przysyłał były mąż; o pracę, nawet na umowę-zlecenie, której znalezienie było wręcz niemożliwe; o brak ubezpieczenia, a co za tym idzie różnego rodzaju świadczeń... Wszystko to sprawiało, że żyła w nieustannym napięciu. Jeszcze się trzymała, ale czuła, że lada moment może nadejść dzień, kiedy nie da rady. Gdyby nie Marta, jej dziesięcioletnia córka, dawno zaprzestałaby tej walki. Dla niej była w stanie zdobyć się na wysiłek ponad siły i na przekraczanie swoich ograniczeń. We dwie jakoś sobie radziły, chociaż bywały momenty krytyczne.

Do utraty tchu
Rozpoczęło się szkolenie. Nina uczyła się jak szalona – wiadomości o produktach bankowych przyswajała w mig, znakomicie zaliczała testy. Nieco gorzej szło z nauką nowego programu komputerowego, jednak i tu nie była na szarym końcu. Wieczorami ze zmęczenia zasypiała w kąpieli. Budził ją chłód, kiedy woda przez nieszczelny korek wyciekała z wanny.

Jej dzień zaczynał się o świcie – musiała przygotować posiłki na cały dzień dla Marty i schorowanej ciotki-staruszki, z którą mieszkała. Trzeba było ogarnąć mieszkanie, wyprasować ubranie, zrobić zakupy, a czasem i pranie – wciąż nie miała pralki. Po pracy ledwie starczało jej sił, żeby sprawdzić Marcie lekcje, czasem w czymś jej pomóc, po prostu z nią pobyć, a jeszcze trzeba było zająć się własną nauką.

Dni mijały w nieustannym biegu i stresie, zwłaszcza że w pracy czekały kolejne sprawdziany, testy, oceny. Z reguły wypadała w nich dobrze, nawet bardzo dobrze. Miała też wyjątkowe sukcesy – świetnie radziła sobie w kontaktach z klientami i, co wszystkich wprawiło w podziw, sprzedała dwa produkty bankowe. Podobno jeszcze nikomu nie udało się to podczas szkolenia. Zazwyczaj krytyczna wobec siebie, tym razem musiała przyznać, że to było coś. Jednak po miesiącu zauważyła, że coraz gorzej znosi swoje potknięcia i uwagi dosyć impulsywnego koordynatora – coraz częściej musiała siłą powstrzymywać cisnące się do oczu łzy. Coraz trudniej jej było koncentrować się, coraz częściej czuła, że to wszystko ponad jej siły.

Tamten poniedziałek był dla Niny wyjątkowo trudny. Weekend upłynął w napięciu, bo Grzesiek, były mąż, nie odwiózł w sobotę Marty. To już kolejny raz, kiedy nie dotrzymał słowa. Córka nie wróciła także w niedzielę.

Nina czuła, że opuszczają ją siły, że nie da rady dalej walczyć, strasznie bolała ją głowa – koło południa zwolniła się z pracy. Pojechała do domu, nie była jednak w stanie odpoczywać, dręczył ją niepokój o córkę – Grzesiek nie odbierał telefonu. Wtorek i środa minęły jak w odrętwieniu. Zmusiła się, żeby zadzwonić do pracy i poinformować, że bardzo źle się czuje i wybiera się do lekarza. Były mąż nadal nie przywoził Marty. Ogarnął ją potworny lęk, że nigdy już nie zobaczy córeczki. Pojechała do Grześka, był jak zwykle wobec niej arogancki, poniżał ją – nie dała rady, zapadła się w siebie.

Kilka godzin później Grzesiek zatelefonował do brata Niny i z satysfakcją w głosie oznajmił, że odwiózł ją do Tworek. Sugerował, że wzięła narkotyki.

W pokrowcu i bez guzików
– To było straszne – Nina nie może powstrzymać łez. – Zanim przywieziono mnie do Tworek, znalazłam się w zwyczajnym szpitalu. Miałam bardzo wysokie ciśnienie, podwyższony cukier, nie byłam w stanie utrzymać się na nogach. Leżałam podłączona pod kroplówkę i aparaturę monitorującą pracę serca. Podejrzewano krwiaka mózgu albo wylew, zrobiono mi rezonans magnetyczny mózgu. I wykluczono oba podejrzenia. Co chwila ktoś przychodził i o coś mnie pytał. Nie miałam siły odpowiadać, nie byłam w stanie sformułować zdania. Myślałam, że umieram – pikanie aparatu monitorującego pracę serca wydawało mi się coraz rzadsze, zdawało mi się, że zaraz ustanie.

– Wieczorem zapakowano mnie w dziwny zielony pokrowiec, żebym nie zmarzła i przewieziono do szpitala w Tworkach. Pamiętam, że dano mi jakiś papier do podpisania i że bardzo musiałam się mobilizować, aby utrzymać w ręku długopis. Byłam w okropnym stanie: w koszuli, w której od przenoszenia mnie z łóżka na nosze, potem znowu na łóżko, poodpadały guziki, z tłustymi włosami, z zafarbowanymi od skórzanych butów stopami i najgorsze – z cewnikiem.

Położono mnie w przeszklonej sali. Uderzyła mnie panująca tam cisza. Niebawem jednak przerwała ją jedna z kobiet, która zaczęła niespokojnie chodzić po sali i monotonnie powtarzać te same zdania. To było bardzo męczące, ale nikt nie reagował. Próbowałam zebrać wszystkie siły, żeby się podnieść i poprosić ją o spokój – bardzo chciałam odpocząć. Ta kobieta została potem przywiązana do łóżka. Chciałam zasnąć, nie mogłam – tak strasznie chciało mi się pić, aż bolał mnie przełyk. Byłam tylko w stanie szeptać: pić, pić... Któraś z kobiet zauważyła, że czegoś mi trzeba i przyniosła kubek zimnej herbaty. Wypiłam ją duszkiem i prosiłam o jeszcze – nie było już herbaty, podała mi wodę z kranu. Wypiłam jeden kubek, a potem następny – bez żadnych obaw, chociaż kilka godzin wcześniej wszystko napawało mnie trudnym do opanowania lękiem. Potem zasnęłam.

Trwało to chyba długo, straciłam poczucie czasu – spałam dobę, może dwie. Potem był dzień i bardzo trudna dla mnie kąpiel – nadal z cewnikiem i na dodatek pod prysznicem bez zasłonki. Byłam jednak czysta i teraz już w koszuli z guzikami. Tamtego dnia przyszedł też prowadzący mnie lekarz – przedstawił się i zapowiedział, że czeka mnie rozmowa w jego gabinecie z kilkoma jeszcze lekarzami. Odmówiłam. Bałam się gdziekolwiek ruszyć. Chyba jeszcze nikomu nie patrzyłam w oczy z tak rozpaczliwym błaganiem o ratunek. Lekarz był cierpliwy i delikatny, tłumaczył, że ta rozmowa ma pomóc w diagnozie i ustaleniu...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy